10 grudnia 2014

O filozofach, szczęśliwych kotach i grzaniu się przed kominkiem. I zimowy Leszek Długosz.




Zimowy wiatr zrywa grudniowi kolejne kartki z kalendarza, brzozy nadal pod szadziową pierzynką, tyka zegar dni, tik - tak, robi się domek z piernika. Miodem pachnie i kominkiem, to najmilsze z zimowych rytuałów, grzanie stóp i siorbanie słodzonego miodem kakao. Może nie jest to coś spektakularnego, ale jestem zwyczajnie szczęśliwa, żelazo idzie w górę, dzieci zdrowe, na kominku już świąteczne dekoracje, a pierniczki powędrowały po przyjaciołach. Na uniwersytecie Dużego  studenci i pracownicy uczelni zbierali na szlachetną paczkę, socjologowie okazali empatię i zebrali pokaźną jak na chude portfele studentów kwotę, a filozofowie z wydziału filozofii nic nie dali, bowiem źle jest dawać rybę zamiast wędki, jak orzekli. Co do mnie, to szanując filozofów myślę sobie, że często mówienie o dawaniu wędki zamiast ryby kończy się niedawaniem niczego, bo dać wędkę jest trudniej jeszcze niż rybę.




W naszych sklepach już świąteczne dekoracje, ogłoszenia o zapisach na karpia, na wtorkowym ryneczku oprócz porządnych filcem wyściełanych gumiaków sprzedają już chińskie, plastikowe, szpetne i grube Mikołaje, grające śliczną, katarynkową melodyjkę, dla takich melodyjek wybaczam wszystko. Leniwa kocica  wyleguje się wszędzie, gdzie ciepło. Ostatnio przed kominkiem. Cóż, nie powiem, naśladuje wylegującą się porannie panią. Domek z piernika klei się etapami, już stoją cztery ściany, dzisiaj doklei się dach. Brzozy białe, ałycze białe, uschłe badyle wrotyczów przeżywają drugą młodość jako lodowe wcielenia baletnic Czajkowskiego. Dzisiaj mam w bibliotece mały koncert piosenek Okudżawy i Długosza, kto pamięta Niepotrzebną drogę? W wywiadzie z Andrzejem Kobosem Leszek Długosz mówił tak: "Pierwszą piosenkę – do której się przyznaję – nastrojową balladę-malowankę, Niepotrzebna droga niepotrzebny wóz, napisałem bodajże w 9-tej klasie. Kojarzy się ona z pewną drogą mi osobą i wije się za mną poprzez wszystkie późniejsze lata; umieściłem ją na niedawnej płycie."


Ale przyjdzie wiosna
Jakiej nie znał nikt.
Wiatr powieje ciszej,
Łąką zakołysze
I jaskółka wróci,
Siądzie w oknie twym.


Za oknem mam taki pejzaż, co tłumaczy moje rozmarzenie.

A w pokoju mam taki widok, co jeszcze bardziej tłumaczy mój mruczankowy nastrój.



Pozdrawiam was cieplutko, następnym razem pokażę już chyba piernikowy domek, dzisiaj tylko wylegujące się koty i skarpety, niestety:)

07 grudnia 2014

Piosenki z dzwoneczkami dla Kaliny






Przyznam się, lubię świąteczne piosenki. Nie tylko kolędy, pastorałki, ale i te dzwoniące dzwoneczkami melodie, które już od początku grudnia chodzą za mną jak zimowe elfy i podśpiewują. Czasem, w desperacji, skuszę się nawet na Last Christmas, ale przeważnie wolę lżejsze klimaty:) Zwracam się do was ze skromną prośbą, podrzućcie linki do pięknych, zimowych piosenek. Ja to sobie poskładam i będę słuchać, pierniczkując, sernikując, latając z miotełką i gwarząc ze świecznikami jak Bella z Pięknej i Bestii. Lubię takie ciepłe, mruczące nastroje, bez wielkiego popu i bez zadyszki, raczej kameralne. Co już mam na swojej liście w tym roku?







