28 lipca 2020

Za dzikiej róży zapachem idź. Czyli na jagody i ile trudu kosztuje spełnianie marzeń o jagodziankach:)


Jagodzianek mi się zachciało. Takich z kruszonką, jeszcze ciepłych, z blachy. Ale jagód nie miałam, nasze jagodowe babcie z okolicy jakoś w tym roku nie przynosiły do domu, a młodym się zbierać nie chce - no to chcąc nie chcąc, wybrałam się na jagody sama. Moje ulubione jagodowe miejsce jest kilka kilometrów od Kalinowa, więc rower. Czterdzieści na słońcu. Cudowna, rozprażona, pachnąca sianem kanikuła. A nas zakręcie, koło lotniska, złapał mnie zapach dzikich róż.


Nikt nie napisał o dzikiej róży piękniej, niż Gałczyński. Stała się synonimem... sama nie wiem czego. Wolności? Tajemnicy, jak Pani z Jeziora, innego życia, herbu Włóczykij, stanu ducha, gdy świat staje się  tęsknotą i marzeniem?
Dzika dusza lata.
Dzika róża.

Za Dzikiej Róży zapachem idź
na zawsze upojony wśród dróg — 
będzie cię wiódł jak czarodziejski flet 
i będziesz szedł, i będziesz szedł, 
aż zobaczysz furtkę i próg. 

























Na błękicie szybowce i bociany, w zgodzie. I obłoki. Ścieżka prowadzi przez zboża, a w zbożu mak - leśmianowski, zawsze całuję mak, mijając, bo kto całował mak w zbożu, nie zazna niedoli:)


























Krzyż przydrożny, otulony kocankami, dziurawcem i schnącą trawą. Lubię nasze podlaskie krzyże, z tymi akcentami jaskrawych błękitów, wstążkami i sztucznymi kwiatami. ktoś ich zawsze dogląda, ktoś zmienia wypłowiałe wstążki. Pachnie siano, szosa spokojnie snuje się pod kołami, szumią olchy. W głowie śpiewa mi się Dzika róża.


























Wjeżdżam w małą wioseczkę, kilka domów, może ze dwa to lokalni, reszta - domki przerobione na letniskowe, wygolone trawniki, przyjezdni w hamakach, odmalowane, nawet pieczołowicie, z odrestaurowanymi okiennicami, ładne samochody i tuje w szpalerze. Ale ja zaglądam do okien tych stareńkich, tych z jabłonkami parchatymi i studnią, z kundelkiem, zjedzonym przez porosty płotem i kurkami na schnącym, wiejskim trawniku. Kocham.




Dla Dzikiej Róży najcięższe znieś 
i dla niej nawiewaj modre sny. 
Jeszcze trochę. Jeszcze parę zbóż. 
I te olchy. Widzisz. I już — 
będzie: wieczór, gwiazdy i łzy.



A za wioską już las. I znowu Gałczyński - nie ma lasu bez Gałczyńskiego. Po lewej las iglasty, męska tragedia, po prawej liściasty, kobiecy buduar. A potem mieszają się, w jeden cudowny wiersz, w zapachy żywicy, traw, gorącej ściółki i ziół.

Kiedym przez las sosnowy szedł,

pojąłem, że w nim jest coś z męskiej tragedii.

A kiedym w las liściasty wszedł,

to jakbym słyszał śmiech i flet,

jakbym wstąpił do pokoju kobiety.




(...) i gdy czło­wiek wej­dzie w las, to nie wie, 
czy ma lat pięć­dzie­siąt, czy dzie­więć, 
pa­trzy w las jak w śmiesz­ny ry­su­nek 
i prze­cie­ra ośle­płe oczy, 
dzwo­nek le­śny po­zna­je, ćmę pło­szy 
i na ser­ce kła­dzie mech jak opa­tru­nek.

 







I są, one, jagody! ( I komary też są...)





Pamiętam taką książeczkę z dzieciństwa, z cudownymi ilustracjami - "Na jagody". Kto nie pamięta panien Borówczanek? I te obrazki, jadłoby się je jak jagody. Więc czułam się jak w tej ksiażeczce. Bór zielony. Jagody. Ja. Jagodzianki w głowie i marzeniach... trudno, wytrzymam komary.




 


Nie nazbierałam dużo. Niepełną krobkę. Ale na jagodzianki starczyło.
I kocanek narwałam, będzie wianek lipcowy.






Jeszcze powrót, szosa, chmiel, pola, wiatr, żar - potem tylko robienie drożdżowego, wyrastanie, pieczenie, zbieganie wszystkich do do kuchni co pięć minut - ale pachnie, mamo, co tak pachnie??




I już. One. Jagodzianki lipcowe.
(Przepis stąd)


27 lipca 2020

Ekskursja letnia, czyli o wszystkim po trochu



Jacek Dehnel

Ekskursja letnia


Z lilii na lilię – motyle różowe.
Trąbki i flety, pająk na dnie kwiatu.
Panna Marianna lekko skłania głowę
i, nucąc Vivaldiego, przygląda się latu.

(...).

Warszawa 21 IV 2002


Z lilii na lilię motyl. Czytam Różyckiego i Dehnela, czytam „Wakacje 1939” Anny Lisieckiej, robię ajwar, głaszczę kota, staram się nie czytać za wiele wiadomości, nie myśleć o mijającym lipcu jak o utracie, a o zysku - tyleśmy zyskali, zrobili słoików, zdobyli opalonych nóg, otartych szram po gałęziach, tyle nawąchali się siana i wiśni...

Ajwar robię z bakłażanów, papryki i cukinii, a dodatkowo coś chcę zrobić, co nazywa się intrygująco - baba ganush, a jest humusem z bakłażanów, przepis z jadłonomii. Bakłażany trzeba opalać, więc albo zrobię ognisko i je tam opiekę sobie, albo grilla, nie wiem jeszcze. Cukinii i bakłażanów nie zabraknie:)





Słoiki też nadal robię, wiśni jeszcze dużo


Kot nic nie robi. Jak zwykle. Wyleguje się pod liścmi brokułów.


 A w ogródku mamy tak, rozprażone słońcem zagonki, zmiana warty w kolorach - złoto, żółć, pomarańcze, słoneczniki i rudbekie. Po ogrodzie już kwitną floksy, już baldachami wachlują upał trawy.






Zmiana warty u róż, klematisów i aksamitek. Kiedyś nie lubiłam aksamitek i dalii, teraz uwielbiam. Aksamitki pachną jak apteka, podobnie chryzantemy. Lubię słowo apteka, kojarzy mi się z alchemią i naszą starą apteką w Kalinowie, z czasów  przedwojennych jeszcze. Tam nadal mają wagi szalkowe i pachnie ziołami...:)
Dalie mają soczyste, grube łodygi i nie pachna, ale głowy kwiatów takie sa miłe w dotyku, igiełkowate, chłodne, i te kolory w bukietach...
A w szklarni zaczynają się przebarwiać pierwsze pomidory i papryki. Coś cudownego:)