30 marca 2015

O zaburzeniach temporalnych, zimnym deszczu i duszach, co się nie chcą starzeć. Przepis na babkę ziemniaczaną i placki.

Czas z wdziękiem kicnął do przodu, jak wiosenny zając, a ja mam zaburzenia temporalne, choć wczoraj jeszcze byłam pewna, że co to dla mnie.
Kotka dzisiaj zapragnęła wyjść na dwór o trzeciej w nocy, pora za wczesna, by coś robić, bo ludzie w domu śpią, więc zaszyłam się w ciepło snu z powrotem, a potem już nie mogłam wstać, bo śniły mi się smoki, a kiedy przestały się śnić, było dziesięć po siódmej. Dwadzieścia po siódmej chłopaki powinny wyjechać do szkoły...
Owszem, towarzystwo wyjechało, bez śniadania, z kanapkami z piątkowym chlebem, bez soku i zaspane tak, że bardziej sunęło niż szło. Nawet o czasie, a ja zostałam w cudownym poniedzielnym i pourodzinowym chaosie, ze smokami w pamięci, z głową wirującą jak planeta i z temporalnym zdumieniem.
Za oknem deszcz, zimny, maszerujący po szarawych trawnikach jak zaciężne wojsko. Stanęłam sobie przed lustrem, żeby popatrzeć, jak moja dusza odmawia współpracy w starzeniu się. Też tak macie? Tam powinna być kilkunastoletnia dziewczyna, w tym lustrze, moja dusza jest tego pewna jak liczby Pi. Ta, która jeździła do internatu w czerwonej apaszce i która zbierała resztki ze stypendium na gitarę. Gitarę kupili mi w końcu nauczyciele, na koniec maturalnej klasy moja rada pedagogiczna zrobiła zrzutkę i od wychowawczyni dostałam kopertę wypchaną banknotami. Ile ta gitara ze mną pojeździła do Stańczyk, w Świętokrzyskie,  w Bieszczady... w końcu umarła, kiedy pociąg do Zagórza zamknął na niej automatyczne drzwi - wchodziłam ostatnia, na plecach miałam plecak, na plecaku gitarę, ja się wcisnęłam, plecak i gitara nie. Pęknięte pudło mam w piwnicy, bo jestem sentymentalna jak Jane Austen.
A wracając do lustra - widzę te dusze dziewczyn w oczach staruszek, kobietek w wieku postmodernistycznym i tych całkiem młodych.
Kiedy patrzymy sobie z Miłym w oczy, też widzimy tego chłopaka i dziewczynę, którzy spotykali się dwadzieścia lat temu, w maju, pod czeremchą. I nic z tym nie zrobię, opakowanie się zmienia, ale dusza jest nieustępliwa jak Pippi, robi co chce i ledwo za nią nadążam. Chce zdrapywać żywicę z czereśni i robić domki na drzewie, nosić sukienki w kwiatki i  rysować mapy nieistniejących krain, piec babeczki i śpiewać. Wszystko, byle nie być poważną mamą trójki synów, w garsonce i z patentem na doskonałość. Dzisiaj w tym zimnym deszczu i zabałaganionym poranku ta łobuzerska dusza chce  kawy z mlekiem, czekolady i precelków, więc wybaczcie i zrozumcie, trudno. Dałabym jej szejk ze szpinakiem, ale mówi, że jej zimno i nie chce sprzątać. Opowiada mi o smokach i każe sobie włączyć piosenki z flecikami. 
Słucham, robię kawę i włączam nam te fleciki, zaglądając w okno, czy deszcz przestał na tyle, żeby choć skrawek błękitu błysnął.
Nie błyska.
Na obiad zrobię więc gorące, ziemniaczane placki, a potem babkę ziemniaczaną.
Jeśli ktoś jeszcze ma temporalne zaburzenia, solidaryzuję się z nim z zapałem.


Placki ziemniaczane oraz babka ziemniaczana, przepis

- około kilograma ziemniaków, najlepiej takie już stare, pomarszczone i mączyste. Niektórzy wolą robić placki i babkę z młodych, ale dla mnie bardziej sycąca, kaloryczna, słodka i konkretna jest ta z ziemniaków w wieku balzacowym:)
- dwa jajka
- duża cebula lub dwie małe
- marchewka
- ze dwie duże łyżki mąki pszennej, łyżka bułki tartej
- do babki opcjonalnie kasza jęczmienna, ugotowana w osolonej wodzie z liściem laurowym
 - przyprawy: ja używam tylko soli, pieprzu, majeranku i lubczyku


Jak zrobić?

Ziemniaki, cebule i marchew przepuszczam przez wyciskarkę, myślę, że maszynka do mięsa też się nadaje, stare źle mi się tarkują. Dodaję jajka, przyprawy, mąkę i bułkę tartą, mieszam łyżką, zostawiam na kilka minut i smażę na oleju.