1. God Rest Ye Merry Gentlemen, śpiewają Callie i Colette. tegoroczne odkrycie moje, bardzo miłe.


2.Na całej połaci, Anna Maria Jopek i Jeremi Przybora. Moja od lat ulubiona.


3. Little Drummer Boy, tu w wersji Susan Boyle, takiej najbardziej tradycyjnej. Kocham te bębenki:)


4. Dean Martin, let it snow, jak zawsze.


5. Michael Bubble, White Christmas. Klasyka.




6. Little snowflakes, tu w wersji dziecięcej. Ten jasny, czysty głosik o poranku, gdy nad filiżanką smużki układają się w cynamonowe bajki sprawia, że uśmiecham się i wzruszam;)




7. Grzegorz Turnau, Śnieg


8. Winter wonder, The Florin Street Band


9. Też Florin, piosenka z trąbkami.


10. Song for a stormy night, Secret Garden



11.Orla Fallon, Zima, ogień i śnieg - słucham ciągle i słucham...


12. Loreena McKennitt, Snow


13. Chloe Agnew, Winter Lights. Tę melodię słyszymy w filmie Agnieszki Holland, Tajemniczy ogród.


 

14. Where are you, christmas?



15. Angels we have heard on high, czyli panowie szaleją




16. Łucja poleca - Ewa Małas - Godlewska i Turnau...



17. Iwona Piastowska, Zimowe pismo






18. Ula proponuje:













19. Od Mamy Muminka


20. Od Maszki




21. Jagodaj




21. Dla wielbicieli Pentatonix:


22. Od Kingi:


23. Wietrzyk proponuje:


24. Od Joli: Kolęda dla nieobecnych i Babci zegar







25. Zimowy ogród pełen róż, Felicjan Andrzejczak


26. Od Średniego - The Gregory Brothers




27. Chór z kościoła św. Marka i Jean Baptiste Maunier


06 grudnia 2014

Co ma piernik do skarpety? Przepis na łatwe pierniczki.





Mieszkamy pięćdziesiąt kilometrów od wschodniej granicy, sama rubież. Chciało by się rzec  - wezbrały rzeki, pełne zwierza bory i pełno zbójców na drodze. Zima tutaj przychodzi wcześniej i zostaje na dłużej, mości się wygodnie jak białe kocisko między puszczańskimi świerkami, na zamarzniętych  rozlewiskach i okolicznych, drzemiących pod pierzyną śniegu ugorach. Ten dygresyjny  wstęp prowadzi nas prosto wełnianą ścieżeczką do ciepłych skarpet. Otóż wełniana skarpeta jest towarem w okolicach Kalinowa bardzo pożądanym, pierwszej potrzeby, namiętnie produkowanym przez babcie, ciocie, krewne i znajome znajomych. Kalina nie produkuje, bo nie umie, ale za to gromadzi! Uwielbiam wełniane skarpety. Wszyscy uwielbiamy. Niedawno odwiedzając ciocię Ninę stałam się posiadaczką kolejnych dwóch par, wydobytych z wersalki, wręczonych z dumą i poleceniem, że mam nosić. Ciocia Nina jest zawsze źródłem radosnej uciechy, bo dzwoniąc do nas, nigdy się nie przedstawia, a rozmowa wygląda tak:

- dzwoni telefon, biegnę z kuchni/piwnicy/piętra/sypialni;
- łapię za słuchawkę, mówię: Słucham?
- a w słuchawce ciotczyny, bardzo donośny głos ( bo ciocia niedosłyszy ciut mocno)
- A CHTO TAM??

A kto tam. Dzwoni do nas i pyta, a kto tam. No to odpowiadam, że ja. A ciocia na to:

- A BURAKI JESZ? A?  PAMIĘTA, ŻEBY JEŁA! JAK TOBIE TREBA, TO JESZCZY BURAKOW DAM! PRYJEDETE, TO I MARCHOWKI DAM, I SKARPETÓW, CO ZROBIŁA...

