Listopad, oglądamy stare zdjęcia.
Zawieszam się nad zdjęciem Taty - trzeci od lewej, górny rząd - i chodzą za mną myśli, że niemożliwe, żebyśmy przestawali być. Tacy doskonale niedoskonali, kompletni, z tym jedynym takim uśmiechem, nawykami, tonem głosu, błyskiem okularów, miękkim pomrukiem śmiechu, ciepłem ręki. To musi być tylko takie oczekiwanie. Takie - zniknięcie na trochę, mniej lub bardziej długie, ale tylko trochę. Tak, takie coś sie da wytrzymać, boleśnie, ale da się. Niemożliwe, żeby osoby, które kochamy, odchodziły tak strasznie daleko. . Skoro Puchatek to rozumie, to my też powinniśmy.
"- A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? - spytał Krzyś, ściskając Misiową łapkę. - Co wtedy? - Nic wielkiego. - zapewnił go Puchatek. - Posiedzę tu sobie i na Ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika."
No więc, Tato, Babcie, Dziadziusiowie, ja tak siedzę tu sobie i czekam. Duży tak ładnie zdał na studia, Średni w Warszawie, bylibyście dumni. Radzę sobie, mam zawsze w kieszeni dwadzieścia złotych, jak radziłaś, Babciu, a mój wiersz będzie w tomiku konkursowym imienia Anny German, Dziadziuś cieszyłby się, gdybym mu przeczytała, wiem.
Brzozy takie wysokie, umiem już dobrze gotować, a wszyscy się śmieliśmy, jak wychodziłam za mąż. że Miły będzie jadł wiersze i popijał farbami. I kolejną porę roku błogosławimy, niech się dopełnia, nich przyjdzie cichy odpoczynek zimy i ogień w kominku i święta, na które Mały już czeka i chytrze proponuje mi wystawienie choinki, skoro już w sklepach wystawiają?
Mały ma oczy jak Tata Miłego, a Duży jak mój Tata.
Kupiliśmy białe chryzantemy, pachną jak apteka pani Tamarki.
Ta, na przeciw domu Babci i naszej starej chaty, której już nie ma.























