Tego samego farszu używam do babki, dodając opcjonalnie trochę ugotowanej kaszy jęczmiennej. Babki jest więcej i jest bardziej zwarta, taki myk.

W wersji wegańskiej nie daję jajek ani mąki pszennej, a tylko dwie łyżki mąki jaglanej i jedną ziemniaczanej. Smakuje bosko:)


Babkę piekę w mniejszych kokilkach, ale można też na blaszce, łatwiej wtedy kroić do podsmażania. Pyszna jest na drugi dzień, podsmażona na chrupiąco i złoto.


O babce ziemniaczanej

Kto nie jadł w zimny wieczór babki ziemniaczanej,
przyrumienionej złotem na wesołym ogniu,
w gębie pieca rumianej, niech podniesie rękę.
Trzeba mu na talerz
nałożyć szczodrze, hojnie,
okrasić rozmową i jasnym żartem, herbatą,
serdecznym pochyleniem głowy. Niech świece
palą się aż do świtu,  z dali gra harmonia.
Aż noc zgęstnieje, aż będziemy tylko
garstką nomadów przy kruchym ognisku,
tak uparcie wierzących, że przegnamy mrok,
zwykłą, ludzką radością i zapachem jadła.

28 marca 2015

Mokraczek. Koniec części pierwszej


Wstał i lekko kulejąc powlókł się w stronę bladego światełka.
- Witaj – odezwała się Paprociowa Wróżka, wyglądająca na bliźniaczą siostrę Eleny. Siedziała obok kwiatu, który bielał w mroku, jarząc się złociście. - Znalazłeś nas pierwszy. Czekam na twoje trzy życzenia, ale mów szybko, bo kwiat kwitnie tylko tyle czasu, ile trwa dwadzieścia uderzeń serca! O czym myślisz? Czego pragniesz? To musi być prawda z głębi twego serca!
- Rudolf...- powiedział oszołomiony, przypominając sobie umierającego przyjaciela – Chcę by Rudolf został uzdrowiony...
- Zrobione! Drugie życzenie?
- Gilian... Niewidzialny Przyjaciel... niech znów będzie widzialny!
- Zrobione! Dobrze, a teraz ostatnie! Mów mądrze, nie przegap swojej szansy! Na co wykorzystasz trzecie życzenie?
Mokraczek chciał zawołać – chcę znaleźć Lilijkę- ale nie mógł. Jego gardło było zaciśnięte, w pobliżu rozśpiewał się jakiś ptak, a on przypomniał sobie smutnego ptaka w ogrodzie Złotej Rosy. I jej słowa: gdy będziesz wybierać, pamiętaj... to co się zabiera dla siebie, nie ma żadnej wartości... to, co się zabiera... dla siebie...
Co tam, pomyślał, zaciskając powieki i patrząc, jak z wolna przestaje płonąć kwiat paproci – dam rady, prawda? Odnajdę ją. Wyruszę jutro, z samego rana, właśnie tak...
- Szybciej! Moja moc mija!
- Chcę poznać imię Bezimiennego Ptaka – powiedział Mokraczek, unosząc głowę.
- To łatwe! - zaśmiała się wróżka – To imię brzmi: Słowik! A teraz zerwij kwiat!

Wodnik wyciągnął dłonie i chwycił nimi jarzący się kielich. Zaciążył mu w rękach jak kamień, blask uderzył go w oczy, zacisnął je, a kiedy znowu otworzył, zobaczył przy blasku wschodzącego księżyca, że ma w rękach zeschłe, paprociowe liście. Rozwarł palce i kruchy proch wysypał się na ziemię.
Pamiętaj, Mokraczku... to, co się zabiera dla siebie...
Kto to powiedział? I czemu serduszko boli go tak, jakby miało pęknąć?

Ruszył ku polanie, gdzie zostawił Wilczomlecza z królewną. Stała przy nich jeszcze jedna postać – tym razem nie chwiejna i przeźroczysta jak dym, ale uśmiechająca się do niego z radością i wdzięcznością.
- Znalazłem kwiat paproci – wyjąkał, patrząc na srebrzystowłosego elfa.
Ten chwycił go w ramiona i uścisnął jak najlepszego przyjaciela.
- Dziękuję ci, Mokraczku, dziękuję z całego serca – powiedział Gilian.