No więc dzisiaj Duży sfotografował część skarpetowych zbiorów, te nowe i te starsze, i papućki robione na drutach, i podkolanówki, i zakolanówki, getry, cały rynsztunek wełniany, ochrona zimowa, rodem z włóczkowej bajki, pachnącej domem, mydlaną wróżką i najmilszym, czystym, pogodnym, wełnianym aromatem.




A do skarpety, wełny, kresowych opowieści i dobrego humoru mam jeszcze pierniki. W zasadzie nie wiem, co ma piernik do skarpety, ale może ma to, że jedno i drugie wychodzi z ukrycia zimą i najpiękniej wpisuje się w domowy pejzaż. Pierniczki robię z wypróbowanego przepisu, lekko zmodyfikowanego, zainspirowanego od Kasi Guzik, stąd.

Składniki na jedną porcję:

400 g mąki
180g rozpuszczonego w ciepłej kąpieli miodu 
120 g masła
120 g cukru pudru
2 żółtka
 1  jajko
 2 łyżki przyprawy do piernika
1 łyżeczka cynamonu
1/2 łyżeczki mielonego kardamonu lub imbiru
 1 płaska łyżka kakao
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
 1 szczypta soli

Masło, miód i cukier podgrzewamy, a potem studzimy.
Teraz trzeba pomieszać suche składniki w sporej misce. Dodać do nich jajko, żółtko oraz wystudzoną masę miodową. Mieszam to widelcem, a potem zagniatam.
Opcjonalnie można wsadzić ciasto do lodówki na godzinę, dwie, ale nie lubię tego - ciasto mi się źle potem rozwałkowuje. Bez wsadzania do lodówki pierniczki też są pyszne.Rozwałkowujemy dość cienko, pierniczki nie wyrastają prawie wcale i nie zmieniają kształtu. Układam je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i wstawiam do piekarnika nagrzanego do 180 stopni z termoobiegiem. Pieczenie trwa tylko max 7 minut, trzeba je  szybko zdjąć z blachy i odstawić do przestygnięcia. Dłużej pieczone są twarde i przypiekają się za mocno.




Piekę dużo, bo pierniczki nigdy nie są w stanie doczekać do świąt, a ja nie mam serca zabraniać chłopakom podjadania. Dlatego pierniczkowy sezon trwa u nas i trwa, najładniejsze idą do lukrowania, ukruszone lub przypieczone są zjadane, moczone w kakao czy kawie z rozkoszą i znikają z szybkością światła. W poniedziałek zabieram się za piernikowy domek, będzie się działo w Kalinowie:)

05 grudnia 2014

Inny wszechświat. Co bym zrobiła, gdybym była dinozaurem?

Napisano o tym setki książek, nakręcono filmy, trudzili się nad zdefiniowaniem niemożliwego filozofowie, socjologowie, krzyczały poczytne tytuły, że z Marsza, z Wenus, z obłoku Magellana...
A mnie ciągle zdumiewa ten Inny Wszechświat, mieszkający razem ze mną. Męski wszechświat, który tak mimochodem trochę łączy się z moim. Ale bynajmniej nie miesza. Jest absolutnie odporny na próby mieszania:)
I nie chodzi tu o  mistrzowskie podejście do kreacji pokojowej przestrzeni systemem twórczego chaosu. To tylko sygnały innego wszechświata, słabe emancje. Centrum jest zupełnie gdzie indziej.

- Mamo, zrobisz herbatę? 
Zajęta scrapbookowaniem książki kucharskiej o ciasteczkach, co jest czynnością niezwykle frapującą, mruczę, że akurat nie mogę, może potem, a najlepiej zrób sobie sam, synku...
- A, to już nie chcę - rzuca nonszalancko Średni i znika, zanim uniosę głowę znad sterty ścinków papieru. Zdumiewające.

