17 sierpnia 2015

O chceniu do szkoły

Mojej szkoły już nie ma. Zostało tylko kilka starych jesionów, dębów i brzóz, wielki plac, na którym stoi okazała willa, są klomby, kostka brukowa, dużo kostki, dużo trawy, obsypane korą rabaty, na których strzelają pióropusze pampasowej trawy, zawilce japońskie i płomieniste kanny. Plac bowiem został kupiony, willa wybudowana a po szkole zostały wspomnienia. Na przykład takie: jestem w pierwszej klasie, zrobiłam już wszystko, nudzę się, kręcąc po klasie,  jest piękny jesienny dzionek, w końcu pani wzdycha i mówi: idź sobie dziecko pobiegaj. I wypuszcza mnie na dwór, pod te dęby i jesiony, a ja szczęśliwa brodzę sobie w liściach i zbieram żołędzie, podczas gdy reszta klasy mozoli się nad czytankami.
Albo takie: pani wyszła, więc wyskakujemy z połowa klasy przez niskie okna na zewnątrz, prosto w kępy narcyzów wiosną.
Albo takie: ślizgam się po linoleum w walonkach. Jest zima i woźny pali w kaflowych piecach, a na lekcji siedzimy w rękawiczkach, w klasie mniej niż 10 stopni ciepła. Podczas siarczystych mrozów szkołę zamykano.
Albo takie: mam stalówkę na drewnianej rączce. Chlapiemy atramentem po klasie. Ławki są zielone i mają dziurę na kałamarz.

Wychodek typu sławojka jest na zewnątrz. Zimą biegło się tam i wracało bardzo szybko.
W emaliowanym wiadrze woźna roznosi na przerwach kawę zbożową z mlekiem albo samo gotowane, gorące mleko z kożuchami. Każdy dostaje jeszcze suchą bułkę. Nosimy w tornistrach własne kubki, mam emaliowany, czerwony.  Mam też pamiętnik w zielonej okładce, gdzie wpisują się koleżanki i koledzy. Mój skarb. Z przyjaciółką, z którą siedzę w ławce  wrzucamy dwa związane klucze do szkolnej studni, recytując: dwa serca złączone, klucz rzucony w morze, nikt nas nie rozłączy, tylko Ty o Boże:)
Albo takie: ustawiamy się karnie w kolejce by wypić płyn lugola po katastrofie w Czernobylu. Każdy pije i zagryza chlebem... kolega z klasy dumnie wypina pierś i ustawia się po raz drugi, co to dla niego...

Nosiłam taki fartuszek z tarczą:




Przed 1 września dziesiątki razy pakowałam tornister, wąchałam gumki i  nowe książki. Szykowałam podkolanówki. Buty były za duże, wypychałam watą. Tak, Czajka ma rację, to było jak magdalenki Prousta.

(...) w tej samej chwili, kiedy łyk pomieszany z okruchami ciasta dotknął mego podniebienia, zadrżałem, czując, że się we mnie dzieje coś niezwykłego. Owładnęła mną rozkoszna słodycz (...). Sprawiła, że w jednej chwili koleje życia stały mi się obojętne, klęski jako błahe, krótkość złudna (...).

Zamykam oczy i widzę stare dęby, jesiony, czerwony kubek, zeszyty z krzywo narysowanymi marginesami. Studnię, która chowa w sobie tajemnicę dwóch kluczy. I znów chcę do szkoły.

Makuszyński kiedyś napisał: Dorośli ludzie dlatego są nieszczęśliwi i zgorzkniali, bo nie chodzą do szkoły i nie czekają na wakacje:)



Ps: Ostatnio znalazłam stronkę ze starym wyposażeniem tornistra. Same rarytasy:) Tu.