Właśnie tak jest dobrze

Deszcz pada - równy, silny, obfity, godzina za godziną, właśnie taki, jak powinien być pierwszy, wiosenny deszcz. Spłukuje trawę, która zaraz po deszczu błyśnie zielenią, spłukuje zimowe znużenie, kurz i suchość, drapiącą w gardle. Drzewa,  śpieszące się z pączkami piją deszcz, lasy piją deszcz, ugory i łąki, narcyzy i tulipany, mniszki i młode pokrzywy.Tak być powinno, tak jest dobrze, wczoraj skończyliśmy grabienie, obcinanie i palenie gałęzi, potem było wielkie ognisko, kiełbaski i iskry, lecące w niebo.

A teraz jest poranek, pachnie wyjęty z pieca biszkopt, dzieci śpią, deszcz szumi, zmywając tysiące stóp ogromnego powietrza nad nami. Dziękuję wam za życzenia dla Dużego, są dla mnie wyjątkowe, bo wielu z podczytujących bloga niejako dorastało razem z nami, z nim. 

Uczyłam się latami, że tajemnica szczęścia ukryta jest w akceptacji  nieustannego, mądrego, spokojnego ruchu, następowania po sobie, zajmowania miejsc. I noszenia w sobie tego, co mija, tego oszałamiającego bogactwa obrazów, doświadczeń, swoich myśli, emocji, świata, żeby się tym dzielić z przyjaciółmi, bliskimi, dziećmi, potem wnukami. I zgody na to, że właśnie tak jest dobrze. Że trzeba ogławiać wierzby, sadzić jesienią cebulki i przyglądać się pszczołom. Chodzić na szkolne uroczystości i robić torty na urodziny. Pisać do siebie listy i zanosić sąsiadom zbywające stokrotki. Piec serniki i zaściełać stoły obrusem. Wracać z pracy i pytać jak minął dzień. Przytulić psa czy kota. Czytać  Marka Aureliusza i trzymać się za ręce, być wyrozumiałym dla innych i siebie. Zrywać szczaw w deszczu. A ponieważ poezja jest tańcem, a proza chodzeniem, to napisałam o tym wiersz, w którym słowa tańczą, opowiadając:) Wiersz opowiada o domu moich Dziadziusiów. Właśnie  tym.




O nadziei

Mogłabym opisywać bez końca kolor furtki,
poręcz schodów, splendor róż przy bramie.
Znam na pamięć każdą cząstkę zapachu bukszpanu
przy ścieżce do ogrodu, pomiędzy orzechy,
klejące konstelacje żywicy na pniach wiekowych wiśni,
renety, koszteli.

Czasem nawet tak robię; w głębi ciemnych nocy
znowu popycham furtkę, zrywam róże, idę
ścieżką w suchym szeleście trącanych bukszpanów,
a z przodu miękkie światło i jasny poranek.

I wtedy znowu wierzę, że miłość jest wieczna,
a rzeczy trwają dłużej i mądrzej, niż ludzie,
bardziej skupione na tym, by trwać, niż by żyć,
trwoniąc niefrasobliwie oddechy i lata.

Wierzę też, w tamtym mgnieniu, że ziemię posiądą
cisi, dobrzy i skromni, co gracują róże
i niosą plastry miodu pod niebem jaskółek.

A potem wstaje ranek bez tych, co odeszli,
świt karczowanych sadów, obumarłych domów,
i tylko rączka synka, ciepła i różowa
jest kotwicą nadziei, gdy kończy się noc.

26 marca 2015

Wiośnieję

Nabyłam nową błękitną ceratę do kuchni, bo stara już pocięta, a ceratę w kuchni lubię i już. Była u mojej babci, była u mamy, jest u mnie. Jest praktyczna i trochę staroświecka. Ma wzór w różyczki i jak się ją kupiło, pachniała trochę jak nowe opony, ale przetarta wodą z cytryną poczuła się lepiej i teraz jest już zadomowiona i chętnie wita towarzystwo szklanek z kompotem. Jest gotowa na wyzwania nawet w rodzaju nóż wyjęty z nutelli.

Czeremcha stoi w kuchni, przebiśniegi już przekwitają. 
Od jakiegoś czasu wolę niedobór dekoracji niż nadmiar. Nie  śpieszę się też z wielkanocnymi ozdobami, czekają na swój czas. Tylko wiosnę wpuszczam bez ograniczeń.
 Wstawiam gałązki do dzbanka, żeby cieszyły oczy. 