Idę do ogrodu po badylki na wianki świąteczne, potem plotę te wianki na środku korytarza, chodzą niemal potykając się przeze mnie, wieszam wianki, jeden w kuchni, drugi na drzwiach wejściowych. Wianki są dla nich niewidzialne. Kompletnie. Wieczorem przy kolacji wskazuję wianek w kuchni - natrudziłam się nad nim, uplotłam z dzikiego wina, przyczepiłam wycięte z kremowego i różowego papieru sylwetki baletnic, śnieżynki szydełkowe od kasiorka.
- Zrobiłam wianek - oznajmiam dumnie.
- Uhm, ładny... - bąka któryś. - Jest coś do jedzenia?
Zdumiewające. 

Duży potrafił żywić się rosołowymi kostkami, bo nie chciało mu się zrobić kanapki. Mały przez tydzień zjada tylko chrupki w kształcie alfabetu. Średni pije tylko najdroższe rodzaje zielonej herbaty i potrafi wyrazić ubolewanie, gdy pomieszam zieloną z pigwą z zieloną z żurawiną. Jak mogłam. Przecież to zmienia smak. Mały na basenie potrafił wytrzeć się skarpetkami zamiast ręcznikiem, po czym te skarpetki upchnąć w plecaku z książkami, a ręcznika zapomnieć. Niedawno zastałam Małego  przed komputerem, czytającego w skupieniu artykuł na jakimś geograficznym portalu o tym, jak powstają dziury w ziemi, tak zwane sinkhole. A zaraz potem oglądał po raz setny Pingwiny z Madagaskaru. Zwija koszulki w twarde gule, bo to ponoć oszczędza miejsce w szafie. Nie mogę jednej z tych koszulek rozwinąć od tygodnia. 

- Co byś zrobiła, mamo, gdybyś była dinozaurem?

Wykrawam sobie w kuchni pierniczki, słuchając świątecznej muzyki, a oni zdobywają wirtualne królestwa, czytają o plamach na słońcu i kreatywnych technikach oświetleniowych przy fotografowaniu. Jest im obojętne, jak poustawiam perfumy na półeczce w łazience, jakie zawieszę firanki, jak skomplikowaną ikebanę ułożę z gałązek modrzewia i głogu. Mogę sobie robić, co zapragnę, nawet ikebanę do sufitu, a gdybym jak Pippi wałkowała pierniczki na podłodze, też pewnie uznaliby to za świetny pomysł.

- Co jest do zjedzenia?
- Zupa z soczewicy, kotlety, ryba, pasztet, surówka, chleb, ser żółty i biały, wędlina, dżem...
- A nutella jest?
- Nie ma.
- Nic nie ma do zjedzenia, jak zawsze...

Tylko Inny Wszechświat może wpaść na pomysł, by jeździć quadem po oczku wodnym albo wpuścić kota do klatki z królikami, żeby zobaczyć, co będzie. Przyjść z saneczkowej górki w stanie kompletnego przemoknięcia, powyciągać bambusowe podpórki z moich róż, by walczyć nimi na szpady. Zjeść kilo cukierków i pytać, co jest do zjedzenia.

- Wiesz, mamo, jakbym mieszkał na asteroidzie, to mógłbym oglądać ciągle zachody słońca. Chciałabyś mieszkać na asteroidzie, mamo?

Wchodzę do ich pokojów, gdy jeszcze śpią, patrzę na policzki, wciśnięte w poduszki, słucham oddechów. Jaki piękny ten inny wszechświat. Jak gotowy na spotkanie ze światem, na podbój i wieczną eksplorację, na zachwyty i zdumienia. Jaki zawsze ponad przyziemnością, co tam skarpety czy dziurawy but, kiedy jest się bohaterem, są drzewa do włażenia, ziemie do odkrycia, niewiarygodne historie do przeczytania, asteroidy do zamieszkania, dinozaury, śmiech, gadanie do nocy, muzyka, niebo i gwiazdy? Chciałabym, żeby  świat był dla nich dobry. Chciałabym ich ochronić. Żebyśmy z Miłym nauczyli ich tego, żeby jako bracia byli tak blisko siebie jak najlepsi przyjaciele. Drużyna. Jeden za wszystkich. Myślę, że jesteśmy na dobrej drodze. Mały w sklepie zgarnia trzy wafelki góralki.