13 sierpnia 2015

O powrocie z wakacji

Nie wiem, czy nie popełniam tu czasem jakiejś fopy albo świętokradztwa, ale wyznam, że jak byłam mała, to tak w okolicach połowy sierpnia już nie mogłam doczekać się powrotu z wakacji. Magiczny ogród i sad Dziadziusiów, w którym spędzało się każde wakacje nagle stawał się jakoś mniej magiczny. Poranki były zimne, bo każdy wie, że od Hanki zimne poranki. Żywica z czereśni na korale była już oberwana, zestawy malowanych na papierze ludzików mocno już wypracowane, traciły kontur, fakturę, kończyny i entuzjazm, mapy nieznanych krain z trudem prowadziły do nikąd a szafa do Narnii zaczynała się zacinać. Zakątki były zwiedzone, ścieżki oswojone, morele przejrzałe, truskawek już nie było, w Lecie z radiem nadawali Una paloma blanca, a ja zaczynałam tęsknić za powrotem. Z powrotami jest tak, że nagle dojrzewają i trzeba je wtedy zerwać, żeby były najsmaczniejsze. Tak więc zaczynaliśmy wracanie, przeważnie dużym fiatem wujka, mama lała czarną herbatę w termos i robiła kanapki, bo w moich czasach mcdonaldów nie było, ba nawet stacji benzynowej na trasie Lublin- Bielsk nie było. Tuliliśmy Dziadziusiów, pakowaliśmy skarby i nadchodził poranek, jakaś czwarta czy piąta rano, kiedy się wyruszało z drżeniem serca, do domu, do domu! W dużym fiacie pachniało cudownie, tapicerką, benzyną i kanapkami, przyklejałam z siostrami nos do szyby i odliczałam wstecz te wszystkie znane na pamięć nazwy: Opatów, Ożarów, Kraśnik, Annopol, Niedrzewice, w tym Duża i Kościelna (w swoim czasie układaliśmy limeryki do mijanych miejscowości jako pani Szymborska czyniła, pamiętam początek Limeryków Niedrzewickich: Raz aptekarz z Niedrzewicy zszedł wieczorem do piwnicy... niestety, dalej wstrząsających wydarzeń w piwnicy nie pamiętam). Ale wracając do monotonnego śpiewu kół, zapachu tapicerki i mijanych miejscowości, serce zaczynało mi już skakać w górę w okolicach Radzynia. Łosice... Sarnaki... 

...i nagle pojawiał się ON, wielki most, najcudowniejszy i największy dla mnie na świecie, a mama mówiła uroczyście: no, już na swoich śmieciach.  My zza Buga! - krzyczeliśmy, wnętrze samochodu ogarniała euforia, a potem wszechświat przyśpieszał, Siemiatycze, Boćki, Bielsk, rozczulaliśmy się nad każdą krowiną na łące, popatrz, jak płasko, ale piękne te nasze sosny, widzisz, osty, łopian, ale wielki, o, bocianów już nie ma, patrzcie, babcie siedzą na ławeczkach przy drodze, jakie cudne chałupki, jakie śliczne, rozwalone stodoły,  brzozy, okiennice, kretowiska...
Zajeżdżaliśmy naszym najwspanialszym wujkowym pojazdem na podwórze, otwierało się ze skrzypieniem bramę i pędziło jak w amoku, żeby sprawdzić, czy dom się nie zmienił przez te dwa miesiące, czy aronie dojrzały, czy są jabłka, czy trawa wyschła...
Dzisiaj już nie wracam z wakacji. Ale gdzieś na dnie serca, w pamięci, w swojej głowie wracam nieustannie, nieprzerwanie, za każdym razem, gdy spojrzę na kalendarz i widzę, że już dochodzi  ta sierpniowa połowa.
A w następnym poście napiszę wam, dlaczego uwielbiałam wracać do szkoły i co się stało z marzeniami o chińskich, pachnących gumkach do ścierania.

Kalina z siostrą w dziadziusiowym ogrodzie na wakacjach

11 sierpnia 2015

Ze słońcem w herbie





 


 Kiedy przychodzi wieczór, kojąc cały żar i upał, wszystko nasyca się złotem, lejącym się z nieba jak płynny miód. Wychylamy się wtedy na ogrody, do lasów, błądzimy między brzozami wśród zbrązowiałych paproci. Można natargać jarzyn z ogrodu, podlać coś, co jeszcze się trzyma i trwa, popatrzeć na opadające jabłka w sadzie, na ścierniska, ugory, zalane słońcem lub zwyczajnie stać i patrzeć w podziwie, kiedy zachodzi słońce.



Brzozy gubią liście, ich suknie wiatr podszywa złotą koronką. Tyle liści na szeleszczącej trawie, jakby to już wrzesień był, a nie zielonooki sierpień. I okrutnie pięknie jest, bo przecież wiem, że obumiera mi ogród, popieleją delikatne baldachy hortensji,  nawet dzielna nawłoć zwija złote żagle. Popiół i ściernisko. Spustynniały trawnik. A jednak to piękno poraża, staje się oniemiałym w tym splendorze, złocie, jak wśród sztandarów podbijającego nas imperium ze słońcem w herbie.



