Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty

06 listopada 2019

O pamiętaniu

Listopad, oglądamy stare zdjęcia. 


Zawieszam się nad zdjęciem Taty - trzeci od lewej, górny rząd - i chodzą za mną myśli, że niemożliwe, żebyśmy przestawali być. Tacy doskonale niedoskonali, kompletni, z tym jedynym takim uśmiechem, nawykami, tonem głosu, błyskiem okularów, miękkim pomrukiem śmiechu, ciepłem ręki. To musi być tylko takie oczekiwanie. Takie - zniknięcie na trochę, mniej lub bardziej długie, ale tylko trochę. Tak, takie coś sie da wytrzymać, boleśnie, ale da się. Niemożliwe, żeby osoby, które kochamy, odchodziły tak strasznie daleko. . Skoro Puchatek to rozumie, to my też powinniśmy.

"- A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? - spytał Krzyś, ściskając Misiową łapkę. - Co wtedy? - Nic wielkiego. - zapewnił go Puchatek. - Posiedzę tu sobie i na Ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika."


No więc, Tato, Babcie, Dziadziusiowie, ja tak  siedzę tu sobie i czekam. Duży tak ładnie zdał na studia, Średni w Warszawie, bylibyście dumni. Radzę sobie, mam zawsze w kieszeni dwadzieścia złotych, jak radziłaś, Babciu, a mój wiersz będzie w tomiku konkursowym imienia Anny German, Dziadziuś cieszyłby się, gdybym mu przeczytała, wiem.
Brzozy takie wysokie, umiem już dobrze gotować, a wszyscy się śmieliśmy, jak wychodziłam za mąż. że Miły będzie jadł wiersze i popijał farbami. I kolejną porę roku błogosławimy, niech się dopełnia, nich przyjdzie cichy odpoczynek zimy i ogień w kominku i święta, na które Mały już czeka i chytrze proponuje mi wystawienie choinki, skoro już w sklepach wystawiają?
Mały ma oczy jak Tata Miłego, a Duży jak mój Tata.
Kupiliśmy białe chryzantemy, pachną jak apteka pani Tamarki.
Ta, na przeciw domu Babci i naszej starej chaty, której już nie ma.

04 października 2019

Duży i nauki, chłopaki i urodzinki


Duży zaczyna Szkołę Doktorską Nauk Społecznych. My są takie dumne! Elf, mama, tata, babcie, bracia, cała rodzina. Jak coś, to ten sam chłopiec:))


Rok 2008

Duży rozwiązał problem egzystencjalny: komputer jest na piętrze, kuchnia na parterze.
Windy łączącej oba pomieszczenia nie ma,
trzeba:
 podnieść się z fotela,
zejść na dół,
zrobić coś do jedzenia,
wejść na górę….
Tak więc Duży zainstalował sobie toster na biurku obok komputera,
zwinął masło i chleb tostowy,
jako młodzieniec kulturalny również nóż i talerz.
I oto - voila! - tadam! -
Duży ma jedzenie, nie wstając z fotela!


 Sukcesów, Duży Synku! A Średniemu i Małemu, którzy właśnie rozjaśnili trochę bardziej świat kolejnymi urodzinami, bo obaj są jesienni, wszystkiego najprzygodowszego, najweselszego, najbardziej pięknego, co wam się wymyśli! Rośnijcie w górę, chłopaki:)



05 stycznia 2019

Bałwankowy dzień


Każdy kiedyś lepił bałwana, prawda?


Na przykład Mama i tata Miłego, w pięćdziesiątym ósmym!



A u nas... Cicho, cichusieńko, przed siódmą, po ciemku, po wielkiemu cichu napadało! I to najlepszego do lepienia, puszystego, mokrego śniegu, jak nam się z małym oczy roześmiały! Bo teraz, dzisiaj my też ulepimy bałwana, ho ho.


Powoli widniało. Takie powolne, sobotnie poranki są najlepsze zimą. Nikomu się nie śpieszy, no, chyba, że do lepienia bałwanów. Można zrobić gorącą kawę i patrzeć przez okno, jak sypie, jak dnieje. Światło jest przesiane przez białe płótno nieba, jakbyśmy byli wewnątrz śniegowego namiotu. A do kawy jest ciasto Śnieżny Puch, w wersji Kaliny, czyli na biszkopcie zamiast na ciastkach. 