Ostatnie kilka dni spędziłam w ogrodzie:
- obcinając suche gałęzie świerków, te na samym dole, które zawsze tracą igły i wyglądają jak z  opowieści Poego. Było z tego wspaniałe ognisko, które mały szturchał patykiem i iskry leciały do nieba
- grabiąc liście. Jesienią nie grabię, bo boję się, że już tam jakieś owadzie towarzystwo zabunkrowało się na zimę, teraz mam nadzieję, że już uciekło i pobutwiała liściowa kołderka trafi na kompost
- przycinając co się da
- pieląc i grabiąc
- wyrównując obrzeża trawnika
- przesadzając liliowce i irysy
- wykopując resztki topinamburu - pozbyłam się go na razie z wzajemnym zadowoleniem
- posadziłam dwie róże parkowe i jedną wielkokwiatową w kolorze burgundu
- dwie irgi
- nawożąc borówki i iglaki
- podlewając, bo sucho jak na pustyni Gobi
- podziwiając nieustanie każdy wyłaniający się, zielony centymetr czegokolwiek, od glistników po trawy, pokrzywy, podagrycznik i tulipany
- obserwując szpaki. Mamy trzy rodziny z gniazdami, szpaki przypominają mi wielką, kłótliwą, włoską rodzinę, w dodatku zabawnie drepczą po trawniku na piechotę, wydziobując coś w trawie
- wywożąc jakieś sto taczek zielska, darni, kłączy i perzu

Sieję różności na rozsadę.Wyciągnęłam wiosenne buty na płaskim. Prochowiec i starą torbę listonoszkę. Kupiłam Małemu zieloną kurtkę. Jeżdżę dużo rowerem. Zaczęłam uczyć się chodzić z kijkami. Sprzątam. Podczytuję, np Magdę Umer, która tak się usprawiedliwiała Poniedzielskiemu:

- Andryou! Nie pisałam - gdyż wiośniałam!

Ja też wiośnieję. Objawia się to zagapianiem się na lecące ptaki, wkładaniem zielonej apaszki, piciem herbaty na tarasie, malowaniem ławek, uśmiechaniem sie szeroko i łakomym zerkaniem na sklepy ogrodnicze.
Studiuję też przepisy na serniki, w tym jaglane. A wracając do Poniedzielskiego umiłowanego, to napisał on tak:

IDZIE WIOSNA. Wobec iścia wiosny nie można tak sobie siedzieć i czekać i potem łaskawie dać sie jej ponieść(...) Do wiosny, do wiosny otóż trzeba - stanąć. Nie sztuka to - być wiosny niemym, albo z lekka czy cięższa, wzdychającym - obserwatorem. Wiosny otóż można i trzeba być - współprzejawem. Tak, wiem że ja, ze swoją twarzą w kolorze soczystej szarości, ze swoją posturą typu stara grusza nad rowem chybionej melioracji - na przejaw wiosny mogę nie wyglądać. Mało - ja na przejaw wiosny mogę nawet nie zakrawać. Tak, ale to zewnętrzność. Tylko zewnętrzność.

(...)


A więc nie siedzę, nie czekam, tylko współprzejawiam i wiośnieję.
A Duży właśnie dzisiaj skończył 20 lat.






Gdziekolwiek pójdziesz, pamiętaj, że najpiękniejsza droga prowadzi do domu, Synku.
Kochający cię Mama i Tato.

24 marca 2015

Przebiśniegi

To moje ulubione kwiaty wczesnej wiosny. Nie fajerwerki kolorów krokusów, nie figlarne prymulki, nie forsycja, żółciutka jak kaczęcy puszek. Lubię białe kwiaty,  ciemierniki, zawilce, a przy przebiśniegach zamieram, zakochana jak książę w Śnieżce.
Mam dla nich wazonik, w kolorze tej sennej, onirycznej zieleni, jak skrzydła wiosennych aniołów.  I mogę teraz sobie patrzeć i patrzeć.






Są doskonałe. Mają trzy płatki i cudowną, zieloną falbankę, jak halka Goplany. Wytworna, arystokratyczna łodyżka, cieniutka i subtelna. Listki podługowate jak uchwyty srebrnych łyżeczek, którymi panna Lawenda jadłaby poziomki ze śmietaną. Dopiero przy przebiśniegach czuję, że wiosna przyszła naprawdę. Koniec kożuchów, szali, wełnianych skarpet i zadymionej szyby kominka. Lekką stopą wchodzimy w królestwo czarów i baśni, gdzie witają nas przebiśniegowe księżniczki o paluszkach z alabastru. Dopiero konwalie potem dorównają tej gracji. Ale konwalie przyniesie dopiero maj, a przebiśniegi już dzisiaj ratują mnie przed znużeniem i zwątpieniem.
Małe, dzielne kwiatuszki, pokazujące, że delikatność nie jest słabością a słodycz ma w sobie więcej mocy od krzykliwego straganu nachalnych wdzięków.
Witaj, wiosenko, w Kalinowie.

22 marca 2015

O pożytkach wiejskich

Pożytek pierwszy. Obuwie i odzież Dowolnej Urody.



