28 listopada 2011

O kopaniu chmur

- Mamo, a co by było, gdyby człowiek kopnął chmurę?- zapytał mnie Mały, gdy upychałam go w szatni w kurtkę.
Najpierw chciałam mu powiedzieć, że owinęłaby mu się wokół nogi i wpełzła potem w nogawki jak zimne chomiki, ale pomyślałam, że to by było niepedagogiczne.
- Nie wolno nikogo kopac, a zwłaszcza chmur, one są takimi miłymi, puchatymi owieczkami, które niosa na plecach marzenia i wiatr je pasie, rozumiesz?- oznajmiłam więc, wciskając czapkę na uszy Małego Pytacza.
Wicher byl dzisiaj niemożliwy. Nie tyle pasał chmury, co je pędził batem.
- Ale ja chciałbym tylko wiedzieć, czy deszcz się wyleje ze środka, jak kopnę...- mruknął Mały i wcisnał łapki w kieszenie....


26 listopada 2011

Nic na to nie poradzę!

Czajnik poświstuje nonszalancko, jak Adolf Dymsza w starym filmie, Mały z kolegą robią w pocie czoła zamek z dwóch tekturowych pudeł i sporej ilości taśmy malarskiej, a że zaanektowali połowę salonu, który chciałabym posprzątać, nic na to nie poradzę.
Właśnie odkryłam genialną zasadę "nicnieporadzenia" i ulżyło mi.
W piecu się kopci, bo trza by komin przeczyścić- nic na to nie poradzę!
Nie mogę posprzątać salonu, bo bawią się tam dzieci- nic nie poradzę! Nie będe im zabawy przerywać.
Zakwas mi się zbiesił i chleb nie wyrósł- nic na to nie poradzę!
Kret zaprosił na moje podwórko chyba całą wielodzietną rodzinę z Australii, bo ilość krecich nor osiągneła masę krytyczną- nic na to nie poradzę!
Jutro mam koncert, a boli mnie gardło i chrypię jak nędzna kopia Armstronga- nic na to nie poradzę!
Ale są rzeczy, na które mogę poradzić. Kupiłam sobie świece zapachowe, żeby mi pachniało. Wyciągnęłam swetr w kolorze śliwek, niebieskie puchate kapcie, zrobiłam dzbanek herbaty i kuruję gardło. Myślę o przyjaciołach, o starych zdjęciach, upiekę zaraz szarlotkę i posłucham Agi Zaryan...

Jesień mnie smuci, nic na to nie poradzę.
Ale czy naprawdę muszę?


22 listopada 2011

Brak macierzyńskich uczuć u kur

Przed wejściem do szatni, ostatnie rozmowy z Średniakiem i Małym.
- Mamo, a co to kokoszka?- dopytuje się Średni.
- To taka kura, co znosi jajka- wyjaśniam zgodnie z prawdą.
- A jak się nazywają kury, co nie znoszą jajek?
- Koguty - odpowiada Mały, który czuwa nad sensem rozmowy jak kwestor u Pratchetta.
- No nie, koguty to koguty...po prostu sa kury, które nie znosza jajek i już. Nie niosą się.
- Nie mają uczuć macierzyńskich, czy co?- drąży Średni. Potrącają nas inne dzieci, za kilka minut dzwonek.
- Potem porozmawiamy, idźcie już!- poganiam latorośle. Średni na odchodne raczy mnie jeszcze pointą.
- Mamo, a wiesz jakie są trzy etapy życia kur? Kurczak, kura i udko!
Znikają w szatni a ja dumam nad wyzwolonymi kurami bez uczuć macierzyńskich, kiedy krztusząc się ze śmiechu biegnę do samochodu....

19 listopada 2011

Filiżanka, szary notes, maki, martwi ludzie i szmaragdowy kilof.

Jest wieczór, jestem zamyślona, świat wydaje mi sie okryty tiulem, jak żyrandol w opuszczonym domu, a szary zeszyt leży pusty. Wpadłam na pomysł, by pisać piórem w notesie, jak mi radził Wędrowiec, ale z niejasnych powodów lepiej mi się klekocze na rozchwierutanej klawiaturze, niz staroświecko, w notesie. Stwierdziłam, że jestem medialna, bo najlepiej, jak mam jeszcze otwarte okno z piosenką z youtube, wesoło miga mi gg, sygnalizując, że czyjś pocztowy gołąb dobija się do mojej pocztowej skrzynki, a słowa spływają spod palców.
Obok stoi filiżanka w czerwone maki, a ja myślę o maku Leśmiana i makach Lavanduli i o tym, że w listopadzie lubię nosić czerwone sukienki, a chociaż czerwony szalik czy czapkę...nawet rękawiczki. Okruch barwy, leczący serce od szarości.