  

Ten mały bałwankowy obywatel nazywa się Stefek. Powstał szybko, z pośpiechu i chęci zrobienia jak najszybciej pierwszego tegorocznego śniegowego kompana! Stefek w wersji codziennej i Stefek w outficie świątecznym, ta dam. Z profilu, en face, na tle zimowego krajobrazu i pięknych okoliczności przyrody. Z nosem marchewkowym i ostrokrzewowym. Bałwankowy jednak lepszy, tradycja to tradycja.



 

Po powołaniu do istnienia Stefka Mały zabrał się do Ferdka, z małą współpracą mamy. Ferdek okazał się bałwanem sporym,  okazałym i statecznym. Dostał halabardę, szalik Dużego  i rudbekiowe ślepka.


Toczenie...


Toczenie musi być. Aż rękawice będą mokre, a do śniegu zacznie się przyklejać trawa. A śnieg pada, można wysunąć język i łapać śnieżynki. I poczuć się jak Muminek w lodowym lesie, gdy Too tiki zrobiła latarnię ze śniegu!



 





Trzeba od czasu do czasu przewietrzyć rodzinę.

Tove Jansson "Zima Muminków"



A noworocznie postanowione hiacynty już mam!

09 lutego 2018

O posługach miłości



Czajka napisała samą prawdę za Proustem o zimowych pokojach. Zimowe pokoje i zimowe domy są całkiem inne, niż wiosenne i letnie. Takie wsobne, nie - odosobne. Zaginają przestrzeń do środka, chowają nas razem z katarem, zmarzniętymi palcami, brakiem ochoty na nic. Zimą muszę dwa razy bardziej tłumaczyć sobie, że właśnie teraz posługi miłości są ważniejsze, niż kiedykolwiek. I jestem ze dwa razy mniej dzielna w tym.
Posługi miłości nazywam tak z powodu pewnego wiersza, chyba o nim już pisałam, bo jak się czymś zaczaruję, to często o tym piszę. Robert Hayden.

W niedzielne ranki ojciec także wstawał wcześnie
i w sinoczarnym zimnie ubierał się, aby
spękanymi rękami, które go bolały
od roboty na mrozie w dni powszednie, sypnąć
węgla do pieca. Nikt mu nigdy nie dziękował.

Budziłem się, słyszałem trzaskanie drzazg mrozu.
Kiedy się już nagrzało, ojciec wołał na mnie
i zwlekałem się z łóżka, ubierałem, w lęku,
w jaki wprawiały mnie chroniczne domowe gniewy.

I zamieniałem parę obojętnych słów,
z nim, który zdążył już przegnać chłód z domu
i wyglansować moje odświętne półbuty.

Cóż ja wtedy wiedziałem, cóż ja mogłem wiedzieć
o surowych, samotnych posługach miłości?

Ten wiersz sprawia, że wspominam. Babcie, które  chodziły po wodę do studni i rozbijały lód.  Czyjeś palce szyły nam ubrania i ktoś skubał gęsi na pierzynę, pod którą śpię. Ręce  Taty Miłego heblowały każde z drzwi w naszym domu,  dłonie Mamy szyły chustę, którą się okrywam, czytając Haydena.  Pamiętam te posługi miłości, były zawsze, ale rozumiem je dopiero teraz.
Kiedy sama okrywam śpiącego synka kołdrą.
Nie ma bez tego świata, a przynajmniej nigdy nie będzie taki sam, gdy ich już braknie. I ktoś musi podjąć te koromysło z niewidzialnymi wiadrami wody i nieść dalej. Bo inaczej to wszystko by się zatrzymało. I uczy się tego tylko przez obserwowanie tego i widzenie, nie przez mówienie o tym, a zrozumienie przychodzi kiedy jesteśmy już na tyle duzi, by podnieść ciężar.  Już Mały się uczy nieść torby ze sklepu, a kiedy zapomni do szkoły rękawiczek, dzielimy się jedną parą moich. 
Czasem tak mi żal, że nie umiałam wtedy podziękować. Babci na wakacjach za ciasto z kruszonką i morelowym dżemem, dziadziusiowi za palenie w piecu gałązkami, rodzicom, siostrom, wujkom...
Już jest za późno, przynajmniej jeśli chodzi o najstarszych i pozostaje tylko wstać samemu o świcie, uśmiechnąć się do gołębi, gruchających  we mgle i zrobić najpiękniejszą jajecznicę, jaką się umie. I kakao. Miły zawiezie nas do szkoły, ogrzewając wcześniej samochód, byśmy nie siadali na zimnym. Kiedy jesteśmy bardziej krusi, zmarznięci, bez sił i stęsknieni za wiosną, wtedy mocno, z całych sił wspominam ten wiersz Haydena. Bo wtedy mi łatwiej razem z innymi  popychać świat:)
A luty w Kalinowie wygląda tak.