W klapkach wędruje Mały, w klapkach  tuptam ja.  Można tak np w pierwszy dzień wiosny obejść podwórze. Sucho jest. To zaleta naszych piasków - wciągną wszystko, całą wilgoć, dlatego dzisiaj podlewałam wschodzące żonkile i tulipany. W mieście miałabym skrupuły, by w takich ciapkach nie pierwszej nowości wokół jakiegoś bloku chodzić, albo o zgrozo, sklep odwiedzić. Klapki w zimniejszy dzień wciągnięte na skarpety, oczywiście. Gumowce też są w porządku. Widziałam w jednym z wiejskoepickich czasopism coś takiego jak białe gumowce stojące na czyściutkim ganku. Ale to chyba inny rodzaj gumowców był, może nowo nabyte, nienoszone, bo nasze zazwyczaj mocno sterane w latach i wyglądzie. Jakbym je postawiła na ganku, ludzie by uciekli. Lubię też dawno wyrugowane ze światowego życia adidasy lub solidne obuwie skórzane. Buty są zadowolone, że są w obiegu, ja też jestem zadowolona, wędrując na kompostowy pagórek z taczką. Tej wiosny nosimy pastelowe szpilki, przeczytałam wczoraj. Na szczęście moje buty jeszcze o tym trendzie nie wiedzą. I niech tak zostanie:)


(Podstawowy rodzaj wiejskiego transportu obwoźnego.)

Pożytek drugi. Sąsiedzi

 Co jak co, ale sąsiadów mamy porządnych. Jeden jest szklarzem i naprawia buty, wymienia też koła, napompuje rower i naprawi dętkę. Druga sąsiadka pracuje w sklepie, trzecia ma własne kury, czwarta podzieli się liliami, u piątej mam zagon, bo dla niej za duży, do szóstej Mały biega z konewką po świeże, ciepłe mleko. Sąsiedzi przyjdą popatrzeć, jak kryjemy dach, robimy szklarnię, sadzimy drzewka. Popilnują podwórka jak wyjedziesz. U nas ciągle działa wymiana barterowa. Ja ci zrobię szafkę, a ty mi zapłacisz jajkami. Moja krowa u was będzie trawę jeść, a w zamian dwa worki kartofli dam na jesień. Wozimy swoje dzieci na zmianę do szkoły, jest u kogo je zostawić, jak się wyjedzie, u sąsiada listonosz zostawi paczkę, a pies dostanie obiad. Niech tak będzie nadal...

Pożytek trzeci. Mieszkańcy.

Na wsi każdy zna każdego. Urodziłam się tu, mieszkam od 42 lat. Wszyscy znają mnie, znali mego tatę, babcię, dziadka i tak dalej. Moja mama uczyła ich trzydzieści lat, a po niej ja. Znam ich wnuki, żony i synowe. W banku mówią do mnie panieńskim nazwiskiem. Z racji bycia nauczycielem znam wszystkich podwójnie, jako rodziców lub jako dzieci.  Idąc w nocnych ciemnościach i napotykając podchmielone towarzystwo, doświadczam surrealistycznego doznania, gdy wyjmują ręce z kieszeni i chórem mówią: dzień dobry.
Chciałabym kiedyś iść siwiutka tą samą ulicą, w liliowym kapeluszu i znać wszystkich przechodniów po imieniu i z rodowodu, chciałabym, aby świat zachował tutaj łagodniejszą twarz.
Tu, w Kalinowie,  na panią z apteki mówi się: pani magister. Sąsiad bez pukania sprawdza wszystkie pokoje, w którym jestem, bo ma sprawę. Kiedy idziesz ulicą, patrzą z kim. Zauważą, jakie masz firanki w oknie i dynie na zagonie.  Uczniowie przychodzą do mnie kolędować na święta i śpiewają moją ulubioną: Nocz ticha nad Palestinoj.
Kiedy zapalają się światła domów, wiem, kto stoi tam u okna lub błękitnieje przed telewizorem.
U pani Jadzi zakwitły krokusy, a panią Teresę odwiedził syn, poznaję jego czerwony samochód.
Niech tak zostanie jeszcze trochę...


(Transport kołowy działa o każdej porze roku)

Pożytek trzeci. Zwierzęta bez granic, ogrodowa wymiana.

