Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podlasie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podlasie. Pokaż wszystkie posty

07 sierpnia 2026

Po Zielnej

 

 
Po porzeczkach były wiśnie.  Dużo wiśni. Uwielbiam wiśnie i nawet, gdy trzeba je drylować, uwielbiam. Sa takie gładkie i mięsiste, zabawnie pryskają sokiem, można je jeść bez końca, a  wiśniowa konfitura jest jeszcze lepsza, niż wiśnia na drzewie. Poczyniony został więc konfiturkowy szwadron słoików, z dodatkiem goździków i cynamonu, by podkreslić winną słodycz. Goździki pasują mi do wiśni, tak jak lawenda do brzoskwiń i moreli. Pycha.


 
 

Po wiśniach były kurki. Kurki z tymiankiem, śmietaną i gałką muszkatołową. Też pycha, lipiec w jedzeniowe dary potrafi tak, jak chyba żaden miesiąc poza październikiem, gdy zaczarowują świat dynie, renety i węgierki.

 
A z cudów lipcowych to jeszcze dziewanna - ma się dobrze, rośnie w górę jak wieża ze złota i karmi pszczoły i moje serce. 

 
No i dzikie róże, wiadomo. Te z wierszy Gałczyńskiego, te pachnące jak olfaktoryczna baśń orientalnych nocy, te zbierane koniecznie na bezkresnych ugorach podlaskich, przy drożynach i na rozstajach siedmiu wiatrów. 


 
A w ogrodzie to jeszcze gladiole - zaskoczyły mnie kolorem, nie pamiętałam, jakie cebulki posadziłam. 



 
No więc kontynuując inwentaryzację Bożych darów z ogrodu, to jeszcze uleny obrodziły i papierówki. Mama poczęstowana papierówkami zdradziła mi przysłowie, że po Matce Bożej Zielnej każdy chodzi jak cielny, znaczy upasie się w swoim ogrodzie tym dobrem, co go tyle wszędzie. Chodzimy jak cielni i jemy papierówki na zmianę ze śliwkami i pomidorami, bo już startują.


No i lipiec minął. Ani się obejrzałam i już sierpień. Bociany ćwiczą do odlotu, ogórki teraz robię, śliwkowe powidła i kompoty, rysuję i zaczynam czuć leciutki oddech tego melancholijnego, sierpniowego fado, które nuci mi z mglistym porankiem o przemijaniu. 

Ale to też piekne.

 






08 lipca 2026

Piękne jesteś, Lato.

 


O taka u nas pogoda, z zamianą na deszcz, mniejszy deszcz i czasem bez deszczu. Chmury idą i idą, wielkie jak statki, Mickiewicz pisałby pewnie porównania homeryckie o ich chmurowatości dostojnej bez końca! Po dniach upalnej jak piec kanikuły przyszło deszczowisko, i dobrze, ziemia się nasyca, roślinki nawadniają, wszystko odżywa po skwarze. 
Whitman:

Ostatnia chmura dnia zatrzymuje się, czeka na mnie,
(...)Wabi mnie w mgłę i mrok.
Odchodzę jak powietrze, potrząsam białymi lokami
 w uciekającym słońcu,
Powierzam moje ciało wirom i płynę koronkowymi
   strzępami.
Zapisuję się w spadku ziemi, by wyrosnąć z trawy, którą
 kocham



Bazylia zerwana, suszy się na ściereczce w kuchennym królestwie. Kuchenne królestwo jest dobre dla duszy. Niedoskonałe, ale piękne. Najmilsze miejsce w domu. Dżem porzeczkowy pachnie. Narwałam miskę dzisiaj rano, między deszczem a deszczem i osmykiwałam sobie- ładne słowo, osmykiwać, mama tak mówi - więc osmykiwałam, potem płukałam, potem pyrkotał w garnuszku.




Piękny ma kolor, smakuje jak lato. A to mój nowy mebelek, sekretarzyk do radosnej twórczości. Wróciłam do rysowania, malowania, ręcznego, na papierze, zatęskniłam za farbą na palcach. A, i nie idę na emeryturę. Zus kazal mi rok dopracować jeszcze,  doliczył się za dużo zwolnień, a ja wszak dwie ciąże zwolnieniowe miałam, więc to jednak wakacje - wakacje, nie do-końca świata - wakacje. Jeszcze mnie lekki smętek trzyma, ale cóż ja poradzę. Maluję za to poziomki, koty, ogrody fantastyczne i bajki.



A z moim siostrzeńcem Krzysiem wybraliśmy się na prawdziwe poziomki w nasze lasy. Rowerowaliśmy po okolicy i tak było, nie kłamię.



Podlasie. Dla mnie się to podoba.




I chmury, chmury nieustanne.



A w ogrodzie lipcowym mam tak.







Czereśnie też mamy. Cudne jesteś, lato.








21 sierpnia 2025

I tak najlepiej! (Wrzosy i jenot, jenota widziałam?!)

 Ogarnięte z grubsza! Wypielone co się dało, ogórki zebrane, dwadzieścia słoików zrobionych na zimę, poprane, posprzątane i nawet wizja powrotu do szkoły nie taka niemiła. Dajemy radę, a w dodatku jest najpiękniejsza sierpniowa połowa, czyli wrzosy. Wrzosy kwitną- czekam na to cały rok, nurzam się jak kot w kocimiętce. Dzisiaj w lesie było tak:)

 
Widzicie te dywany, te kobierce królewskie? To moja stopa stąpała tam, niczym królowa Saba wędrowałam po swoich udzielnych włościach, bo skoro niczyje one, swoje są, to trochę i moje, prawda? 

 
Świerkowe łapy, kocham was! 

 
Jeszcze tyle byłoby do pisania
nie wystarczą tu żadne słowa,
o wiewiórkach, o bocianach, o łąkach
sfałdowanych jak suknia balowa... 

 
Bo gdy człowiek wejdzie w las, to nie wie
czy ma lat pięćdziesiąt czy dziewięć! 


 
Patrzy w las jak w śmieszny rysunek
i przeciera oślepłe oczy... 


 
I dzikie zwierzątko widziałam o! Myślałam najpierw, hiena jaka, czy co?
Jenot, tchórz? Jenot, słowo honoru, jenot! 

 
Poszłam emocje uspokoić na koniczynę, wiadomo.
Jak Joanna! 

 
Robimy wianek... joannowy wianek, ten z Błękitnego zamku... 
 

 


 Ta dam, to ja, końcowosierpniowa, szczęśliwa, w swoim lesie i swoim domku. I tak najlepiej!

09 października 2024

Rok sabatowy oraz jesieni zaczyna być pełno jak w cebrze wina

 We wtorek przeszłam na urlop zdrowotny do końca czerwca. Posypało mi się zdrowie, nie będe o tym za wiele pisać, ale dostałam w prezencie rok sabatowy, jak ziemia, która odpoczywa po siedmiu latach. Więc będe się kurować, odpoczywać, a dzisiaj poszłam na spacer, na cmentarz do Babci, do jesiennego lasu i piechota przez łąki, porozmawiać z chmurami. I wrzucam kilka zdjęć, może to jeszcze nie jest pora na "Panie już czas", ale "Zobacz, ile jesieni, pełno jak w cebrze wina" już pasuje.

Dziękuję za cierpliwość, może będę pisać więcej teraz.