Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Borges. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Borges. Pokaż wszystkie posty

20 lipca 2016

Rzeczy miłe i przydatne



Rozogórkowało się. Sypnęło obficie, po deszczach,ogórki są grubiutkie, krępe, soczyste. Trzeba wybierać co dwa dni, bo przerastają w formę zeppelinów, a z tych to tylko pikle.
Pikle z curry też robię, z tego przykładowo  przepisu.
Dwadzieścia cztery słoiki kiszonych. Teraz dwunastka konserwowych, z marchewką. I tak dzień za dniem, robi się rzeczy miłe i przydatne.


Tak dumam sobie, dlaczego robi się właśnie to, a nie coś innego. Robię ogórki, bo Babcia robiła. Dodaję liście wiśni, bo tak robił Tato. Mogłabym nie robić, jak pani Celina, która ostatnio w sklepie oznajmiała głośno przy wędlinach, że ona w tym roku nie, koniec, dość powiedziała, dokąd będzie ogrody zakładać, czy ona chociaż na starość na odpoczynek nie zasługuje, a to wiecznie -  to pielenie, to dżwiganie, a potem słoiki i słoiki...
Ale przyjemnie jest mi napełniać słoiczki swoim, wyhodowanym dobrem. Znam te ogórki od nasionka, od pędu, od liścia. Taszczę je dodomu w wiaderku, w ubłoconych gumowcach. Lubię zapach angielskiego ziela i octowej zalewy. Więc... nie moge inaczej. Imperatyw lubienia, oprócz pożytków.  Borges powiadał: powinnością wszystkich rzeczy jest dawanie szczęścia. Jeśli go nie dają, są bezużyteczne albo i szkodliwe. Tak więc ogórki dają mi szczęście, są zrehabilitowane:) Swoją drogą, wiśnie też. Oberwaliśmy je z całą ekipą domową i przytaszczyli do domu. Tak się prezentowały na ławce:



Słoiczki pełne dżemu stygną teraz ogacone pod białą ściereczką. Jutro napiszę etykietki, powędrują do piwnicy na zimowe wieczory, na smutki i chłód.
Pomidory zaczynają kraśnieć.
W kuchni zawisł żyrandolek, o taki:


A kiedy popołudnia przychodzą, ze światłem bawiącym się w jaśminie za oknem, z głosami kosiarek od sąsiadów tudzież kur sąsiednich, z ksiązką u boku, zmęczonymi stopami... to jest tak:


10 listopada 2014

Czasie, źródło przejrzyste, nie wysychaj.

Czytam Borgesa.

„W jednym człowieczym dniu jest
czasu suma cała […]
Panie, odwagą i radością obdarz nas
Dla pokonania góry tego dnia”

I Musierowiczową:

„Pamiętasz, co twój dziadek mawia? Że uśmiech bywa aktem męstwa, że smutek to słabość, to postawa zbyt wygodna. Być radosnym i dobrym, kiedy świat jest smutny i zły, to mi dopiero odwaga”.

Noc układa się za szybą, na parapecie, bardziej zielonooka, niż nasza  kotka, którą zaczynam z upodobaniem nazywać Baryłką, ze względu na osiągane okrągłości.
Oglądam fotografie, które są dla mnie cenniejsze, niż kohinoory. Moi dziadkowie.

Rok 1946, dziewiąty sierpnia, może to dworski park we Włostowie? Wojna niedawno minęła. Jaką książkę Babcia trzymała w ręku? Nigdy się nie dowiem. Kto szył jej tę kwiecistą sukienkę? Patrzę na nich, na drugi brzeg tej rzeki czasu i myślę, czy będę mieć tyle sił, by tak pracowicie, spokojnie, z miłością przejść tę samą drogę? Zawsze stały kwiaty w kryształowym wazonie w zielonym saloniku, najczęściej lilie lub róże. Jaskółki śmigały nad podwórzem, pachniał rozgwar pszczelich lip, na obiad były pierogi z truskawkami i gruszkowy kompot, a potem szarlotka, porywana w przelocie gdy dziecinne bose pięty już pędziły w dal, na macierzankowe wały, albo do parkowych ruin... Dali mi najszczęśliwsze dzieciństwo na świecie, stabilny fundament na wszystkie lata. On do niej mówił "Dzióbku". Recytował Mickiewicza i hodował najpiękniejsze lilie, jakie widziałam w życiu. Moja Konopnicka, mówił z dumą, gdy czytałam mu dziecinne wiersze. Przechowywał wszystkie. Mój Dziadziuś. Patrzę na zdjęcia Dużego i myślę, że bardzo przypomina mi młodego Dziadziusia, z tej starej fotografii. Zarys szczęki, brwi, kształt szczupłej, męskiej sylwetki.


