30 września 2022

O odpuszczaniu

 


 Przychorowałam trochę. Dawno nie byłam w ogrodzie, przeszłam się dziś, w końcowrześniowej mgiełce, uśmiechając się do pracowitych ośmionóżek pająków. Zdołały natkać tyle sieci w przejściach, korzystając, że nie biegałam z taczkami...

Trawniki nieskoszone. Orzechy włoskie niepozbierane. Pomidorów już nie podwiązuję, nie oczyszczam, pod jabłonkami pełno jabłek, a części winogron uczepiła się pleśń. Ale jest za zimno dla podziębionego człowieka na ogrodowe prace, może tylko w sobotę, jak słońce wyjdzie, posadzę tulipany. Odpuszczam sobie. 

Mamy remont łazienki, wszędzie rury, kurz, w każdym kątku chaos. I trzeba przeczekać.

Musiałam posiedzieć w domu, zamiast pracować i sprawdzać diagnozy. Czytam, maluję, piję herbaty z sokiem, śpię z kotami w zgięciu kolan, odpuszczam też. Czekam. Da się zrobić tylko tyle, ile się da, a czasem po prostu się nie da, trudno. Już dawno dorosłam na tyle, by nie winić siebie, nie robić wbrew siłom, nikt mi nic nie każe, nikomu nic nie udawadniam, a sama jesień uczy hojnego odpuszczania lawinami liści, skorupkami orzechów, każdym uschłym badylkiem przekwitłej dalii. Pora zwolnić.



Bardzo się cieszę, że nie wiszą na mnie żadne reklamowe kontrakty, żadna ilość postów do wstawienia, żadne setki słów do napisania, że mogę sobie wrzucać takie zdjęcia, jakie mam ochotę, ciesząc się, że się wam podobają. I piec też to, na co mam ochotę. Na zamówienie rodzinne ostatnio serowe placuszki z jabłkami, do gorącej herbaty jak znalazł. I zupy dyniowe nam schodzą jedna po drugiej, tylko przyprawy zmieniam.










Pustoszeją grządki, znikają warzywka, coraz więcej przestrzeni, zasypywanej liśćmi. Mam wrażenie, że tak samo w łagodnej, pustej ciszy w myślach grają wiolonczele i uspokaja się wszystko, z taką łagodną zgodą na to, że tak, już czas. panie, już czas. Na ten wiersz. Na tę porę, gdy po lecie został tylko prostokąt trawy, w którym stał namiot Włóczykija.

 

Panie: już czas. Tak długo lato trwało.
Rzuć na zegary słoneczne twój cień
i rozpuść wiatry na niwę dojrzałą

Każ się napełnić ostatnim owocom;
niech je dwa jeszcze ciepłe dni opłyną
znaglaj je do spełnienia i wpędź z mocą
ostatnią słodycz w ciężkie wino.

Kto teraz nie ma domu, nigdy mieć nie będzie.
Kto teraz sam jest, długo pozostanie sam
i będzie czuwał, czytał, długie listy będzie
pisał i niespokojnie tu i tam
błądził w alejach, gdy wiatr liście pędzi.

Rilke

25 września 2022

Bardzo dużo o jesieni, wypadaniu piękna z rąk, a na koniec Kulka

 "Któregoś wczesnego ranka w Dolinie Muminków Włóczykij obudził się w swoim namiocie i poczuł, że nadeszła jesień i czas ruszać w drogę."


Kiedy nadeszła? Czy tego zimnego poranka, gdy o szóstej rano termometr sam sobie nie dowierzał? Czy wtedy, gdy znalazłam pierwszy dojrzały orzech? Gdy wykopałam kartofle? Gdy rysowaliśmy w szkole wesołe kalosz?