- To dla braciszków - wyjaśnia, pakując mi do koszyka.

Uczę się dzięki nim sensów, cierpliwości, patrzenia dalej. Na co wszystkie filiżanki świata, gdy brak jednego głosu sprawia, że chodzę po domu, wyglądam wszystkimi oknami po kolei? Bez nich wszystkie wianki są tylko dekoracją.

- Co jest do zjedzenia? - zapytają, jak zawsze, wpadając do mojego wszechświata, między porcelanowe kubeczki a gałązkę modrzewia, którą zakładam Zimę Muminków.

Dzisiaj będą naleśniki z nutellą.
Już widzę te szczęśliwe uśmiechy:)


Miły z Małym na wileńskiej ulicy.


A tak w ogóle, z ostatnich jego tekstów: nie pozwalam mu włazić na słupki parkingowe przed galerią, macha do nich ze smutkiem:
- Żegnajcie, kochane słupki...

*

- A wiesz, mamo, że dostałem piątkę mniej za znanie wszystkich rzeczy z czasownika?
- Czyli? - pytam ostrożnie.
- No, te osoby, rzeczy,  przyszły, teraźniejszy, takie tam...

*

- I jednak nie będę miał roli aniołka. Dostałem rolę diabełka, co zgubił swoje rogi. Już pięć razy w tym tygodniu zgubiłem. I anioł zabrał rogi no i w nogi! Do samego nieba go goniłem, ale uciekł mi na zakręcie...

*

- A wiesz, mamo, że na ulicy Leśnej, tej wiesz, za tym domem, gdzie takie długie sople, to na tej ulicy mieszkają sami mili ludzie? Prawie jak w Kanadzie, tacy mili. Raz jak szedłem wiosną albo jesienią, to jeden pan zapytał mnie, czy chodzę do szkoły. A dzisiaj taka jedna pani, trochę stara, też zapytała, czy wracasz ze szkoły, chłopczyku, a ja powiedziałem, że tak, a ona powiedziała, że chyba się dobrze uczę, a ja odpowiedziałem, że tak, a ona mnie pochwaliła. Bardzo mili ludzie na tej ulicy!

04 grudnia 2014

Niezastępywalni.