14 października 2017

O niedotrzymanych postanowieniach, zabawie w jesień i rzeczach przyjemnych

Od czasu do czasu próbuję dotrzymać swoich noworocznych postanowień. Przypomina mi się w środku roku i wyciągam z szafy te ciężarki do ćwiczeń, planer z dietą i ćwiczeniami i naprawdę próbuję. Czasem nawet dwadzieścia minut.  Przechodzi mi całkiem szybko, bo Mały rzuca od laptopa, że napiłbym się kakao, mamo, co uznaję za świetny plan, Miły się podłącza z drugiego pokoju, że on by też, ale takie gorące! A do kakao mamy suszone owoce, a przy okazji znajduję w kuchni sernik.
Poza tym, racjonalizuję sobie, ćwiczenie na jesień to zły pomysł, na jesień to nawet koty grubasieją, zwłaszcza koty, przyroda opracowała idealny plan i nie warto walczyć z naturą.



Owoce suszę w suszarce do grzybów, eksperymentuję, co jeszcze da się ususzyć i chyba da się wszystko. Jutro spróbuję winogrona. W ogóle, sobotę mamy bardzo przyjemną, a są to przyjemności domowe,  ta część bawienia się w jesień, którą bardzo łatwo zrealizować, na przykład biorąc przykład z kotów i dzieci.




Mały w ramach sobotniojesiennych przyjemności postanowił usmażyć naleśniki. Odebrał instruktaż i prawie wyszło, tylko pierwszy naleśnik się zepsuł. Ale wyjaśniłam mu, że istnieje tak zwane Prawo Pierwszego Naleśnika, i że nie ma sensu walczyć, tak jak z jesienną grawitacją w strone koca i książki. I ciepłych skarpet. Tu wersja Mama - Syn. W wyroby ocieplające zaopatrzył nas Miły. Mąż, który zakupuje żonie skarpety jednorożcowe godzien jest pieśni. To dowód absolutny na znajomość kalinowej duszy i jesiennych pragnień. Ada, moja dwuletnia siostrzenica też ciocię rozumie, bo zażądała zakupienia diademu. Postanowiłam kupić dwa, dla niej i dla siebie. Dziewczyny mają swoją strategię przetrwania na jesień.



Zabawa w jesień jest też bardzo przyjemna na dworze. Prawie nie było mżawki. Fotografowaliśmy kolory. Orzech taki złoty, że Gałczyński by zakrzyknął:

             " o godziny pełne złotych szmerów!o, natchnienia jak kolumny złote! 0, kantaty!"





Przyczajony wąż, ukryty smok. Obiecywałam sobie tym razem, w TYM ROKU schować ogrodowego węża, nie porzucić na zimę, ale taki ma ładny kolor w tych liściach, że no...
Sumaki. Teraz nawet wybaczam im, że istnieją i mnożą się jak wyrzuty sumienia po nieschowanym wężu. Jakie piękne z tymi kolorami. I berberys, i kokoryczki, paprocie, porzeczki, wszystko.










A w Kalinowie jest park. I teraz ten park jest bardzo piękny. Chodzę i fotografuję liście, mija mnie mój uczeń i mało  nie wyszedł drzewem, tak głowe odwracał, co pani robi, kucając w kupie liści.  Prawie jak latem, gdy zbierałam jabłka z przydrożnej jabłonki a jakiś litościwy czwartoklasista zatrzymał się i oznajmił:
- Jak pani chce, to ja zapytam babci i damy pani jabłek!


Dwie drogi.  Jak u Roberta Frosta!


Po wielu latach, z twarzą przez zmarszczki zoraną,

Opowiem to, z westchnieniem i mglistym morałem:

Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano

Dwie drogi; pojechałem tą mniej uczęszczaną-

Reszta wzięła się z tego, że to ja wybrałem.







Nie mogę jednak zawinąć się w koc, muszę iść do sobotniej pracy w Domu Kultury - biorę parasol, będę iść Wietnamem i wspominać Annę Szałapak, idącą pod jesiennym złotem Gdzie Indziej.
Jesienne odloty. Są tacy, co odchodzą i tacy, co zostają. Trzeba pamiętać.
Słuchawki w uszy i w deszcz, z garścią suszonych owoców w kieszeni.
I muzyka na drogę.