Mogę żałować, że nie będzie już spacerów z Dziadziusiem po ogrodzie, rozmów w lipcową niedzielę, ale wolę zbierać skrzętnie wspomnienia, jak kobieta swoje klejnoty do szkatułki, cieszyć się tym, co udało mi się zapamiętać i opowiadać dzieciom, jak Dziadziuś walczył w czasie wojny, jak spotkał Babcię, wracając do zrujnowanego domu, jak po wojnie sadzili razem sad, jakim był człowiekiem, czego nas uczył...


Zapisuję, bo zapominam, staję bezradna z tą garścią wspomnień, składającą się z zapachów, emocji, czegoś tak niewyrażalnego, że zasupłuję się z tym w środku i idę popłakać pod brzozy. Bo te wspomnienia pamięta mała Kalina, a ja jestem Kaliną dorosłą i muszę pamiętac teraz ich wszystkich i to wszystko - tę małą siebie, pamiętającą ich, swój zachwyt i ufność, ich w jej - mojej głowie. I robi się tego pamiętania za dużo, jak matrioszka w matrioszce, więc patrzę na zdjęcia, a potem je odkładam, idę w las i po prostu zamykam oczy, a oni są, na zawsze, nasi ukochani, ich uśmiechy, trwanie i miłość.

Na zdjęciu po lewej - mama i dziadziusiowe lilie.

Dziadkowie ze strony Taty. Tata w środku. Zdążyliśmy z Dużym nagrać opowieści Babci na dyktafon, powstała z tego długa historia. Czytam ją po wielokroć,  szukając błogosławionej sumy czasu w każdym z jej ciężkich, pracowitych dni; mojej silnej, upartej, niepoddającej się nigdy, kochanej  Babci...

Matka moja zmarła w 35 roku. Po matce pozostała bardzo dobra maszyna do szycia, taka, że wszystko szyła i cienkie, i grube, nawet kożuchy. Potem jak matka zmarła, krawiec z Bielska chciał dać nową maszynę damską singer za tę maszynę matki. A ojciec nie dał. I ja sobie przemyślałam, że do szkoły iść ze wsi, biedna? Ja nie dorównam dzieciom z miasta, bo trzeba było jednakowe ubranie mieć, taki mundur, granatowa spódniczka plisowana i bluzka z kołnierzem marynarskim granatowa lub biała. I to wszystko jednakowe. Na początek roku może dam radę, bo ojciec był woźnym w szkole, to kupi. Ale potem zmieniać i palto na zimę i buty, i wszystko, i książki do nauczania, nie dam rady, co to 15 złotych miesięcznie. To za mało na naukę. No i ja przyszłam do szkoły do kierownika i mówię: nie zgadzam się, nie dla mnie ta szkoła. Ja po matce mam maszynę, wyuczę się, a krawcowa 120 złotych zarabia, ojciec mnie wyuczy, pójdę do Zabłudowa, wynajmę mieszkanie i tam będę pracowała i chrześniakiem opiekowała się, bo ja w 14 lat już chrześniaka miałam. 
(...)
[...]W 18 lat za mąż wyszłam, mąż mój Stefan felczer był. My zaraz przyjechaliśmy tutaj w listopadzie. U Niczyporuków mieszkaliśmy, pożydowski dom, co żył wcześniej Lejbka, Żyd, jeden pokój my zajmowaliśmy. I tak myślę: Boże, trzeba jakoś mnie pójść do pracy. I jedna z Doratynki była dziewczyna, dwie siostry mieszkały, jedna w gminie jako kasjerka pracowała. Raz przychodzi do mnie i pytam się: pani Leszczyńska, jakie pani wykształcenie ma? A ona mówi: podstawowe. I tak pomyślałam, że jak podstawowe, to i ja będę pracować. Marzyłam do pracy. Prosiłam męża, żeby załatwił, bo wójt do nas przychodził, złożyłam podanie i załatwili mnie odmownie. I dawaj ja prosić.  I przyjęli mnie do pracy, w 48 roku przyjęli.”
(...)
[...]Pracowałam na różnych stanowiskach. I w referacie wojskowym i w księgowości, i w podatkowym i w ewidencji ludności.(...)
U nas stójka była, furmanka. Czy pojechać na wieś, czy gdzieś, to my jechaliśmy. To żeleźniaki były, te furmanki. Organizowaliśmy w gminie, czynem drogę robić. Wszystkie zakłady i sołtys ludzi mobilizował, i czynem drogę robili. Bruk. I ja pracowałam przy tym bruku(...)
Zorganizowali my też taką Ligę Kobiet, ja w tym byłam. Potem na Koło Gospodyń Wiejskich przemienili.
Organizowaliśmy to my, same kobiety - ja, Zosia Szachiewicz, jej siostra, Zubrycka, inne kobiety - przedstawialiśmy na wieczorkach, takie występy i pieniądze zbierali na biednych. Bo tej biedy po wojnie pełno było.”