Nie zauważyłam. A ona już przyszła, stanęła w drzwiach z walizką, dynią pod pachą, w kaloszach, domaga się kubka rozgrzewającej herbaty i najlepszego miejsca przy kominku, z kotem na kolanach. Tak, tego miejsca:)

 Z jesienią mam tak, jak z kwitnieniem bzów. Zależność odnośnie bzów wyjaśniła mi kiedyś mama: otóż kwitną u nas wtedy, kiedy się nie da nimi nacieszyć, bo przeważnie pada i jest zimno. Jesień przychodzi, gdy wracam do intensywnej pracy, czas wolny wyrąbuję jak górnik przodek, a oskomy i chęci mam więcej, niż możliwości. Iść oglądać mgłę w lesie, kiedy trzeba wykopywać buraki pomiędzy sprawdzaniem diagnozy na wejściu czwartoklasistów, a rozkoszowaniem się drylowaniem śliwek i wąchaniem zapachu powideł z pieca? No pewnie, że iść. Jeszcze tyle byłoby do pisania, nie wystarczą tu żadne słowa, pisał Gałczyński. Nie, nie wystarczą. Więc oprócz słów biegam za wszystkim, chwytam te cuda i  wypadają mi z rąk. Chcę robić wszystko, jestem zachłanna na jesień. Chcę ustawiać na schodach malutkie dynie, układać buraki w skrzynkach, pestkować słoneczniki, fotografować nasz śmieszny, czerwony traktor, suszyć liście w moim królewskim notesie, pisać, robić powidła i oglądać pająka, plotącego pełne rosy koronki. Pić herbatę z kotem na kolanach, wycierać ze śliwek mgiełkę, jak meszek na winogronie, zaglądać za wiewiórką na leszczynę i suszyć pranie na sznurku w sadku, żeby pachniało wiatrem. Włóczykijom jest łatwiej, biorą swój plecak, harmonijkę, zwijają namiot i idą przez tysiące mil lasu i padającego deszczu, ale muminkowe kaliny muszą przygotować dom na zimę, napchać piwnice, spiżarnie, posadzić tulipany...

Odnośnie tulipanów, to Duży przywiózł mi trzy cebulki ze zjazdu socjologów, więc z ogromnym zaciekawieniem będę czekać wiosny, w jakim kolorze zakwitną. Powiedziałam to Małemu, a on na to uspokoił mnie, że :

- Sto procent rodziny będzie zadowolone, mamo.

Taki statystyczny żarcik socjologiczny, ha. Mały chodzi w czarnym, jesiennym płaszczu i domaga się glanów, więc tak. Już taka pora. Muszę się mentalnie przygotować. Kiedy przyjdą ziąb, deszcze i wichry zedrą z brzóz złote sukienki, glany i czarny płaszcz będą jak znalazł.

 





















Tak więc, mam złoto, rudość, dynie, jabłka, śliwki, koty, diagnozy, ciągle świeże pomidory, jest na sercu ciepło...

 A Kulka teraz wygląda tak:

 

 
A wyglądała tak:

 

„Zwierzęta w naszym życiu nie zjawiają się bez powodu:

 udzielają nam nauk o tym, jak zostać lepszym człowiekiem" 

(Cesar Millan, Zaklinacz psów)


21 września 2022

Słoń miły z twarzy i król, co zbierał liście

 Wspominałam, że objęłam w tym roku dowodzenie nad prawie czterdziestką dzielnych dziesięciolatków, żeglujących z zapałem  po morzu literatury i polszczyzny? Czyli, że uczę teraz czwarte klasy? Chyba wspomniałam. Jestem zachwycona.

Mali pisarze są absolutnie uroczy. Odzwyczaiłam się już od bezpośredniości języka dzieci, ostatnio głównie lata płynęły mi między "Kamieniami na szaniec" a "Syzyfowymi pracami", a teraz znowu mam możliwośc wrócić do początków, na przykład nauki pisania opowiadań.

I śmieję się nieustannie, co mi dobrze robi na serce i humor:)

- Będziemy dziś pisać opowiadania - oznajmiam przejętym buziom - O czym kto chce. Można o mrówce, która idzie przez dżunglę i spotyka słonia, a można wymyślić coś własnego. Najpierw ustalimy, jakie elementy ma opowiadanie, a potem czekam na wasze historie.

