Prowadziłam wtedy Wakacyjną Księgę Radości. Pod okazałą nazwą ukrywał się stary zeszyt, w którym zapisywałam to, co wypełniało mi dni. Wpis przykładowy. 10 lipca - zbierałam żywicę z czereśni na korale, byłam w Dziada Lasku, znalazłam starą wierzbę. Narysowałam róże. Wspięłam się na orzech i jadłam papierówki. Znalazłam kamień w kształcie muszli...
Zatęskniło mi się za wakacyjną księgą i radościami. Zabrałam Małego i wybraliśmy się na małą, wieczorną włóczęgę. Dzisiaj zamiast starego zeszytu mam bloga. Piszemy więc wakacyjnie. To będzie wpis pierwszy:)
10 lipca 2015. Osiemnasta. Wypogodziło się, ale wiatr przenikliwy, chłodny, musieliśmy włożyć swetry. Poszliśmy na most. Widzieliśmy rzekę. Te wierzby mają ponad sto lat. Pochylają się nad wodą jak Wanda, co nie chciała Niemca. Z drugiej strony rzeki nowa przystań kajakowa. Bocianie gniazdo, jedno z dziesiątek we wsi. Mały chodził po kościelnym parkanie. Też chciałam, ale trochę wstyd:)
Kiedyś rzeka była szersza, tak ze dwa razy co najmniej. Zamiast krzaków była plaża, był stary, drewniany most. Ale nadal są raki w rzece, a wieczorami można zobaczyć bobry:)
Po rzece i po mostach pora na przykościelne łąki. I pola. Oglądaliśmy powoje, łapaliśmy motyle, szliśmy na skróty przez owies.
Potem znaleźliśmy zielone jabłka i wiśnie. Przy starym płocie, w chłodnym wietrze wieczoru smakowały niefrasobliwie jak esencja lata.
I jeszcze więcej starych domków, jeszcze więcej wieczoru, lata, spaceru z łapką Małego w mojej dłoni. Kwiatów w ogródkach, wakacyjnej radości i spokoju.