Może powinnam mieć czerwony notes?
Średni czyta Anię z Zielonego Wzgórza i musi opisac postać do charakteryzacji. Podpowiadam mu Mateusza, to oznajmia z logiką dzieciństwa:
- Ale on umarł na końcu i nie zamierzam pisać o martwych.

A ja czytam o martwych, czytam o lordzie Rayleigh, który nosił bokobrody jak cesarz Franciszek i który odkrył argon, interesował się falami podczas trzęsień ziemi, promieniowaniem widmowym, oznaczał jednostki elektryczne, zajmował się gazami i w ogóle był niesłychanie aktywny, a jego żona miała na imię Evelyn. Oglądam stare zdjęcia i myślę, kto za sto lat będzie pamiętał moje imię? I jakoś niespecjalnie mi przeszkadza, że nikt. Jestem syta maków, zapachów chłodu, muzyki Bacha i nawet to, że szary notes się na mnie obraził, nie psuje mojego pogodnego zamyślenia.
Mały rysuje dzisiaj prosiaki. Narysował prosiaka o imieniu Pączek, jego siostrę prosiakównę Ulę i jeszcze różowego potomka. Rysuje oblizując usta, z namysłem, jak dzieci z wiersza Miłosza, w żółtym notesie, mazakami za złoty czterdzieści. Jest ciepło, ciemno a moja filiżanka pachnie kardamonem.
A potem pokazuje mi jeszcze jeden obrazek: ludzik siedzi pod drzewem i trzyma jakąś niebieską zmazę.
- Co to?- pytam.
- To podróżnik i on trzyma diamentowy kilof pod drzewem szmaragdowym.
Pozdrawiam wszystkich podróżników, z kilofami i bez.

10 listopada 2011

Po co Bogu czas

Wracamy z Małym ze szkoły. Ekipa drogowców rozwala nam ulice i chodniki, więc idziemy opłotkami, między domkami z okiennicami, gdzie na podwórkach ujadają kundle, przy studni na zurawiu stoi wiadro, a jakiś dziadek w gumofilcach rytmicznie rąbie drewno. Małemu wpada w oko plantacja pokrzyw przy opuszczonej chatce.
- Skąd się biorą małe pokrzywy, mamusiu?
- Z nasionek od dużych pokrzyw.- odpowiadam zgodnie z prawdą.
- A skąd się wzieła pierwsza pokrzywa?- docieka moje logicznie myślące dziecko.
- Pan Bóg ją stworzył. I tak sprytnie wymyslił, że one dalej rozmnażają się same. W ten sposób oszczędza się duzo czasu, bo nie trzeba na nowo stwarzać i stwarzać.
Mały myśli. W końcu mówi:
- A po co Bogu czas?

07 listopada 2011

Takie różności listopadowe

Mały zaczął czytać. Skok był natychmiastowy- jednego dnia nie umiał, drugiego umiał.  Klękajcie narody. Owszem, znał literki, ale widząc napis, wymieniał literki po kolei i nie umiał jakoś tego zsyntetyzować w całość. A teraz poszedł ze mną do miasta i z dumą czytał szyldy.

- B-a-n-k. Bank!
- K-a-s-a. Kasa!

Niestety, przy szyldzie MONOPOLOWY zaciął się i stwierdził, że tego jeszcze nie umie :)
Natomiast Średniak po kolejnej utarczce z babcią, która coś od niego chciała i czegos nie rozumiała ( zapewne, że nie może przerwać gry w Leage of Legends, znając życie), przyszedł do mnie naburmuszony.
- Mamo, jak nazywa się po łacinie człowiek rozumny?
- Homo sapiens - odparłam, pochylona nad ugniataniem kruchego ciasta i zadowolona, że mam dziecko tak żądne wiedzy, że domaga się nauki łaciny.- A dlaczego pytasz?
- No to babcia nie jest homo sapiens!

Oznajmił i poszedł sobie.
Po raz kolejny matka obstupuit.

A poza tym robię projekt  szaf bibliotecznych w sypialni, chcę męczyć miłego, żeby mi zrobił je "pod Święta"- zgrabione liście, zwiezione drzewo i zima może przychodzić. Mam melancholię i patrzę na jasmin i sikorki, a one patrzą na mnie. Małe, wesołe grubaski..Chyba już im słoninę wywieszę, niech się przyzwyczajają do miejsca karmienia.Czytam "Doline Muminków w listopadzie" i nie chce mi się za bardzo nic.Ale chyba musze posprzątać dom- jak Filifionka...