 Na zdjęciu z lewej mama, dwudziestoletnia. Niżej Babcia Józia, taką ją pamiętam... stolnicę po pierogach szoruje.


Czasie, źródło przejrzyste, nie wysychaj. Potrzebuję pamięci, tych wspomnień, żeby wiedzieć, dlaczego jestem, jaka jestem, dlaczego próbuję z determinacją na piachach podlaskich wyhodować lilie Józefa, czemu mam siłę, by wstać rano, piec chleb, czytać wiersze, składać drzewo, cieszyć się światem. Czemu kocham lipy, róże i zaśpiew dzwonów? Jaskółki? Ktoś mnie tego nauczył, ktoś zostawił dla mnie to dziedzictwo, nie tylko pamięć, ale i nawyki, codzienne wybory, że postąpię tak, a nie inaczej, bo oni tam są, patrzą na mnie z uśmiechem. I te domowe, rodzinne przykazania, to coś takiego, jak  w przykazaniach domowych Rodziewiczówny: czcij i zachowaj ciszę, pogodę i spokój domu tego. To zostaje w człowieku na zawsze.
Listopadowy, spokojny wieczór, czytam Borgesa, oglądam fotografie. Jutro szczególne święto, dzień wspomnień.
Ufnie dziecinne stopy wstępują w ślady dorosłych, dobrych ludzi, którzy byli dla niego jak jasny promień.


21 października 2014

Były sobie drzwi. A oprócz tego o Borgesie, backyardach duszy i poezji.

Były sobie drzwi do ganku, które przemalowałam na popielato. Ze strony frontowej powstała gałązka kaliny, albo coś kalinopodobnego, od środka imbryk z Bzową Babuleńką. Ponieważ Duży odsypia późny powrót z polityki społecznej czy też innych interesujących zajęć, zdjęć porządnych nie ma, wstawiam nieporządne, moje. Potem najwyżej podmienię:)


Ten solidny gwóźdź służy do wieszania wianka sezonowego. Drzwi są ciężkie, drewniane, robił je tata Miłego. Ściany w ganku są śmietankowo białe, ganek czeka jeszcze na szafkę na buty, siedzisko z poduchą i biały, wiklinowy kosz. Dzieciak ze mnie wychodzi, kiedy maluję, jakoś tak weselej:)
Dzisiaj niebo szare, brzozy smętnie zwieszają głowy, tylko czerwona plama traktora na podwórzu raduje oczy. Przyczepa pełna drzewa, średnia feudalna siła robocza naładowała wczoraj po brzegi.
Myślę o zapachu liści czarnej porzeczki, o tym, jak się kładłam w wysokiej trawie i patrzyłam w prześwietlone słońcem, zielone sklepienie liści. Miałam dziesięć czy dwanaście lat, pachniały papierówki, a babcia gotowała obiad i na pewno będzie kompot gruszkowy w zielonym dzbanku.
Z tego wszystkiego mam dzisiaj gruszki i zielony dzbanek - zrobię kompot, dla tego wspomnienia, pachnący goździkami. I ze względu na Borgesa, bo śniło mi się dzisiaj, że błądzę po Szkole - nie jakiejś konkretnej, mojej szkole, ale Szkole archetypicznej, będącej wszystkimi szkołami i wnętrzami. Błądziłam w labiryncie sal, szukając swojej i noc nie miała końca. A Borges napisał:  Bóg stworzył noce, co się zbroją snami i stworzył kształty luster, żeby człowiek wiedział, że jest tylko odbiciem i marnością. Dlatego sny i lustra niepokoją.

