21 lutego 2019

Najprostsze piękno





Takie łagodne, delikatne i skromne. Pierwsze bazie.

 Nie aspirują do miana gwiazd ugoru za lasem, trzeba podejść blisko, by je zobaczyć na tle ciemnej zieleni sosen, wysuwające się nieśmiało z osłonek brązowych łupinek. Jeszcze bez brzęczenia pszczół, jeszcze zmarznięte, jeszcze przewiane wiatrem. Pachnie zimą, śniegiem i przymrozkiem, a one już są. Zabieram kilka gałązek do domu, stawiam w siwaku. Bądźcie. Pokazujcie, że wszystko ma swój czas i że nadejdzie i wiosna, ale swoim rytmem, swoim krokiem, powolutku.
Schludne bazie, mali koloniści wiosny. Ubrane w barwy lnu i ziemi. 


Pierwsze listki przebiśniegów. Jeszcze nawet kwiatków nie ma. Ani jednego dzwoneczka, wabiącego słońce i pierwsze motyle. Chłód, sepia, brązy, a w tym to zielone, maleńkie piękno. Taki wielki dar dla stęsknionego za wiosną serca. Tacy mądrzy nauczyciele oczekiwania.


15 lutego 2019

Odsłonięte serce

Jak to jest, że odkąd dzieci są na świecie, serce zostaje już na zawsze jakieś inne, podzielone, dotknięte dziwną miękkością,  odsłonięte jak brzuszek jeża? Najpierw nosisz i tulisz, i ważne są wszystkie nocne poruszenia, płacze, świat herbatek z koperku, gryzaków, które zgubiły się między zabawkami, pierwsze rozbite kolano, pierwszy krok, pierwszy ząb. A potem coraz bardziej. I bardziej. Siedzimy nad zeszytami, szyjemy stroje druidów na bal przebierańców, płaczemy razem nad zadaniami z treścią, kupujemy garnitur na studniówkę, zdajemy matury,  brakuje tchu, gdy oni mówią tak chcę, swojej dziewczynie, żonie, wyzwaniom, światu, wszystkim strasznym niebezpieczeństwom,  na które nic nie mogę poradzić, PIT - om, podejrzanym stancjom, złamanemu sercu, podatkom, kolejnym wiosnom, cudowi każdego oddechu. Życiu. 

Więc tak  to jest, myślę, oglądając stare zdjęcia. Więc tak  to jest być rodzicem, dostać bilet na tę niesamowitą planetę RODZIC  tylko w jedną stronę, bo nawet przez myśl nie przejdzie, że można by inaczej - nigdy, skąd, to najwspanialsze, co nam się w życiu trafiło, ten cud. To naruszone w posadach serce, to nasłuchiwanie  oddechu w nocy, poprawianie na nich skotłowanego koca, podnoszenie skarpet, tomiku wierszy, telefonu, zawijanie kanapki, opieranie policzka o gorące czoło...

Jak was  nie ma wchodzę do pokojowych królestw, patrzę na dyplomy, medale Najlepszy łucznik obóz w Grójcu, robota z klocków, reprodukcję Botticellego, gitarę, stare książki - i wtedy czuję to  swoje odsłonięte serce tak mocno. Mocniej niż to, jak wiruje planeta pod stopami. Mocniej niż cała ja. 
I mam ochotę robić na zawsze malinowe bułeczki, owsiankę i pierogi. I uściskać. I nigdy nie puścić. I  jednak pozwolić odchodzić, bo tak być musi. I zostawać tu, między dyplomem łucznika a zapomnianą znowu przez Małego kanapką. Kiedy odchodzicie pozostając przecież cały czas. Tyle wam powiem na te walentynki.


Najszczęśliwsza na świecie wasza mama.



