Po porzeczkach były wiśnie. Dużo wiśni. Uwielbiam wiśnie i nawet, gdy trzeba je drylować, uwielbiam. Sa takie gładkie i mięsiste, zabawnie pryskają sokiem, można je jeść bez końca, a wiśniowa konfitura jest jeszcze lepsza, niż wiśnia na drzewie. Poczyniony został więc konfiturkowy szwadron słoików, z dodatkiem goździków i cynamonu, by podkreslić winną słodycz. Goździki pasują mi do wiśni, tak jak lawenda do brzoskwiń i moreli. Pycha.
Po wiśniach były kurki. Kurki z tymiankiem, śmietaną i gałką muszkatołową. Też pycha, lipiec w jedzeniowe dary potrafi tak, jak chyba żaden miesiąc poza październikiem, gdy zaczarowują świat dynie, renety i węgierki.
A z cudów lipcowych to jeszcze dziewanna - ma się dobrze, rośnie w górę jak wieża ze złota i karmi pszczoły i moje serce.
No i dzikie róże, wiadomo. Te z wierszy Gałczyńskiego, te pachnące jak olfaktoryczna baśń orientalnych nocy, te zbierane koniecznie na bezkresnych ugorach podlaskich, przy drożynach i na rozstajach siedmiu wiatrów.
A w ogrodzie to jeszcze gladiole - zaskoczyły mnie kolorem, nie pamiętałam, jakie cebulki posadziłam.
No więc kontynuując inwentaryzację Bożych darów z ogrodu, to jeszcze uleny obrodziły i papierówki. Mama poczęstowana papierówkami zdradziła mi przysłowie, że po Matce Bożej Zielnej każdy chodzi jak cielny, znaczy upasie się w swoim ogrodzie tym dobrem, co go tyle wszędzie. Chodzimy jak cielni i jemy papierówki na zmianę ze śliwkami i pomidorami, bo już startują.
No i lipiec minął. Ani się obejrzałam i już sierpień. Bociany ćwiczą do odlotu, ogórki teraz robię, śliwkowe powidła i kompoty, rysuję i zaczynam czuć leciutki oddech tego melancholijnego, sierpniowego fado, które nuci mi z mglistym porankiem o przemijaniu.
Ale to też piekne.






