Wyszłam dzisiaj do ogrodu, w to ciepło i słońce już wrzesniowe, a potem siedzieliśmy na tarasie z Miłym, patrząc na ważki, zygzakujące nad oczkiem wodnym i na opadające z róż płatki. I stwierdziłam, że tak jest dobrze.
Między kwiatami chwasty, psianka do nieba, poziomki w zrudziałych liściach, w stawie liście i glony.
Jeszcze w czerwcu miało się siłę i rozpęd, by to usuwać, teraz tylko patrzymy na ważki, tańcujące lepiej niż Niżyński, na motyle nad onętkami, na zrudziałe baldachy hortensji. Przygasa ogród, nabiera barw, z pasteli w nasycone burgundy i fiolety aronii, w rudość i czerwień jarzębin. Jakby czas nagle włożył aksamitny beret Rembrandta i zaczął przemalowywanie świata, niczym królewscy ogrodnicy w Alicji.
Powolne przygasanie w cieple, słońcu, w ważkach, aroniach i szeleście opadającego czasu nie jest wcale niemiłe. Kawa smakuje zupełnie inaczej niż ta czerwcowa i majowa. Lato jest już tylko kawałkiem słodkiego obwarzanka. Dzisiaj był pierwszy dzień szkoły i nic strasznego się nie stało - włożyliśmy białe bluzki, wstali rano, a potem puszczali latawce z chmur i leniuchowali na rozgrzanym tarasie.
Wrzośce kwitną. I wrzosy.
Wrzośce kwitną. I wrzosy.
Warzywniak jak emerytowany hippis nonszalancko zapuścił długą czuprynę suchego kopru, kukurydzy i bobu, schnącego w strąkach. Już kopią kartofle. Już wczoraj z ogniska leciał dym- sąsiad palił kartoflowe łęty.
Teraz jest czas, kiedy najprzyjemniej chodzi się po lesie, kiedy kalina płonie nad zarzęsionym stawem, kiedy winogrona i zimowity dodają ogrodom tej tajemnicy fioletu, raz słodkiej, raz mrocznej.
Póki co, ciągle więcej słodyczy.
Jeszcze lato świeci w naszym państwie.