Kiedy zostaję w domu sama, on pozwala mi na wiele, jak stary, cierpliwy przyjaciel.
 Na przykład mogę pozwolić oczom zwilgotnieć, słuchając piosenki o winogronowej gałązce, która usychała, ale ocalił ją Dobry Ogrodnik. Mogę siąść na brzegu fotela ze ścierką od kurzu w jednej ręce i podniesioną z podłogi dziecinną skarpetą w drugiej. Patrzymy za okno, dom i ja, na figle sikorek po świerkowych gałązkach i opowiadam mu, że tak naprawdę każde światełko trzeba rozpalić najpierw w środku, nim oświeci to, co na zewnątrz, prawda? I wysyłam dobre, przytulające myśli tym, co teraz w szpitalu - w szkole - na uniwersytecie - w stolarskim sklepie -  objuczonym ciężarami, torbami, całym zakrzątaniem. Będę czekać, piekąc pierniki. Wszystko jest potrzebne, dom to wie, dlatego otula mnie bardzo delikatnie piernikowym zapachem, gdy starannie nakładam papier do pieczenia na blachę, przycinając krawędzie. Potem pobłażliwie pozwala mi na drobne szaleństwa, na przykład przymierzanie przed lustrem letniego kapelusza, szukanie w twarzy młodszych rysów, układanie książek kolorami, zastanawianie się nad lukrowym wzorem na pierniku, który i tak zostanie zjedzony w kilka sekund młodymi, bielutkimi ząbkami.
A brzozy za oknem kaligrafują drobnymi gałązkami haiku na błękicie - pogoda dzisiaj.
I jesteśmy tak razem, dom i ja, tkając zimowy gobelin miłości. Mogę być z nim do woli  sentymentalna - nie powie mi, tak jak Średni, z serdecznym nastoletnim pobłażaniem, słysząc dźwięki nienowoczesnej muzyki:
- Czego ty słuchasz, mamo?
O tak, dom pozwala mi być tak sentymentalną, jak tego pragnę. Wybaczy mi każda falbankę, piruet na dywanie, marnotrawienie czasu na nielogiczne przyjemności. Jest jak zwierzęta i małe dzieci, którym wszystko jedno, jak wyglądamy, jaką mamy cerę, fryzurę, kapcie czy sweter. Bylebyśmy byli, właśnie my, tacy odosobni, swoiści, jedyni w swoim rodzaju. I największym szczęściem, z perspektywy tej części życia, w której jestem, jest fakt - że ktoś jest. I żeby to trwało, zawsze, zawsze. Czy to ta drobinka wieczności w duszy tak tęskni?
Znowu sobie puszczam Winogronową gałązkę, tak jak wczoraj słuchałam w kółko Kolędy dla nieobecnych. Święta to dla mnie trudny czas, choć tak piękny, aż boli, a wszystko przez te puste miejsca przy stole. Parę dni temu koleżanka, którą prosiłam, by dbała o siebie, bo ma dla kogo, machnęła ręką:
- Nie ma ludzi niezastąpionych!
Nie zgadzam się z tym, całą sobą, kalinową duszą.
Bo myślę, że wszyscy są niezastąpieni.
Nie - zastępywalni.

 W żaden sposób, nic i nikt nie zajmie pustego miejsca. Tam jest już na zawsze pustka w kształcie miłości. Tylko czemu coraz więcej tej pustki, gdy dorastamy?

Ach ta muszla morska,
 która przez przypadek
 ma kształt tej wielkiej we mnie pustki,
 czegoś wyrwanego z mojej piersi,
 gdy przed chwilą, na targu
nie udało mi się kupić kwiatów dla Ciebie

L. Aragon





Na zdjęciu na górze moi Dziadziusiowie.

03 grudnia 2014

Krochmalona pościel



Bałam się jej i uwielbiałam ją. Szeleściła, jak sztywna karta papieru, pachniała czymś nieokreślonym, zimowym, uroczystym, opowiadała poduszkowe bajki z krainy Czarodzieja Pierzyny. Krochmalona pościel, zmieniana w domu tuż przed Bożym Narodzeniem.
W półmroku przedświtu, gdy moje pięć latarni mruga do mnie znad brzeziny i sosnowego zagajnika, krochmalenie pościeli wydaje się dziecięcym wspomnieniom czymś  radosnym, magicznym i bardzo prostym. Pac, wróżka chrzestna machnęła różdżka i oto oblekają się kołdry i poduchy, szuu i oto zaściela się samo skrzypiące, ciemne łoże, nad którym ogród oliwny od lat drzemie na obrazie, ze szczupłymi dłońmi Boga wspartymi na modlącym się kamieniu. A wszystko pod iluzorycznym księżycem.



A przecież nie było łatwo, prawda? Nie było łazienki, bieżącej wody, zacny i czcigodny wychodek był na dworze, wodę na pranie pościeli brało się ze studni, gotowało w garze... zapach gotowanych pieluch z szarym mydłem, zapach prania z Frani, mydlin, krochmalu z ziemniaczanej mąki...mózg pamięta zapachy, odtwarza je jak skrupulatny buchalter pana Scrooga. A przecież dawały radę, babcie, mamy.
Prasowały to potem, na sztywną kartę przedziwnej księgi, zapisanej z jednej strony miłością, drugiej obowiązkiem. Pościel musiała być wykrochmalona i uprasowana na święta... nie było "nie chce mi się". Hafty richelieu. Koronki. Kołnierzyki koszul. Obrazki do kuchni, dobra gospodyni dom wesołym czyni. Boże, błogosław dom nasz.





