Wiecie co? Posiałam dzisiaj groszki. Tak, dzisiaj, dwudziestego lutego uroczyście rozpoczęłam sezon przedwiosenny, napaliłam w piecu w szklarni, zmieszałam ziemię z perlitem i posiałam pachnące groszki. Potrzymam je trochę na parapecie, aż wykiełkują, a potem pójdą do chłodnej szklarni, w chłodku lepiej się rozrastają im korzenie i siewki są mocniejsze.
Do ziemi w szklarni posiałam szpinak, a w przyszłym tygodniu mizuny, rukolę i rzodkiewkę. Jak będa mrozy, przepalę w piecu, ale te pare stopni na plusie ma u nas być. Marzec zapowiada się klasycznym przedwiośniem i mam nadzieję, że tak będzie, zmęczyły mnie poprzednie anomalie, lato w kwietniu, minus siedem w maju. Tak bardzo marzę o przewidywalnej wiośnie, gdy ludowe przysłowia pogodowe pasują do dat... nadzieja ogrodnika- nowy sezon będzie lepszy:) I tak co roku:)
Pachniało dzisiaj wilgocią i pożegnaniem zimy. Nie wiem, czy na dłużej, ale stojąc na ścieżce do kompostu i posypując ją popiołem - lodośnieg jest okropnie śliski, tak mi się zatęskniło za głosem wiosennej sikorki: titu, titu, titu... Czy u was śpiewają już to wiosenne titu titu? Stać, patrzeć w niebo i słuchac titu titu...
Widziałam kilka lecących gęsi. Ciekawe, czy zimowały, czy to już na marzec przyspieszyły?
Mam bardzo smakowite plany na ten sezon. Chcemy odmłodzić ogród, zmienić płot, ściąć kilka świerków zacieniających północną częśc, zmienić tuje na liściasty żywopłot... Znowu chcę zrobić warzywne skrzynie, ale nowe, wyższe, żebym się tak nie schylała i w innej konfiguracji. W poprzednim roku podupadłam, melancholizowałam i trochę pożegnałam się z ogrodem, ale teraz nabrałam nowej nadziei, czuję się zdrowiej, myślę, że mogę spróbować znowu poogrodowac sobie... nie umiem być szczęśliwa w pełni bez swoich roślinek. Kupiłam już nasiona pomidorów i w marcu znowu wysieję swoją rozsadę.
Titu titu. Przyjdź, Przed- Wiosno. Amarylis mi rozkwitł i puszy się w kuchni.
Śnieg topnieje i strumyczki wody płyną po zamarzniętej ziemi, a dzień jest już dłuższy o 2 godziny i 35 minut. Całe dwie godziny! Wiecie, ile to uśmiechów więcej?
Zima. Zima zimowa, tysiąc Buk siedzi na ziemi i czeka, aż złożymy im życzenia na urodziny. Buki też mają urodziny, prawda? Wszystkiego najlepszego, Buko, ładne są te zamrożone poranki, minus 28 o czerwonym świcie i śnieżna pełnia nad stadami żubrów na polach.
Koty zalegają w domu, okupują fotele przy kominku, podsuńcie się, koty, też chcemy się ogrzać.
Ciało i duszę.
Żeby nie było, kupiłam już nasiona na nowy sezon i pokaże, gdy odmarznę.
Na raZie zwijam się w kłębek, oddycham, hibernuję, nad domek unosi się dym, jak para z gorącej herbaty lipowej nad filiżanką.
Urastaj mi powracaj cieniu domu dalekiego I ty choinko pod oknem świetlista Łzo czysta skryta u oka dziś mojego Raduj się wesel mi się jeszcze Dziecinne moje Boże Narodzenie Po calutkim choćbym szukał świecie Nie wypatrzę gwiazdki tak pierwszej Nie napotkam pasterzy weselszych – Nie ma już zim takich na Ziemi
Leszek Długosz to napisał. I wszystko to prawda. Ale jeśli już nie ma takich zim, i takich świetlistych wigilii, to przecież inne są, prawda? I inne być mogą. Odbyłam żałobę za dzieciństwem i za dawną, małą Kaliną, i za tym, co nie wróci (Jak oni odchodza, jak oni odchodza, ci wszyscy, co mówili, że będa na zawsze). I robię kolejną wigilię sobie, dawnej i teraźniejszej, Miłemu i dzieciom, kotom, ciszy, domkowi, naszą, jasną, spokojną, szczęśliwą. Inną, dobrą tak samo, albo nawet bardziej, bo po tych latach pielgrzymki ziemskiej rozumiem więcej (nie dużo, uchowaj Boże, i absolutnie nie wszystko, ale ciut więcej niż wcześniej). I cicho, cierpliwie, spokojnie, z zachwytem, uwaznością cieszę się tym, co tak oszałamiająco hojnie darowuje nam narodzony w Betlejemie. Wszystkim moim czytającym wesołych, jasnych, dobrych, boskich i ludzkich świąt!