W złotych drugo, trzecio i pierwszoplanach  Złoty Elf, Duży,  brzozy, trawy i słońce. I oddychająca żarem ziemia. I nadchodząca noc, jak w wierszu Gałczyńskiego:


Stanęły pod mym oknem
jak wiejscy muzykanci
gwiazdy.
zielonooki
sierpień po sadzie tańczył.

Księżycem całowany
sad się rozrzewniał,
lekki był i cygański
taniec sierpnia.

Raz złocistość w korze drzew drżała,
tu cień ją płoszył,
ludzie mrużyli, noc otwierała
oczy.


07 sierpnia 2015

Kanikuła

(...)te psie dni, które się o św. Małgorzacie poczynają, a ku św. Bartłomiejowi trwają”... - pisał w swoim leksykonie Mączyński.

Noce upalne, Syriusz przygląda nam się pobłażliwie.
- Chciałbym być tam, w górze, mamusiu - mówi Mały, zadzierając głowę, gdy wracamy w rozgwieżdżoną noc z rodzinnego, ogrodowego przyjęcia.W nocy można trochę pooddychać, otulające, obezwładniające gorąco dnia chowa się na moment.  Zanim rano obiegnę z konewką donice z pelargoniami, petuniami i hortensjami, czuję się jakbym zanurzyła się w gorące źródło. Trawnik wysycha, nic nie poradzę, nie jestem w stanie go podlać. Ogórki wyschły, marchewkę wyjmuje się z ziemi jak przypieczoną. Za to pomidory w szklarni, hołubione i podlewane pławią się w płynnym złocie światła, dojrzewają, czerwienią. I już można jeść papierówki...

Kanikuła.
Wszystkie dzieci w domu, zalegają w salonie na dywanie, grając w stosy planszówek, pijąc kompot i leniąc się wspaniale. Nie mamy siły iść na rzekę, za daleko. Wyprawa rowerem do mamy wyczerpuje moją całodzienną energię, zostaje mi leżak, książka, herbata z lodem.W ramach kanikułowych zajęć robię potpourri. Wszystko i tak jest suche.
Powinnam zrobić sporo rzeczy, nie robię ich.
Pod powiekami gorąca biel, oczy mrugają, gdy wychodzę z chłodnego domu w letni żar. A jednal lubię, bardzo lubię ten czas. Nieśpieszne rozmowy. Lekkie lektury. Wymyślne smakołyki. Marzy mi się tarta z jagodami z kremem waniliowo - bazyliowym. Makaroniki. Desery i przystawki, podawane na porcelanie. Taka światłoczuła teraz jestem, trochę cichsza, bardziej zasłuchana w niewidzialne. Jakbym schodziła w dół, bardzo krętymi schodami, w głąb uciekającego czasu. Bo czasu wakacyjnego coraz mniej, a my rozrzutnie rozsmarowujemy go jak miód na kromce chleba, aż kapie z dłoni. Już Prokopa minęło, a o świętym Prokopie żyto w snopie. Już na Dominika  głos ptactwa zanika. Z jaką pogodą Jakub przybywa, taka i we wrześniu bywa. Już Kajetana. Już z brzęczeniem czyneli, dzwonków, w pstrokatym korowodzie jedzie Wawrzyniec, a na Wawrzyniec ze żniwami koniec.
Powtarzam znajome przysłowia, uśmiechając się jak do starych makatek, wieszanych w kuchni, z dobrym życzeniem. W mojej kuchni wisi babcina makatka: Boże błogosław dom nasz. Pracowite palce mężowej mamy wyhaftowały niebieskie gołębie. Jedzą haftowane ziarno, sypane z ręki małego Jezusa. Słońce ślizga się złotem po ścianie, kompot mieni się rubinem w dzbanku, pachnie schnącą lawendą i wrotyczem. Wiem. Będę tęsknić zimą za upałem, kanikułą i sierpniem. Za obfitością warzyw, koperkiem i marchwią, rwaną prosto w kosze. Za miodowym syropem światła, schnącym trawnikiem i pomidorami, soczystymi i pachnącymi latem. Więc póki co, staram się napełnić tym wszystkim do syta, na zapas, niosąc dni w podołku jak słodkie papierówki...


05 sierpnia 2015

Bób, sierpień i lawenda



- Popatrz, mamo, jakiego mam fajnego boba! - cieszy się Mały, wyciągając do mnie umorusaną łapkę z różowym ziarnem.
Też mam "boby". Cudne, całą misę przyniosłam, a zagon ledwie napoczęty. Bób wyrósł nam w tym roku w dwóch odmianach, polecanych przez Kasię Bellingham, zielony Windsor i różowy bardzo śliczny vintage - Karmazyn. Wyrósł pięknie, kusi oczy i podniebienia, bo dla mnie Bób jest jednym z warzyw doskonałych.



