24 listopada 2019

Pomiędzy katalogami nasion a Aksjomatem Ekstensjonalności. I Różycki.




Wybrałam się w sobotnie  rano po chleb i mleko - powietrze takie zimne, nieruchome, z tym uroczystym zapachem nadciągającej zimy. Żółta kreska wschodzącego słońca nad domami, niebo sinawe, wychłodzone wiatrem. 
U nas już na minusie od piątku, woda w oczku zamarzła, rano minus cztery, w dzień podniesie się do 0, potem znów przymarza. Ale koperek daje radę i pietruszka - ścinałam dzisiaj do ziemniaczków, świeży, zielony. A trawa brązowieje i szron na niej. Dziwne.
Koniec pomidorów w szklarni - ostatnie zielone zerwane. Teraz nadchodzi przyjemna pauza zimy, gdy wszyscy ogrodomaniacy mogą planować i wybierać nowe nasionka, rysować projekty zagonków i dumać nad tym, co przesadzić i gdzie. Mamy sporo planów i dzisiaj odkrywałam jak przyjemnie jest zawinąć się w koc i przeglądać ogrodnicze gazety.


Choć znając nasze kresowe różnice pogodowe z resztą kraju, to całkiem możliwe, że nawet marzec będzie wyglądać tak:



Bardzo lubię tę porę, gdy zaczyna się grudzień. W zasadzie nie obrażam się na żaden miesiąc, choć listopad jest trochę jak ten Paszczak w Zimie Muminków, którego trudno polubić, choć człowiek się stara i daje mu nawet słoik ostatnich konfitur truskawkowych. Szarówka taka długa, chłód, smętne resztki ogrodu jeszcze nie zakryte bielą, pierwsze katary, bo orgnizm jeszcze nie przywykł, że mu nos rano zamarza.
Ale już jest coraz lepiej, w piwniczce drewno, do herbaty świeży imbir, do picia krzem z witaminą C z kwiatów gryki i dzikiej róży - obieramy jabłka, na kolacyjną jabłkową przekąskę co dzień, wyciągnęliśmy swetry świąteczne z tych brzydkich, ale ciepłych. 
Pracy bardzo dużo. Nasza szkoła ma projekt unijny, Mały chodzi na pięć zajęć pozalekcyjnych i kończy trzy razy w tygodniu o 17, ja podobnie. I co druga sobota. Średni pisał, że do 11 grudnia ma same kolokwia, w tym tak egzotyczne dla humanistki Kaliny jak teoria mnogości i algebra liniowa. Straszne i piękne.
Ale!
Ostatnio przysłał mi coś, co wskazuje na fakt, że nawet programiści czasem się bawią.


Duży poznaje życie młodego doktoranta. Będąc Młodym Doktorantem....
I tak u nas spokojnie mija kolejny sezon, pomiędzy katalogami nasion a  Aksjomatem Ekstensjonalności. I żeby nie było, "Kolonie" Różyckiego czytam, bo "Listopad w Dolinie Muminków " skończony.
Przepięknie pisze pan Różycki. Takie lekkie słowa o wadze tony sensu. Mogę tak jeszcze i jeszcze.
Poczytajcie ze mną.

Przeciwne wiatry
Kiedy zacząłem pisać, nie wiedziałem jeszcze,
że każde moje słowo będzie zabierało
po kawałku ze świata, w zamian zostawiając
jedynie miejsca puste. Że powoli wiersze

zastąpią mi ojczyznę, matkę, ojca, pierwszą
miłość i drugą młodość, a co zapisałem,
ubędzie z tego świata, zamieni swe stałe
istnienie na byt lotny, stanie się powietrzem,

wiatrem, dreszczem i ogniem, i to, co poruszę
w wierszu, znieruchomieje w życiu, i pokruszy
się na tak drobne cząstki, że się stanie prawie
antymaterią, pyłem całkiem niewidzialnym,

wirującym w powietrzu, tak długo, aż wpadnie
w końcu tobie do oka, a ono załzawi.

17 listopada 2019

Dynie, przymrozki i mgły


Czas dyni. Dyniowej zupy, gorącej i złotej, dyniowych placuszków. Dyni na schodach, na tarasie, na ganku. Największa ma z trzydzieści kilo, małe wyglądają jak zachodzące słoneczka. Lubię za kolor, za radość, za rozpromienianie jesiennych, szarych dni.
Czas mgieł i dymów z ognisk - sąsiedzi palą liście.



 

Potarkowane dynie ida do mrożenia, będą na zimę. Zastępują jajka w wegańskich ciastach i kotletach. Dodają kolorku. Z jabłuszek syrop. A poranki już takie, choć róże nadal próbują przetrwać, a w szklarni ciągle owocują pomidory. Po 15  listopada - przedziwnie.




W domu czas kominkowy i kocowy. Czytanie książek na fotelu przy ogniu, kolejne herbaty.

I, oczywiście, Dolina w listopadzie.


Na dworze padał deszcz. Za kilka godzin będzie akurat na tyle głodna, żeby zjeść przygotowaną przez Filifionkę kolację, i może będzie miała ochotę porozmawiać sobie z kimś. Na razie nie musiała nic robić, mogła pogrążyć się w otaczające ją ciepło, cały świat był jedna wielką, miękką kołdrą okrywającą Mimblę, wszystko inne pozostawało na zewnątrz. Mimbli nigdy nic się nie śniło, spała wtedy, kiedy miała ochotę, i budziła się wtedy, kiedy było warto.


06 listopada 2019

O pamiętaniu

Listopad, oglądamy stare zdjęcia. 


Zawieszam się nad zdjęciem Taty - trzeci od lewej, górny rząd - i chodzą za mną myśli, że niemożliwe, żebyśmy przestawali być. Tacy doskonale niedoskonali, kompletni, z tym jedynym takim uśmiechem, nawykami, tonem głosu, błyskiem okularów, miękkim pomrukiem śmiechu, ciepłem ręki. To musi być tylko takie oczekiwanie. Takie - zniknięcie na trochę, mniej lub bardziej długie, ale tylko trochę. Tak, takie coś sie da wytrzymać, boleśnie, ale da się. Niemożliwe, żeby osoby, które kochamy, odchodziły tak strasznie daleko. . Skoro Puchatek to rozumie, to my też powinniśmy.

"- A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? - spytał Krzyś, ściskając Misiową łapkę. - Co wtedy? - Nic wielkiego. - zapewnił go Puchatek. - Posiedzę tu sobie i na Ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika."


No więc, Tato, Babcie, Dziadziusiowie, ja tak  siedzę tu sobie i czekam. Duży tak ładnie zdał na studia, Średni w Warszawie, bylibyście dumni. Radzę sobie, mam zawsze w kieszeni dwadzieścia złotych, jak radziłaś, Babciu, a mój wiersz będzie w tomiku konkursowym imienia Anny German, Dziadziuś cieszyłby się, gdybym mu przeczytała, wiem.
Brzozy takie wysokie, umiem już dobrze gotować, a wszyscy się śmieliśmy, jak wychodziłam za mąż. że Miły będzie jadł wiersze i popijał farbami. I kolejną porę roku błogosławimy, niech się dopełnia, nich przyjdzie cichy odpoczynek zimy i ogień w kominku i święta, na które Mały już czeka i chytrze proponuje mi wystawienie choinki, skoro już w sklepach wystawiają?
Mały ma oczy jak Tata Miłego, a Duży jak mój Tata.
Kupiliśmy białe chryzantemy, pachną jak apteka pani Tamarki.
Ta, na przeciw domu Babci i naszej starej chaty, której już nie ma.