Uspokajam się, patrząc na malowane drzwi, pijąc kawę zbożową i  korzystając z urlopu. Pora pojechać czerwonym rowerem do sklepu po bułki, pora zanucić jasną, czystą jak śmiechy dzieci melodię i ogarnąć świat. Codzienność nadaje sens, uspokaja, pozwala zorganizować siebie, ale zostawia trochę backyardu duszy na taki miły nieporządek - tam są nasze nieskoszone trawy wspomnień, rdzewiejące puszki hołubionych pamiątek, niezrealizowane stosy planów, marzeń, to, z czym nie zamierzamy się rozstać, bo nie i nie:) Każdy ma swój backyard duszy. I nie bylibyśmy pełni bez tego, tak sobie myślę.
Zatem ruszam ogarniać świat, porzeczki ze wspomnień pachną, pachnie gruszkowy kompot a Borges wędruje ogrodami o rozwidlających się ścieżkach. A na deser Wczesny błękit Juana Ramóna Jiménez.(dziękuję, Viridarium!)
Wczesny błękit

Kiedy obudził mnie łagodny zapach,
ujrzałem gwiazdę,
jak, uśmiechnięta, schodziła mi z oczu;
- uśmiechnięta, że tak przetrwała
calutką noc przede mną
obnażona i wonna, uśmiechnięta.

21 lipca 2014

Co robimy, jak nic ważnego nie robimy? Czwarta niedziela i Port Credit. I obcokraiści.



Naprawdę, czasem leniuchujemy, choć może na to nie wygląda, bo nie piszę na blogu o wszystkim. Dni toczą się i dzisiaj minęła nasza czwarta niedziela na wakacjach. Co robimy, jak nie robimy niczego ważnego?  Duży fotografuje, na przykład pomidory i jabłka...



 ... Mały ze Średnim ganiają po parku, obrzucając się rzepami, jemy lody kupione w Ice Trucku, oszukujemy kaczki, karmiąc je próchnem, bo ciastka w torbie się skończyły. Pijemy latte w The Guilty Dog Coffee House, włóczymy się po okolicy, jeździmy do Port Credit na skały, dzwonimy do domu, tęsknimy, zamawiamy pizzę. Doświadczam nieważkości i ciężaru czasu, jak Borges napisał: 

Czas jest substancją, z której mnie ulepiono. Czas jest rzeką, której prąd niesie mnie w dal, ale to jestem tą rzeką...  

 W portowej kafejce w Port Credit  nad jeziorem Ontario przeglądam album o First Canadians, patrząc jak zachodzące za szybą słońce maluje niebo w liliowy batik. W domu, tysiące mil stąd, Wielki Wóz przesuwa się już pewnie nad głowami naszych brzóz, które tęsknią za nami tak, jak my za nimi. Ale póki co, Port Credit i nasza czwarta niedziela...


- Strasznie dużo tu obcokraistów, prawda, mamo? - oznajmił Mały, po czym z właściwą sobie logiką dodał - Ale dla nich to my jesteśmy obcokraiści, co nie?

PS. Duży jest już studentem socjologii:)

10 października 2011

Czajniczki, samowary i piosenka pana Borgesa



Nadejszła wiekopmna chwila....
Przymrozek. Pierwszy tej jesieni.
Nagle stojąc z nosem przy szybie w ganku o szóstej rano uświadomiłam sobie, że minęło lato- nieodwołalnie, cicho, odjechało z orszakiem swoim dam i kawalerów, na średniowiecznych konikach, z dźwiękami rogów, saraband i złotymi włosami Izoldy. Nadejszła wiekopomna chwila- oto wkroczyliśmy w królestwo chłodu.
Średni zażądał rękawiczek, stwierdził, ze mu zimno do szkoły rowerem jechac, jak kierownicę trzyma. A mały jechał dzisiaj do zerówki zawinięty w kraciasty koc; o siódmej rano,  senny, szczękający zębami. Wyciągnęłam kurtki, czapki, szale. I nastawiłam sobie czajniczek z parującą herbatą, marząc o samowarze.
W sumie, dlaczego nie? Mamy samowar, nawet dwa. Jutro- nie, dzisiaj!- dzisiaj go wyciągnę i będziemy robić wieczorne sacrum herbaciane wokół samowara. Mamy też kasztany, żołędzie, porobimy ludki....i stemple z liści...i upiekę muffinki do tej samowarowej herbaty.
Chłód.
Jak Gerda na grzbiecie renifera, przyjechała jesienna panna, otulona w dziergane swetry, z czerwonym nosem i zmarzniętymi policzkami. Musze pograbic liście. Muszę wykopać selery. Muszę przeczytać Borgesa...