I ilustruję sobie Andersena. Nie, żebym konkurowała z panem Szancerem, niedoścignionym mistrzem wyobraźni. Po prostu lubię, rysunek to moje wyznanie miłości dla tych baśni, mój sposób rozmowy.
No więc była już Gerda i Kaj, a teraz Świniopas. Najlepsza historia motywacyjna o tym, że czasem nie ma drugich szans. Nie chciałaś prawdziwego księcia, słowika i róży, sprzedałaś buziaki za magiczny garnek, to teraz masz.
A u nas święta już minęły. Jest krajobraz po bitwie, muszę rozebrac choinkę, bo nikt nie chce rozbierać choinki, posprzatać torby po prezentach, pozamiatać szpilki świerkowe ze smętnych girland, które zmieniły się w suche patyczki...
I wiecie co, lubię to.
Lubię czas PO świętach, lubię domknąć tę furtkę, założyć fartuch i zrobić nowe. Miejsce na nowe. Lubię, gdy czysto umyte podłogi zapachną mydłem marsylskim, na kominku zjawi się nowa dekoracja, a w kuchni podpędzone hiacynty. Świat się zmienia i bardzo dobrze, zmiana świata jest jedyną stałą w życiu. Chcę nowej wiosny po zimie i nowych nadziei po chudych dniach. O mój miły Augustynie, wszystko minie i dobrze ci tak:)
Śniegu napadało troszku
Powigilijne wspomnienie
Robię jedzonko dla ptaszków
Ubierać jest komu, a rozbierać to nie
Te trzy zdjęcia to to samo miejsce w ciągu dwóch tygodni.
Raz słońce, raz śnieg
Rudy się wywala na moich lalkach i śpi pod spódnicą
Prezent od Alicji! Ta książeczka. A mysia od Małego i jego dziewczyny. No.
Byłam na warsztatach malowania ze złotem w galerii, namalowałam bazyliszka
I tak sobie żyjemy
Dzień dobry, młoda Kalino, pamiętam, żeby się cieszyć ze wszystkiego, pamiętam
Nie ma już takich zim, tytuł przewrotny, ale opowieść prawdziwa.
TA piosenka musi być
Siedzimy z mamą przy choince i opowiadamy sobie o zimach. A raczej mama opowiada mi o swoich Zimach, o zimie ze wspomnień zimnej jak lód, cichej jak wielkie smutki, trawiącej, jak ogień. Takich chwil jest jedna na lata.
Dziwne, ale pierwszy raz usłyszałam historię o tym, jak zmarł w wigilię pradziadek, ojciec mojej Babci. Można przezyć 50 lat i nigdy nie poznać historii, którą wywołała spod lodu zapomnienia lekka wzmianka o tym, że zimy już nie takie, jak dawniej. Dziękuję, Mamuś.
Mama przyjechała na Podlasie jako młodziutka dziewczyna, zamieszkała w rodziną Taty w pożydowskim, stareńkim domu bez wygód, ale za to z całkiem tłocznymi mieszkańcami. Poza nami będzie mieszkał tam stryj z rodziną i nie wiedziałam o tym, że jakiś czas mieszkał też babci ojciec, który był kiedyś w szkole przed wojną woźnym. Mama opowiada mi, że był spokojnym, dobrym człowiekiem, który palił skręty z machorki. Umierając, poprosi jeszcze mego taty, by dał mu "zakuryt"". Mówił podlaską gwarą i mama wspomina, że gdy poprosił ją "Ania, idi na dwór i pryniesi kostriulu", wyszła i stanęła nie mając pojęcia, co ma przynieść, a wstydziła się zapytać.
Więc jest wigilia, nie wiem, jakiego roku, mama też nie pamięta, ale mnie jeszcze na świecie nie ma, Babcia poszła do sąsiedniej wsi i akurat jej nie ma w domu, tata siedzi przy swoim dziadku i podaje mu ostatniego skreta z machorki, dziadek umiera i jest Zima.
Zima przez Z.
Trumnę wiozą potem saniami do Ryboł, wsi, gdzie pochowana była jego żona. Saniami...
Potem przychodzi zima stulecia. Śniegu jest tyle, że mama idąc do pracy wydeptaną ścieżką na ulicy Rybackiej głową sięga kominów chat. Mama postanawia w szóstym miesiącu ciązy pojechac pociągami, z kilkoma przesiadkami, z Tatem, do dziadków, do Włostowa. Na wigilię. I jadą. Wbrew wszystkim, wbrew radom położnej, to pierwszy rok Mamy na Podlasiu, mam dwadzieścia i coś tam lat i tęskni.