I dzisiaj skończyłam je sprawdzać. Są cudowne. O mrówce i słoniu najwięcej, ale sa i inne! O czarnym kocie, który był zaczarowany. O ratowaniu króliczków i kotów, z odpowiednio makabrycznymi szczegółami, bo dzieci lubią makabreski: królik miał odcięty ogonek, kot złamaną łapkę. Była też pobita klacz, która odebrano złemu panu, był pies, co miał supermoce, wizyta u cioci, spóźnienie się do szkoły, ale dwa opowiadania zajęły w moim sercu honorowe miejsce: o słoniu i mrówce (klasyk) i o królu i liściach.

Szła mrówka przez dżunglę i spotkała słonia. I teraz, czytajcie: " słoń wydawał się być miły z twarzy, ale to była nieprawda bo nie pszepuścił mrówki".

Słoń wydawał się miły z twarzy! Jakie to piękne.

Ale król zawojował mnie z kretesem. Król nazywał się Artur i tez był sobie, i był królem, co lubił zbierać liście. Chodził i zbierał liście, i chował je do swego królewskiego notesu, żeby je zasuszyć. I przyszedł do niego inny król w gości, a  Artur zaproponował mu : chcesz ze mną zbierać liście?

I powiedział, że chce, i poszli zbierać liście. nazbierali dużo ładnych liści i powkładali do notesu, żeby się zasuszyły. Koniec.

Niech wszyscy  światowi przywódcy teraz się uczą od dziesięciolatków, co królowie robią jesienią!





11 września 2022

Jesień nadejszła, kopanie ziemniaków i kocie sprawy

 Jakby ktoś zamknął drzwi za latem, poszło sobie. Ot tak, z pierwszym dniem września. Jeszcze zdążyłam wykopać ziemniaki przed zmianą pogody, bo pełnia, a pani Jadzia wszak wbiła mi do głowy, że "po pełni się odmieni", jeszcze zebrałam pomidory, jeżyny, schowałam hamak  - i jesień przyszła. Leje od piątku, zimno, w nocy były pierwsze przymrozki, orzech poczerniał, zanim zdążył zazłocić się, z zielonych baldachimów dyniowych liści zostały brązowe, gumowate kikutki. Przynajmniej nie jest tak smętnie chodzić do szkoły, bo w szkole ciepło i przyjemnie siedzieć w klasie, patrząc na brzozy za oknem, szarpane ulewą, czytać Pana Kleksa i opisywać, co robiliśmy na wakacjach.

Znajdkę nazwaliśmy po naradach Kulką, Kulka jest uparta, malutka, ma krzywe łapki, jeszcze kicha, mimo długiej kuracji, ale chyba już wychodzi na prostą. Oczka ma weselsze i więcej energii. Zaprzyjaźniła się z Rudym i razem tworzą puszysty, śpiący tandem w dwóch kolorach. O taki.

 

Na ogrodzie i w warzywniku jesienne czary mary. Ubyło warzyw z zagonków, ale przybyło kolorów, trzymam onętki i cynie, by się wysiały, muszę pościnać słonecznikom pochylone głowy i może posiać jeszcze to i owo jesiennego. Może posadzę czosnek zimowy. Zobaczę, na co starczy mi czasu, bo z czasem teraz krucho.









 

W szklarni pomidory ciągle kwitną, poucinałam im liście z dołu i mam nadzieję, że wszystkie zielone spokojnie dojrzeją bez zaskoczenia. Czas na pieczenie chlebków, jeżynowe pyszności i gorące herbaty. Pora na swetry i kurtki, nie ma rady.

A Puchatka już wysterylizowana, wchodzi w jesień na kocich łapkach z elegancją dystyngowanej damy. Z potomstwa został jej zdezorientowany Rudy i adoptowana Kulka. Razem z Kicią mamy teraz cztery koty i jak do tego doszło, nie wiem:)