09 lutego 2019

O czekaniu, nasionach karczocha i lutym, który ma swój czas



Po urodzinach. Róże nadal pachną, tulipany nadal bielą się jak spódniczki tancerek Degasa. Niby nadal jest luty, niby nadal za oknem śnieg, ale słońce jest już zupełnie inne. Jaśniejsze, żwawsze, w dzień figluje z roztopami, przywabia wróble, ścieka kroplami z dachu, skrzy się w topniejących kałużach. Nocą przymarza wszystko, a w dzień znowu - słońce, figle i przeczucie, że coraz bliżej... wiecie co!


Taki zjedliśmy torcik lodowy.

 

A taki widok mam do śniadania, o poranku już nie szarym, ale całkiem jasnym - dzień dłuższy o godzine i pięćdziesiąt minut. Ile rzeczy można zrobić z godziną i pięćdziesięcioma minutami!
Wypić z Małym herbatę i rozmawiać o pszczołach.
Posłuchać muzyki, iść na spacer, czytać. Oglądać pomidorkowe nasiona - tak, już są, już czekają, pokaże następnym razem. Przywiozłam sobie też z ferii nasiona kolorowych marchewek, kolorowej botwinki i karczocha. Nigdy dotąd nie siałam karczocha, musze doczytać, jak i kiedy. Ktoś się podzieli dobrymi radami, jak wyhodować choć jednego?


Kot jeszcze w zimowym futrze i zimowym nastroju. Niewzruszony moim przeglądaniem nasion, żonkilami kiełkującymi w doniczkach i pierwszymi baziami na mojej starej  iwie, która spróchniała i pękła, ale na koronie bazie rozwijają się w najlepsze. Uczy cierpliwości - zima też ma swój czas, musi dojrzeć, dopełnić się, doczekać swego końca.



Nadal czekamy więc - ale kto zabroni marzyć? Tak więc już niedługo!


05 lutego 2019

Powroty i urodziny Kaliny

Jestem, wróciłam, ogarniam mały, domowy świat i większy, w pracy. I znowu machnął mi cały rok, przegalopował jak rącza łania - ha, po czterdziestce coraz bardziej rącza!
Ale zwyczajnie się cieszę. Że idzie nowa wiosna i już zamawiam nasionka pomidorów, i marze o ostrózkach i malwach, o tulipanach i  przyjemnym, powolnym nadchodzeniu tego, co nieuniknione.
Celebruję jeszcze lutowe  mrozy i śnieg, karmię ptaki, owijam się w swetry, ale pozwalam sobie już na tulipany i wesołą zieleń w kuchni, żeby sercu cieplej było. Pozdrawiam wszystkich podczytywaczy, wracam z opisywaniem, czytaniem wierszy Tomasza Różyckiego - teraz właśnie, przepiękne!

"Gdzie to się podziało? No bo gdzie się podziewają wszystkie stare czapki? I stare kolejki? Stareńkie wagony? Gdzie się czas podziewa, czas, którego zawsze było dużo? Że się go smarowało grubo w pajdach chleba, że się go miało pełne bańki i koszyki, wracając z lasu?"


13 stycznia 2019

Rozbieranie choinki, chowanie wiosny w pudełku i babka ziemniaczana


I nadszedł ten dzień, i pożegnaliśmy choinkę. Bombki, do widzenia, światełka, żegnajcie. Wysuniecie się z piwnicy za rok, jak zawsze wtedy będziemy się zdumiewać z dziecinną radością - o, żołnierzyk! Szklane bombki w kwiatki, całkiem o nich zapomnieliśmy! O, a pamiętacie tego renifera z lusterkiem w brzuchu?!