Już samo obieranie bobu to ceremonia - każdy strąk ma w środku jedwabistą wyściółkę, król by się takiego leża nie powstydził, windsorowie marzyliby o takich piernatach,  satyna i jedwab, chłodne, śliskie, otulające owalne nasiona. Te różowe i pistacjowe pięknotki mają całe mnóstwo odżywczych właściwości, kształt idealny, kolor wytworny, w Bożej szkatule cudów stworzenia są jednymi z piękniejszych klejnotów.
Z bobu można robić cokolwiek. Humus. Kotlety. Pasztet. Jeść go podgotowanym, jak cukierki. Niżej wrzucam moje ulubione linki do przepisów:) Jak jeść bób?

W pierożkach drożdżowych.
Jako kopytka.
Z cukinią i mozzarellą.
Na tarcie. 
Habas a Catalana.
Z kurkami...


Oprócz bobu w sierpniu czaruje lawenda. Od dawna nie miałam tylu motylich gości w ogrodzie, o trzmielach nie wspominając. Motyle są śliczne, głównie rusałki i  dostojki, ale całkiem sporo przylatuje cytrynków, a nawet pazie królowej. Królewsko więc u nas, brzęcząco, gorąco i bardzo letnio. Cały czas podśpiewuje mi się pod nosem: czego chcesz od nas Panie, za Twe hojne dary...

04 sierpnia 2015

O miejscach ukrytych i kolorze sosen



Dzisiaj myślę o miejscach ukrytych wewnątrz nas. O tych częściach naszych dusz, które są najbardziej wrażliwe,  najbardziej czułe i odsłonięte, efemeryczne - i najpiękniejsze.
- O czym myślisz? - czasem pyta ktoś.
- O kolorze sosen, który waha się między zielenią a szafirem, o  sukni ślubnej królowej Wiktorii, o wierszu  Blake'a, o tym, że  głos wilgi przypomina mi egipski flet, a uszko mojej filiżanki jest jak znak zapytania w oczach Alicji - chciałabym odpowiedzieć, ale przeważnie  nie odpowiadam, bo moja odpowiedź jest odsłonięciem ukrytej części duszy, której mój rozmówca nie zrozumie akurat, nie odczuje jak ja, nie zamyśli się, nie uśmiechnie,  a raczej stropi, a w jego oczach mignie ten wyraz zażenowania, jaki mamy na widok dziury w czyjejś skarpecie lub gafy na przyjęciu. Ludzie czasem wolą, żeby nasze ukryte miejsca zostawały ukryte,  jak wiktoriańska koszula. Kiedy poruszamy się na powierzchni rzeczy, słów, uczuć, jest bezpieczniej.Czasem w to uwierzymy i tak postępujemy. Żeby nie zostać zranionym, na wszelki bezpieczny wypadek.  Tylko wtedy nigdy nie zyskamy niczego ze względu na kolor zboża...

Coś we mnie. Ukryta część, ukryte miejsce, część mnie, prosząca o zrozumienie. Moja ukryta część, głębia mojej duszy zostały zrozumiane i otulone akceptacją. Ktoś kocha moje koronki, lalki, czytanie wierszy, spacery, słuchanie wilg, bałaganienie w książkach, wczesne wstawania, celebrowanie pór roku, grzebanie w ogrodzie, malowanie latawców. Uczę się tego samego, nieustannie.  Z nabożeństwem odwiedzam ukryte miejsca moich dzieci i Miłego, kiedy mnie tam prowadzą, pokazując kolory i sny. Trzeba dużo odwagi i zaufania, by pokazać, co nas smuci, a co cieszy, gdzie jest ta granica, za którą jestem jak ten odsłonięty,  delikatny,   rozkwitający mak - ja. Wiele odwagi, by zdradzić, co myślimy o strażakach, dogmatach i gwiazdach. O filmach Felliniego, Anastazji i Platonie. O sąsiadce i strachach z dzieciństwa. Pokazać swój ukochany werset i kwiat.  Jak dzikie ptaki przysiadamy na ramieniu przyjaźni czy miłości i pokazujemy się w prawdzie. Oto ja. Moje zmierzchy i świty. Lubię mech, stare książki i zapach deszczu.  To mnie tworzy. Palec Boga wywołuje z nicości ufną doń Adama..
Bo jest tak, że jeśli nie będziemy sobą z powodu lęku przed bliźnimi, to nigdy nie będziemy sobą. I oni nigdy nie poznają prawdziwych nas. I my prawdziwych ich. Wszyscy wiele stracimy, zwyczajnie na zapas bojąc się niezrozumienia.
- O czym myślisz?
- O kolorze sosen - odpowiadam więc, mocno zaciskając w dłoni niewidzialny kamyk. Za moimi plecami Lis uśmiecha się do Księcia. Daliśmy radę, znowu.