Filifionka sprzątała. Wszystkie garnki, jakie tylko były, stały na kuchni i grzała się w nich woda, szczotki, ścierki i miski, tańcząc wyskakiwały ze swoich szaf. Poręcz  werandy zdobiły przewieszone przez nią dywany. Odbywało się kolosalne wręcz sprzątanie, największe jakie ktokolwiek kiedykolwiek widział. tamci stali wszyscy w ogrodzie i dziwili się widząc jak Filifionka wpada i wypada, wychodzi i wraca, z chustką na głowie, w fartuchu Mamy Muminka tak dużym, że okręcona nim jest trzy razy.
(…)
Cudownie było znów sprzątać. Wiedziała dokładnie gdzie kurz się pochował. Miękki szary, zadowolony z siebie, zalegał wygodnie wszystkie kąty. Wypędzała każdy kłębek , który od toczenia się urósł i napęczniał, nabił się włosami i myślał, że jest całkiem bezpieczny, cha, cha! Larwy motyli, stonogi, wszelkiego rodzaju pełzające, czołgające się paskudztwa przewracały się do góry nogami pod wielką miotła Filifionki, a cudowne strumienie gorącej wody i pieniących się mydlin spłukiwały wszystko i mnóstwo tego wyjeżdżało za drzwi, wiadro za wiadrem. Naprawdę przyjemnie było żyć.
(…)Po jakimś czasie radość sprzątania udzieliła się wszystkim z wyjątkiem Wuja Truja. Nosili wodę, trzepali dywany, szorowali podłogi, gdzie popadło, każdy dostał swoje okno do umycia, a gdy chciało im się jeść, szli do spiżarni i brali sobie resztki z przyjęcia. Filifonka nic nie jadła i wcale nie rozmawiała, gdzie tam miałaby czas i ochotę na coś takiego! Czasem gwizdała sobie trochę, lekka i giętka poruszała się jak podmuch wiatru – zjawiała się to tu, to tam, wynagradzała sobie wszystkie chwile osamotnienia i strachu  i myślała mimochodem: „Co mnie takiego napadło? Nie byłam przecież niczym innym jak tylko ogromną, szarą kulą kurzu… I dlaczego?” Ale tego nie mogła sobie przypomnieć.
I tak minął, szczęśliwie bez deszczu, ów wielki wspaniały dzień sprzątania. O zmierzchu wszystko znalazło się na swoim miejscu – czyste wybłyszczone i wywietrzone, a zdziwiony dom patrzył na wszystkie strony przez świeżo umyte okna. Filifionka zdjęła chustkę z głowy i powiesiła fartuch Mamy Muminka na odpowiednim kołku.   


Aha- poza tym wprowadziły się do nas myszy. Przyszły w gości na zimę, tak myślę...

    

26 października 2011

Zacisze, ludzie jesieni, kot i jeż.

Lubię słowo: zacisze.
W zaciszu jest cisza, jest też coś za tą ciszą, co wydaje się być miłe i dobre, mozna tam odpocząć, co mnie kusi i złaknione stopy same wędrują, by tam się znaleźć. Zrobiłam sobie zacisze w sypialni, obok komputera; obrazek Małego pod tytułem Pajacyk, plan lekcji Dużego, mój ulubiony kubek w hortensje, serduszka z zeszłych walentynek, zielone zasłony i poduszka na krześle, herbata i zapach chleba z kuchni, który muska mi kark- dobrze mi w zaciszu, gdzie sobie piszę, zerkając na jasmin za oknem, kurczowo trzymający swoje liście, jak Zuzanna podglądana przez starców.
A propos liści, zauroczył mnie " liściasty" wpis Panny Awangardy o ludziach jesieni.

 [...]Układam z liści bukiety. Wkładam do butonierek ludzi jesieni.
Nie warto kurczowo trzymać się swoich liści. Czy warto kurczowo trzymać się swoich listów? Czy warto kurczowo trzymać się swoich wspomnień?
Liście to motyle kiedy wiatr jest gwizdkiem.
Wielcy są ludzie jesieni, jak wielkie są dzikie łąki.[...]

Siedziałam dłuższa chwilę, myśląc, czy jestem ludziem jesieni. Taką dziewczyną jesienną z Kabaretu Starszych Panów, co to ma w kieszeni liść i jarzębinę, a we włosach rude blaski. I wyszło mi na to, że może trochę...Chryzantemy mam. Mam poncho kasztanowe, skórzane buciory i od biedy warkocz. Smutków też trochę, choć zasypuję je liśćmi optymizmu, niech siedzą cicho.
A propos jesieni po raz kolejny, to odkryłam, że  lubię jeże. Bardzo.
Widziałam wczoraj jednego, jak tuptał przez liście za szklarnią. Wcale nie niósł jabłka, dementuję mit. Jeż ma za miękkie igły na wbijanie ich w jabłko. Ale liście na grzbiecie może mieć, o czym kot Simone'a wie doskonale...
No to kot i jeż.Na jesienne smutki^^