Dzisiaj jest krochmal w sprayu. Mamy wspaniałe czasy! Jak łagodnie układa się serwetka pod gorącym  oddechem żelazka, jak śpiewa para, ślizgają się po wykrochmalonej serwetce palce. Wyciągnęłam z szaf wszystkie haftowane pościele, serwetki, obrusiki. Patrzę na nie, czując się córką i wnuczką pracowitych rąk, które naniosły mój monogram na białą poduszkę. Nie muszę krochmalić.  Moi chłopcy wolą flanelową, mięciutką pościel. A jednak ja sama wsunę się pod białą, pachnącą kartę płócienka dla pamięci, żeby zamykając oczy, poczuć radość Bożego Narodzenia. Tak dla siebie i dla wspomnień.
Dzyń, dzyń. Z dzwoneczkami sanie jadą od rzeki, przez ugory.
W tej rzece mama prała, nim dorobiono się Frani. Pod powiekami widzę biel śniegu - moją starszą siostrę wieziono po urodzeniu saniami ze szpitala, była zima stulecia i człowiek musiał iść przed saniami, torując drogę.



Dzyń, dzyń.
W pustej Frani Babcia zrobiła mi kojec, stryjeczny brat był w łóżeczku a starsza siostra już raczkowała. Babcia opiekowała się naszą trójką i krochmaliła pościel. Jestem dziewczynką z pralki. Za oknem śnieg, nad wykrochmaloną zasłonką.
Nie mam adwentowego kalendarza, ale tak sobie porannie wspominam kochane, pracowite ręce, których już nie ma. I rano biegnę do sklepu, kupić krochmal:)



Na zdjęciu na samej górze Babcia, Dziadek, mój Tato. Zdjęcie na samym dole - z archiwum Polskiego Radia.




02 grudnia 2014

Lodowe kwiaty i jak sobie radzić bez węży? A na deser Ted Kooser w zimowym wierszu.

Dzisiaj Sir Mróz przyjechał z orszakiem pod nasze okno, a któraś z lodowych dam dworu, bo nie ośmielam się myśleć, że sam Lord Lodowaty się pofatygował - a wiec któraś z dam, palcem w białej, koronkowej rękawiczce narysowała nam zimowe pozdrowienie. Jak Gandalf biednemu Bilbowi na drzwiach, tajemny, wciągający w opowieść bez dna znak - na wszelki wypadek rozejrzałam się, czy banda krasnoludów nie zmierza ku nam na śniadanie. 

Zimą bardziej wierzy się w baśnie. Mały skończył wczoraj"Małego Księcia", pytam o wrażenia z lektury.
- Z tym wężem na koniec nie byłem pewien - przyznał.
- Ugryzł go i ciało Księcia umarło, a on sam wrócił na swoją planetę - wyjaśniłam - Wiesz, nie da się podróżować ciałem między planetami.
- A jak sobie radził w poprzednich podróżach bez węży? - Mały spojrzał na mnie sceptycznie.

Hm! No właśnie, jak wędrował od Geografa do Latarnika i Bankiera? Coś tam było z odlotem ptaków, ale nie pamiętam dokładnie. A co do węży, nie pomyślałam. Uwierzyłam w magię baśni i nie zadawałam pytań, dałam się uwieść słowom i wziąć za rękę jak dziecko.