Kilka kotów dziennie wędruje mi przez ogród. Pies sąsiada wyczuwa nieomylnie, kiedy idę wyrzucać odpadki i pędzi radośnie na kompost. O szwendających się kurach rozumie się samo przez się:) Brama jest prawie zawsze otwarta, a furtka tak samo. Kiedy idę po siano do pani Kiryłkowej, mogę je sobie sama wziąć ze stodoły.
- Idzie też ogórków z piwnicy weźmie!
Sąsiadka, będąca w posiadaniu dorodnych antonówek, hojnie obdziela mnie co roku opadającym dobrem. Ten, kto ma wiśnie, zaprasza po wiśnie. Dynie, ogórki, jarmuż, dostaje się wszystko. Wzajemnie, nie idzie się z pustymi rękoma. Mam irysy od kogoś, piwonie od znajomej babci, z kolei moje zioła wędrują po ogrodach, a goździki po skalniakach, o topinamburach nie wspomnę.
Nie byłoby mnie stać na zakupienie tego wszystkiego, co dostaje się tak po prostu, bo komuś zbywa, albo żeby się nie zmarnowało. Dlatego, że się mieszka obok, że nasze babcie razem chodziły na tańce, albo, że jestem wychowawczynią czyjegoś Jasia czy Kasi. Niech tak zostanie jeszcze, długo...



Pożytek czwarty. Szpaki, łąki, las i rzeka.

Bóg stworzył ogród, diabeł miasta, pisała moja przyjaciółka Mira w pracy "W poszukiwaniu azylu, czyli o meandrach przestrzennych człowieka".
Coś w tym jest, gubię się w miastach, w lesie nigdy. Bloki zawsze wydawały mi się udręczone, a dzieciom, które mogą wytarzać się na łące lub wybiegać w lesie, inaczej patrzy z oczu. Nie wyobrażam sobie siebie w mieście, choć pewnie starałabym się jakoś tę przestrzeń oswoić, w końcu pomieszkiwałam i w B. i w stolicy... 
Ale nic tak dobrze nie robi mi na duszę, jak wyprawa na pachnące wiatrem ugory, nic tak nie  otula smutków, jak gaworzenie rzeki, nic tak nie łagodzi mi charakteru jak pobywanie w lesie. Lubię swoje zmarszczki od śmiechu i opaleniznę od pracy w ogrodzie. Szpaki są od tygodnia, co dzień im mówię, że je kocham. Dzisiaj widziałam motyle.W opuszczonym ogrodzie narwałam przebiśniegów. Pewnie byłabym inna gdzie indziej. I moja przestrzeń byłaby inna, dom,  i nasze dzieci, nasze lata, całe życie. Dziedzictwo moje podoba mi się, wyśpiewywał Dawid w którymś psalmie. I niech tak będzie, proszę, niech tak zostanie, bardzo długo.


21 marca 2015

Złota Rosa i porzeczkowa wróżka. Kolejne dwa fragmenty.


 
Królowa wróżek była tak piękna, że poklękali w trawie.
- Wstań, Mokraczku, wstań, dzielny Rudolfie, wstań, Świetliku, wstań, Wilczomleczu.
Zamrugali oczyma z niedowierzaniem.
- Znasz nas, szlachetna pani? - wydukał Rudolf przez ściśnięte ze wzruszenia gardło.
- Znam doskonale, wiem o was więcej, niż wy sami. - spojrzała w oczy Mokraczka – Wiem, dokąd idziecie i wiem, jak może się skończyć wasza przygoda. Dlatego chciałam, abyście tu przyszli.
- Pomożesz nam odnaleźć królewnę? - zapytał błagalnie Świetlik.
Pokręciła głową.
- Nie, zrobicie to sami. Ale wy możecie pomóc mnie.
- A nie staniemy się przy tym częścią twojej opowieści? - odezwał się Wilczomlecz zgryźliwie.
Królowa wróżek uśmiechnęła się.
- Już nią jesteście. Cały czas. Wszyscy mamy swoje opowieści i każdy z nas jest częścią opowieści kogoś innego. A wszyscy razem jesteśmy częścią opowieści Kogoś bardzo wielkiego, kto sam jest swoją własną opowieścią... mam do ciebie prośbę, Mokraczku. Zrób coś dla mnie.
- Tak? - zapytał ze ściśniętym gardłem.
- Kiedy będziesz wybierać, pamiętaj, że to, co się zabiera dla siebie, nie ma żadnej wartości. Nigdy nie ma wartości. Nigdy nie ma...


*
Zadarli głowy.
Nad nimi niebo zasłaniały gałęzie wielkiego krzewu, którego palczaste liście były tak wielkie, że mogliby się pod jednym wszyscy schronić przed deszczem. Między liśćmi połyskiwały podobne do jagód owoce, zwieszające się w ciemnych, fioletowej barwy gronach.
- Co to za roślina? - zdumiał się Rudolf, tykając liść końcem miecza – Nigdym takiej nie widział...
- To ribeza – odparł miły głosik z góry – Ale ludzie nazywają ją porzeczką. Zasadzili ją tutaj, podobnie jak jabłonie, a potem odeszli, więc należy tylko do nas.
Otworzyli usta, patrząc ze zdumieniem w górę.
- Czy ktoś tu jest? - zapytał Mokraczek.
- Oczywiście, że jest – odparł urażony głosik – Nie mogłabym zostawić MOJEGO krzaka!
Zza liścia wychyliła się ku nim urocza twarzyczka.
- Jestem Elena – powiedziała skrzydlata istotka – I, oczywiście, jestem wróżką. 