Elsa

Noce długiej bezsenności i kary,
Które pragnęły świtu i obawiały się go,
Dni owego wczoraj, co powtarzały
Inne zbędne wczoraj. Dziś je błogosławię.
Jak mogłem przeczuć w owych latach
Opuszczenia w miłości, że okrutne
Baśnie gorączki i krwiożercze
Jutrzenki szczeblami były jedynie,
Topornymi i błędnymi korytarzami,
Jakie prowadziły mnie do czystego
Wierzchołka błękitu, który trwa w błękicie
Tego wieczoru i moich dni?
Elso, w mojej dłoni spoczywa twoja dłoń.
Widzimy śnieg w powietrzu i kochamy go.

Jorge Luis Borges
przełożył Andrzej Sobol-Jurczykowski

04 marca 2011

Fikcje, biblioteki, palimpsesty i labirynty. I szczypiorek.

Po raz kolejny czytam Borgesa i błądzę po Bibliotece Babel, szukając tym razem nie ukojenia- ale czerwonej nici. Ciekawe, że Jozue kazał Rahab przywiązać do okna czerwony sznur, na znak, że ten dom ma ocaleć. Czuję się jak dom w Jerycho i szukam czerwonego sznura, ale jestem w labiryncie i otaczają mnie księgi.

" Jeśliby wieczny podróżnik przebywał ją [Bibliotekę] w jakimkolwiek kierunku, stwierdziłby po upływie wieków, że te same tomy powtarzają się w takim samym chaosie (który, powtórzony byłby jakimś porządkiem: Porządkiem). Moja samotność cieszy się tą elegancką nadzieją".

Z własnej woli wpędziłam się w stosy ksiąg i czuję się jak zasuszony między stronami marcowy motyl; jednocześnie w przedziwny sposób porzucam bez żalu tego motyla i z elegancką, borgesową nadzieją pozwalam myślom wędrować. Jestem dzisiaj kobietą, pijącą ze strumienia, żeglującą do Bizancjum, a nawet splatającą łapacze snów przy księżycu, wyobraźnia staje się moim czerwonym sznurem, którego łapię się, by uciec z wieży ksiąg na nieskończone łąki niewinnego świata. Zawsze jestem zdumiona światem po Borgesie- dlatego,że w przeciwieństwie do mnie, Borges umie się wysłowić. Ach, jak pisał Miciński: Gdyby piekło mogło się wysłowić, byłoby zbawione.
Na dystansie kuchnia- sypialnia spotykam setki rzeczy, których nie umiem opisać, ale próbuję dzielnie, zaczynając od rubinowej barwy na tapecie, która ma kolor warg hrabiny Olenski, po perełki kurzu, kocią niepewność skrzypiącej podłogi, jedyną w swoim rodzaju smugę światła, w której wirują nieznane podróże, diabełki w melonikach i z tajemniczym uśmieszkiem, królowe, skrzydła i kapelusze. Podnoszę głowę znad klawiatury i przyglądam się Ofelii, nieodmiennie unoszącej dłonie do kwietnego wianka. Ofelio, idź do klasztoru- błysk słońca na kryształowych kolczykach nie wyjaśnia niczego, Piękno zawsze jest niewyjaśnialne.Tak, Borges prowadzi mnie w labirynty własnych myśli, oglądam drugą stronę palimpsestu, błądzę po Bibliotece, a za oknem rozświergotane wróble na jaśminie, topiący się śnieg i moja własna radość, że jest przedwiośnie, że pietruszka puściła pierwsze listki na parapecie, a Pan Szczypior puszy się w słoiku zielonymi wąsami.


Przeczytawszy Borgesa odkładam go na bok i dumam nad przewagą szczypiorku nad labiryntem najbardziej cudownych cytatów.Mimo wszystko, podła ze mnie dusza. Uciekam po czerwonym sznurze, żeby zjeść kanapkę ze szczypiorkiem. Mimo wszystko, nie da się zjadać ksiąg....