"W kontakcie z dziełem literackiej fikcji obowiązuje jedna podstawowa reguła: Czytelnik musi po cichu zgodzić się na fikcyjność dzieła, zgodę taką Coleridge nazywał 'zawieszeniem niewiary'. Czytelnik musi wiedzieć, że opowiadana historia jest dziełem wyobraźni, ale nie może przyjąć, że pisarz opowiada kłamstwa." 

Wchodziłam do lasu fikcji agnostyczną ścieżką i nie pytałam, co za drzewami, zgadzając się nawet na wilka między lśnieniem czerwieni wśród mchu. Mały pyta. Co z wężem?

A może były węże, a Exupery nam nie napisał? Mały na szczęście łatwo dał się zabrać z niebezpiecznego terenu fikcyjnych węży, epifanii i pytań nieskończonych, poszedł bawić się z kolegą Bartkiem na dwór, ale ja zostałam z tym uczuciem pogody, jakie ogarnia mnie, gdy zaczynam myśleć o książkach i baśniach. I oczywiście pamięć pobiegła wesoło utartą ścieżeczką do "Sześciu przechadzek po lesie fikcji", jak wierny pisak, zabrany na spacer w ulubione miejsce. Ale stop stop, to nie zajęcia z narratologii, nie rzucamy się w fikcyjne lasy, w Sylwanię słów i nieskończone opowieści. Jest poranek, drugiego grudnia, na szybie lodowe kwiaty, a w kuchni pachnie capuccino. Do obrony przed tym lodowym królestwem, zniechęceniem i zimową słabością mamy tylko dwie ręce, łopatę od śniegu i silną wolę, bardzo dzisiaj niedocenianą. To prawie jak cztery kolce róży, wystarczy:)

- Wiesz... moja róża... jestem za nią odpowiedzialny. A ona jest taka słaba. I taka naiwna. Ma cztery nic niewarte kolce dla obrony przed całym światem.

No wiec mobilizuję wątłe, wzmacniane zapachem capuccino, Małym księciem, lodowymi kwiatami i uśmiechem szarych oczu Miłego siły. Kapusta mi zamarzła w letniej kuchni, marchew trzeba ewakuować do piwnicy, ptaszki w karmniku w dwa dni zjadły dwa kilo ziarenek, Mały twierdził, że ptaszków było ze dwieście, mamo! Niebo jak błękitny lazur, bardzo cienkie i szklane, kiedy niosłam o  świcie do karmnika nową dostawę ziarenek, śnieg skrzypiał z zadowolenia. Mały wczoraj ślizgał się na butach po zamarzniętym stawku, a z przeżyć ekstremalnych przykleił jęzorek do żelaznej bramki, chcąc polizać szron. Efekt wiadomy. Duży pisał wczoraj kolokwium z logiki, a Średni jedzie do fryzjera. Upiekłam dwa pasztety z selera z pieczarkami, czytałam wiersze Koosera i jeden nawet wam podrzucę, bo piękny. Taki wiersz, to starcza na kilka dni, człowiek go smakuje ciągle od nowa. Tłumaczył Ryszard Mierzejewski:)

Zimowy poranek

Okno wiejskiego domu daleko tyłem do szosy
mówi do ciemności cienkim, pewnym głosem.
Przeciwko tej ciszy, tylko czajnik szepcze,
a przeciwko rozgwieżdżonemu niebu
  jeden błękitny pierścionek ognia.

 


Z ostatniej chwili: Mały wraca z wycieczki na basen. W tenisówkach na bose nogi. Nie założył skarpet na basenie i zapomniał zmienić w szatni butów ze szkolnych na zimowe. Patrzę na niego. Dłuższą chwilę, potem na śnieg za oknem.
 - I co ja mam z tobą zrobić? - pytam w końcu, gdy mnie odetkało. 
Mały przytula się mocno i zagląda mi w oczy: 
- Kochać mnie!
 - I co ja mam zrobić, jak on mnie tak rozbraja? - szukam ratunku u Miłego.
 - A miałaś jakąś zbroję? - dopytuje się Mały z zainteresowaniem.

Ręce opadają... ech:)