03 sierpnia 2015

O wracaniu do domu


Wracanie do domu ma w sobie tajemnicę. Właściwie zaczyna się już w chwili, gdy Mały wzdycha: tęsknię za swoją poduszką, mamo. Albo, gdy stojąc nad jeziorem, patrzy się w dal, na te sine pasmo dalekich lasów, nad którym gonią obłoki, a umysł zawiesza się na jednej uporczywej myśli: w domu już pewnie kot siedzi na tarasie, a ze szklarni pachną pomidory...
Wracanie do domu odbywa się dwa razy. Najpierw wraca się w środku. Po prostu, któregoś ranka, drewniany pomost nad jeziorem i ściany letniskowego domku już nie cieszą. Szelest trzcin nie przypomina już wierszy Tennysona -  łódkę widziałem, to ci powiem, gdzie szeleszczące drży sitowie - ale wydaje się, że każdy wąski szmaragd listka pomrukuje: tęsknisz, tęsknisz, tęsknisz...

Siadam na deskach pomostu i łapie mnie melancholia kanikuły; właściwie musiała musnąć mnie już wcześniej, inaczej po co słuchałabym fado? Jakoś tak jest, że zawsze w lipcu słucham fado. To wszystko jest naturalne, tłumaczę kaczkom, krążącym między trzcinami. Był przypływ energii, jest odpływ, po głośnym dźwięku musi być pauza, chwila, która waha się jak hamak, słucha ciszy i przymyka oczy, gdy dzień nasyca barwy znużeniem. Tak więc urlop, jezioro, dni, szeleszczące trzcinami i znów poczuję się gotowa do nowych wyzwań.
Ciekawe, o ile trawa urośnie, gdy nas nie będzie...
Siedzę z przyjaciółmi przy długim stole, smaruję chleb twarogiem, ale w głowie wędruję już ścieżynką między wrotyczami i przebieram szparagową fasolkę. Jeśli serce jest w domu, to nogi na pewno do niego dołączą. Tym bardziej, że coraz więcej osób tęskni i wzdycha: ciekawe, czy pomidory już dojrzały? Jak tam króliki, ciekawe, czy dobrze je karmią? Deski tarasu na pewno są gorące w południe. Brakuje mi mojego kubka...
I wtedy zaczyna się drugie wracanie do domu, gdy samochód pędzi mazurskimi zakrętami, gdy liczy się kilometry i słupki, gdy mechanicznie zmienia się radiowe stacje, gdy drzemie się i budzi, bo może już - już widać naszą rzekę, już wieże kościoła, zobaczcie, jakieś nowe namioty postawili, o, Basia idzie przez park!
Pchnięcie furtki jest nabożeństwem. Dzieci wpadają z tupotem, hurgocze wesoło odsuwana brama, kot plącze się pod nogami, wynoszą bagaże, których jest zawsze więcej, niż kiedy wyjeżdżaliśmy - a ja wchodzę do domu, witając się z nim, jak z cichym,  stęsknionym przyjacielem. Pachnie inaczej, jakby starym papierem, pustką i szafą babci. Samotna mucha bzyczy na oknie w sypialni, otwieram okno, odsuwam zasłony, kładę się w ubraniu na łóżku i zamykam oczy, celebrując szczęście. Dzień dobry, dzień dobry. Oto jesteśmy, my też pachniemy inaczej, mamy w oczach inne odbicia, inny wiatr we włosach, przebywaliśmy w innych światach i teraz, jakby doroślejsi, tak bardzo ostrożni, wstrzymując oddech sprawdzamy, czy dom nam się nie zmienił po podróży, czy nadal nas kocha, czy tęsknił?
Wracanie do domu jest słodkie i cierpkie, jak dżem z tarniny, jak wieczór, jak dłoń uniesiona do klamki. I ten uśmiech, gdy mruży się oczy obejmując drewnianą poręcz. Jesteśmy z powrotem. Jak dobrze.