Jedzie. Potem wracają. I to tej stuletniej Zimy, w lutym, rodzi się moja najstarsza siostra, ta, z którą stoję przy choince na zdjęciu w poprzednim wspomnieniu. I wiozą ją saniami z sąsiedniej wsi, bo samochód dojechał tylko tam i koniec, zaspy, Tata wynajmuje sanie, mama wsiada z noworodkiem na tył sami i jadą, Tata i jeszcze jeden człowiek idą przy saniach, odkopują drogę, a sanie wiozą je przez rzekę, jedyna droga...
Mama opowiada, że latem ten człowiek przyszedł do nich zapytać, czy niemowlę przeżyło drogę. Moja siostra nawet się nie przeziębiła...
Ale potem, dwa lata później, znowu jest Zima. Straszna, ciemna, lodowata Zima.
Mama opowiada, a ja słucham, ze ściśniętym sercem, że znowu saniami wiozą trumnę - ale nie dużą, z pradziadkiem, ale malutką, z moją siostrą, Urszulką. Z Hajnówki, ze szpitala, gdzie zmarła niedługo po urodzeniu. Mama siedzi z tyłu z moją chrzestną i na kolanach trzymają trumienkę, a sanie jadą, a śniegu jest tyle, że orczyk pękł...
Dwadzieścia kilometrów. Co można czuć, wioząc na kolanach trumnę dopiero co urodzonego dziecka, nie wiem. Ale to Zima.
Siedzimy przy ogniu, opowieśc płynie, chcę ją zapamiętać, każde słowo, muszę zapamiętać.
Nie ma już takich zim.
Boże, jak dobrze, że nie ma.
Też się urodziłam zimą, w lutym będzie 52 lata. Rok po Urszulce.
Nikt mnie nie wiózł, we wsi zrobiono porodówkę, kilka domów dalej. Mama opowiada, że pijani tatusiowie przychodzili i stukali w okna do swoich żon.
A tu zdjęcie rodziców Miłego, robiących bałwana
Zadymka, Julian Tuwim
Senność gęsta jak śnieg i krążąca jak śnieg
Zasypuje śnieżnymi płatkami sennymi
Bezprzyczynny mój dzień, bezsensowny mój wiek
I te ślady bezładnych moich kroków po ziemi.
Jeśli chcę, mogę spać; jeśli chcę mogę wstać,
Siąść przy oknie z gazetą z zeszłego tygodnia
Albo iść w senność dnia - wtedy inny, nie ja,
Siedząc w oknie, zobaczę dalekiego przechodnia.
Czy to dobrze, czy źle: tak usypiać we mgle?
Szeptać wieści pośnieżne, podzwonne, spóźnione?
Czy to dobrze, czy źle: snuć się cieniem na tle
Kołującej śnieżycy i epoki przyćmionej?
Śnieg pierzyną mi legł, wiek godziną mi zbiegł
W białej drzemce, w puszystym przyprószonym spacerze
Bezprzyczynny mój dzień, bezsensowny mój wiek
Składam wierszom powolnym w ofierze.
Rysuję codziennie, mam już nowy rytuał, siadam przy swoim biurku szarym świtem i pytam intuicji, co dzisiaj malujemy. Na zmianę myszki, bajki, trochę jasne fantasy i średniowiecze, trochę komiksy. Nie wiem, co z tym zrobię, ale zbiera się tych ilustracji trochę. Wrzucam kilka do pooglądania, regularnie bardziej sa na fb, ale wiem, że nie wszyscy tam zaglądają.
Mam fazę na balony Mongolfiere, a reszta, wiaodmo, myszki i bajki:)
Pewnie poznacie, z jakich baśni są bohaterowie:)
Jestem już po wizytach u neurologa, neurochirurga mam w marcu, a w lutym emg. Niestety, jakby było mało, rezonans kręgosłupa wykazał cztery wypukliny i zabraniają mi kopać, schylać się mocno, nosić ciężary i generalnie pracować w ogrodzie. Smuteczek. Nie wiem, jak to ogarnąć i wprowadzić w życie, ogród jest dla mnie pasją. Wstepnie pomyślałam, że mogę przekwalifikować się na zioła i byliny wieloletnie, mniej kopania i dźwigania... no i pomidorów siać nie będę, kupię gotowe sadzonki...
Smuteczek, tak.
Ale idą Święta, a ja jestem zrelaksowana jak nigdy. Czas płynie w rytmie adwentu, spokojnie mijają dni, na kominku lampki, koty na kanapie, ja przy biurku z rysunkami. Świece, mech, bluszcz i ogień na kominku, choineczka w kącie, dzieci w domu, przyjaciele przy stole i rodzina - będzie pięknie, wystarczy.