20 marca 2015

Osiem pór roku i wiatr Emily Dickinson

- Dlaczego są tylko cztery pory roku? - dopytywał się Mały przy śniadaniu. Od dwóch dni nie mógł spokojnie spać, podekscytowany zbliżającym się zaćmieniem. Dzisiaj też wstał już przed szóstą, bo a nuż.
- A ile byś chciał?
- Osiem! Ale żeby były różne!
- No to prawie tyle jest. Przedwiośnie, wiosna, powiośnie, przedlecie, lato... - zaczęłam mu wyliczać, pakując kanapki.
No bo naprawdę. Podobno już wiosna, ale u nas ciągle przedwiośnie, co rano szron, pomalowałam ławkę na niebiesko i mi przymarzła w nocy bardzo malowniczo, muszę malować jeszcze raz. Wiatr ciągnie za uszy, chodzimy w rękawiczkach, pranie podmarza na sztywno na sznurze w nocy, a w dzień latają motyle. Tulipany ledwie nosy wysunęły, zimno im. Raz było osiemnaście stopni, innym razem plus dwa. Kwitnie tylko leszczyna i bazie, a z cebulowych krokusy i przebiśniegi z odważną awangardą szafirków. Przedwiośnie!
Bocianie gniazda u sąsiada puste, ale gęsi lecą. Pszczoły widziałam też.
Podobno wiosna ma przyjść dzisiaj, ma to jakiś związek z baranami i równonocą, ale na Podlasie pewnie się jeszcze spóźni. U nas wszystko dwa tygodnie później, nawet czereśnie latem. Jesteśmy krainą ośmiu pór roku.
Ale za to jakie to pory!

Wystarczy wyjść drogą w stronę lasu, zamknąć oczy i wdychać wiatr. To wiatr Whitmana, ten co z pól, z nieba wiejąc twarz nam ogarnia. To wiatr Emily Dickinson, ten, który taki jest samotny w nocy.

Jak samotny musi się czuć Wiatr Nocą -
Kiedy ludzie światła pogaszą
I we wszystkich zagrodach wokół
Zamykane są okiennice i nadchodzi spokój -

Jak dostojnie musi się czuć Wiatr w Południe
Kiedy kroczy i prowadzą go bezcielesne melodie
Poprawiając błędy na niebie
I objaśniając dekoracje

Jak potężny musi się czuć Wiatr o Poranku
Rozkładając się na tysiąc sposobów w brzasku
Poślubia każdego i wszystkimi gardzi
Potem ku swojej Świątyni Wysokiej się unosi.

Wiatr przewieje wszystko, odrze ze zmurszałych, zimowych sukienek, przegoni obłoki jak stada owieczek, poślubi łąki z milionami mleczy, całe to łąkowe Klondike z niefałszowanym złotem. 



Przyjdą czeremchy i wiśnie, przyjdą bzy i zatoniemy wszyscy w leśmianowskich majach i czerwcach.







 I w gotyckich jesieniach...

 
 

...i w poważnych zimach.


 Może mamy osiem pór roku, ale są czasem spełniania się marzeń. I zapewniają nieustanne zachwycenie, wymagając od nas tylko ochoty do spacerów, dobrych kaloszy i ciepłych rękawic. Co do mnie, wchodzę w to:)

Ps. Mały wygrał 3 lizaki od kolegi, który nie wierzył w zaćmienie;)
Ps 2. Usłyszane dzisiaj: chciałbym mieć zawsze nawet małe radości, choćby tak jak wróbel wśród gołębi (o wróblu, próbującym podskubać jedzoną przez gołębie bułkę)

17 marca 2015

Jak smakuje topinambur i imię dla Bezimiennego Ptaka

Topinambur ugotowany. Wygląda tak:


Gotujemy w wyszorowanej skórce, po ugotowaniu obiera się bardzo łatwo, wyłuskuje z brązowego ubranka, jest trochę rozpadający się pod palcami, a może gotowałam zbyt długo? Koło 20 minut.
Najpierw próbowaliśmy topinambur solo. Smakuje całkiem przyjemnie, ja nie czułam w nim orzechowego posmaku, może coś w rodzaju kartofli z nutą słonecznika i pasternaku? Coś a la szparagi? W każdym razie smak charakterystyczny.  Ze względu na niewielką ilość ugotowanego dobra postanowiłam zrobić zapiekankę. Trochę podsmażonej cebulki, trochę brokułów i szparagowej fasoli. Nie dawałam sosu, by nie stracić topinamburowego aromatu i smaku. Zapiekłam w kokilkach, koło kwadransa, tylko od góry.