Czasem mam wrażenie, że właśnie po to jest zima. Że Bóg chowa przed nami w zimowym pudełku kolory hiacyntów, kwitnące wiśnie i sianokosy latem, żebyśmy się cieszyli, gdy wrócą, na nowo, stęsknione, znowu pierwsze i świeże. Patrzę na karmnik na orzechu i wiem, że za trzy miesiące porzeczki pod nim zaczną zielenić się najwczesniej, pachnieć porzeczkowym aromatem wiosny, wyciągać gałązki do słońca. A teraz leży tu śnieg, zieleń schowała się, a w karmniku urzędują mazurki, sikory, sójki, nawet szczygieł i sierpówki. Lubię to tęskniące czekanie, to wibrowanie w palcach, aż do bólu. Tak bardzo chcę, wiosny, kwiatów, zielonego, słońca, ciepłego wiatru, pierwszego cytrynka...

Może bez zimy nie chciałabym tak bardzo? Nie umiałabym kochać, jak kocham? Nie doceniałabym?
Póki co, mamy śnieg, idą "kreszczeńskie mrozy", a my pieczemy babkę ziemniaczaną.
Przepis kalinowy - ziemniaki zetrzeć na tarce bardzo drobno, tak, żeby wyszło z cztery szklanki ziemniaczanej masy;  dodać pół szklanki puree z dyni, jedną startą marchewkę,  ja dodawałam mrożone puree dyniowe, dwa jajka, ze cztery łyżki mąki na blachę, doprawić suto pieprzem, solą, tymiankiem, posypać kminkiem, opcjonalnie pieczarki, podsmażone z cebulką, wlane razem z olejem, na którym się smażyły. Oleju nie żałować. Piec godzinę. Najlepsze na drugi dzień, podsmażane w paski po wystygnięciu:) Popijać barszczykiem.


 Jak ktoś ma ochotę poznać zdrowe, smakowite przepisy możecie zajrzeć też do Docika, zakręconej na tle zdrowego żywienia siostry Miłego;) Ja jutro upiekę brownie;)

05 stycznia 2019

Bałwankowy dzień


Każdy kiedyś lepił bałwana, prawda?


Na przykład Mama i tata Miłego, w pięćdziesiątym ósmym!



A u nas... Cicho, cichusieńko, przed siódmą, po ciemku, po wielkiemu cichu napadało! I to najlepszego do lepienia, puszystego, mokrego śniegu, jak nam się z małym oczy roześmiały! Bo teraz, dzisiaj my też ulepimy bałwana, ho ho.


Powoli widniało. Takie powolne, sobotnie poranki są najlepsze zimą. Nikomu się nie śpieszy, no, chyba, że do lepienia bałwanów. Można zrobić gorącą kawę i patrzeć przez okno, jak sypie, jak dnieje. Światło jest przesiane przez białe płótno nieba, jakbyśmy byli wewnątrz śniegowego namiotu. A do kawy jest ciasto Śnieżny Puch, w wersji Kaliny, czyli na biszkopcie zamiast na ciastkach. 

  

Ten mały bałwankowy obywatel nazywa się Stefek. Powstał szybko, z pośpiechu i chęci zrobienia jak najszybciej pierwszego tegorocznego śniegowego kompana! Stefek w wersji codziennej i Stefek w outficie świątecznym, ta dam. Z profilu, en face, na tle zimowego krajobrazu i pięknych okoliczności przyrody. Z nosem marchewkowym i ostrokrzewowym. Bałwankowy jednak lepszy, tradycja to tradycja.



 

Po powołaniu do istnienia Stefka Mały zabrał się do Ferdka, z małą współpracą mamy. Ferdek okazał się bałwanem sporym,  okazałym i statecznym. Dostał halabardę, szalik Dużego  i rudbekiowe ślepka.


Toczenie...


Toczenie musi być. Aż rękawice będą mokre, a do śniegu zacznie się przyklejać trawa. A śnieg pada, można wysunąć język i łapać śnieżynki. I poczuć się jak Muminek w lodowym lesie, gdy Too tiki zrobiła latarnię ze śniegu!



 





Trzeba od czasu do czasu przewietrzyć rodzinę.

Tove Jansson "Zima Muminków"



A noworocznie postanowione hiacynty już mam!