Znikło szybko:) Chyba odgrodzę blaszaną przegrodą część zagonka i zostawię łobuza na takie podwieczorki. Może być ciekawy jako puree do pieczarek i farsz do papryk.
Poza tym skończyłam już pisać Mokraczka, ostatnie ilustracje się rysują, niektóre poprawiają, za jakiś tydzień książeczka powędruje do recenzentów i może korekty.  Dzisiaj ostatni z fragmentów, który chcę wam pokazać. Z etapami rysowania:



Ach, gdybyście mogli widzieć te tańce wróżek, pokaz baletu motyli, popisy z szablami w wykonaniu pułku komarów, chór biedronek! Jaka radość panowała przy pełnych stołach, pod różami w zdziczałym ogrodzie! Aż nadszedł wieczór i zaszło słońce, a w łagodnym zmroku zaczęły błękitnieć cienie. Mokraczek wymknął się niezauważony i usiadł na niewielkim pagórku, podpierając głowę. Wśród gwaru wesołej zabawy on jeden był smutny.

Nagle zobaczył szarego ptaka, tak jak i on siedzącego w milczeniu na gałęzi kwitnącego krzewu.

- Panie ptaku – zapytał – Dlaczego pan nie śpi?

Szary ptak obrócił na niego smutne oczy.

- Nie mogę spać – odparł melodyjnym głosem – Wszystkie moje sny mnie opuściły. A o czym śpiewać, jeśli nie mam snów? Wyśpiewywałem swoje sny, a były one najpiękniejsze na świecie. Ale teraz nie mam już snów – i wielka łza spłynęła z ptasiego oka.

Mokraczek zapytał, poruszony głęboko.

- A dlaczego nie masz już snów, panie ptaku?

Ptak westchnął.

- Bo zgubiłem swoje imię. I teraz moje sny nie mogą mnie odnaleźć. Błąkają się między niebem i ziemią. Ach, gdyby ktoś odnalazł moje imię! Podziękowałbym mu z całego serca!

Ptak odleciał, Mokraczek został sam. Doleciał go gwar wesołych śmiechów i objął głowę rękoma.

- Dlaczego świat jest właśnie taki? - zapytał ciemności – Dlaczego są piękne ogrody i stworzenia takie jak Złe Oko, dobre wróżki i niemądre mrówki, złe szerszenie i smutne ptaki? Czemu nie mogę odnaleźć Lilijki, bo ciągle muszę ratować kogoś innego i dlaczego to wszystko musiało się przytrafić właśnie mnie?

- Ponieważ to twoja opowieść, wodniku – powiedziała Złota Rosa, wychodząc spoza traw. Jej suknia odbijała srebro księżyca. 

16 marca 2015

Komu dobrze


Kocinka ma dobrze. Brzuszek podgolony do sterylizacji już zarasta puszkiem, humor wrócił, mina obsługiwanej księżnej też. Czuje wiosnę - bobruje ze mną w ogrodzie, tarza się w świeżej, wypielonej ziemi. My też czujemy wiosnę i też nam dobrze, a zwłaszcza mnie, której do szczęścia potrzeba tylko kawałek ziemi, sekator i łopatkę. Jak Mary Lennox z zapałem odchwaszczam "swój kawałek ziemi", wydobywam krokusy na wolność, pierwiosnki oddzielam od trawy, a suche, różane badylki ciacham na kompost.




W kuchni zakwitły stawione w dzbanek gałęzie ałyczy. Stoję nad nimi jak mnich w transie, medytując nad tym bezinteresownym pięknem. To już druga zmiana w dzbanku, pierwsze gałązki zakwitły i przekwitły, króliki bardzo zadowolone zjadły zarówno gałązki jak i pączki.


Tak jakoś lekko na sercu. Kruchość gałązek, jedwabne płatki, brakuje słów. Tak bardzo tęskniliśmy, czekaliśmy, były śniegi, były wiatry, zmrożona ziemia, długie miesiące półmrocznych ranków, znużenia. A teraz słońce nie pozwala mi pisać, zamazując na złoto ekran, a ałyczki kokietują mnie bielą i obietnicą, że jeszcze dwa tygodnie i zakwitniemy wszystkie, całymi konstelacjami po rudych ugorach, które błysną zielenią jak szmaragdy.
Pomidorki od Jagody wzeszły wszystkie, mają już po parze listków i żwawo pchają się do szyby na parapecie. Troszkę je hartuję, otwierając okna. Oberżyna wzeszła. Dzwonki nieśmiało. Dzisiaj wysieję bazylię i musztardową sałatę. Zaproszenia ślubne już gotowe. Słońce, plus 9 dzisiaj. 

Komu dobrze:)