12 listopada 2014

Pasztet z fasoli z berberysem, czerwoną cebulą i jabłkami.

 

Znowu robię pasztet z mojej ulubionej fasoli i znowu jestem podekscytowana jak dzieciak wypróbowywaniem nowych smaków. Uwielbiam, gdy zaskakują mnie nieoczywiste skojarzenia, gdy wpadam na pomysł, by wypróbować coś, czego jeszcze nigdy, nie tu, nie tak, nie z tymi składnikami i nie w ten sposób. Co pasuje do fasoli, jej suchej, chłodnej konsystencji, rozpadającej się pod palcami po ugotowaniu, pełnej strączkowych dobroci i aromatów? Lubię fasolę ogromnie, jest pradawna, archetypiczna, domowa, dobra dla wątroby, zawiera białko, magnez, wspomaga wchłanianie wapnia. Chcę, by moje rosnące chłopaki nauczyły się korzystać z tego dobra i wcinały fasolowe cuda przynajmniej raz w tygodniu. Poza tym można fasolę zaczarować na tysiąc sposobów. Co robiłam dzisiaj?


Pasztet z fasoli z berberysem, czerwoną cebulą i jabłkami.

 

Ugotowałam spory garnek fasoli, bo chciałam też zrobić jej trochę podduszanej z sosem pomidorowym, tak oprócz pasztetu. Zmieliłam ją, a potem eksperymentowałam. Robiłam pasztet w dwóch wersjach, wegańskiej bez jajek i wegetariańskiej, jajecznej. Najpierw podsmażyłam drobno posiekaną czerwoną cebulkę z jabłkami - wybrałam te soczyste. Jabłka i cebulka zeszkliły się, cebulka przyrumieniła na złoto, pachniało to wszystko obłędnie. Dodałam do fasoli. Do wersji wegańskiej dodałam zmielone płatki owsiane, do jajecznej cztery jajka na porcję pasztetu (jedna blaszka). Co dalej? Dynia. Złocista, malutka, ładna dynia  w postaci puree, tak około szklanki wzbogaciła pasztet swoją łagodną, dyniową naturą.



Dodałam po sporej garści suszonego berberysu - jest przyjemnie kwaskowy. A niech, sypnęłam jeszcze garść jagód goji, bo borówki poszły do gruszek. Jeszcze słonecznikowe pestki. Bułka tarta i jedna namoczona w wodzie, odciśnięta, na blaszkę. Dwie łyżki mąki. Teraz zioła - dzisiaj wymyśliłam sobie cząber. Bardzo go lubię, choć jest taki poważny i dość surowy w zapachu, więc dodałam mu do towarzystwa figlarną szałwię, odrobinkę. Szałwi mam wiele, ususzonej jeszcze z letnich zbiorów.



Próbujemy. Dobre! Blaszkę wykładam pergaminem, do piekarnika na 180 stopni, na 35 minut. I Pan Pasztet Wspaniały gotowy! Podstawa bezmięsnej diety, smakuje na swojskim chlebie wybornie, z chrzanem, albo domowymi, kiszonymi ogóreczkami... Wersję wegańską zrobiłam w małych blaszkach do babeczek.



Z fasoli robię też smalczyk. Taki, jak w przepisie jadłonomii. Jej też dziękuję za inspiracje co do smażenia cebuli z jabłkami:)
A z marchewką, pasternakiem, czerwoną cebulą i pomidorowym sosem powstaje pyszność do polewania makaronu czy ziemniaczków.

Lubię tę listopadową porę, która jak cierpliwy nauczyciel uczy nas zwolnić obroty. A ja w długie wieczory mogę zająć się przyjemnością niespiesznego gotowania...

10 listopada 2014

Czasie, źródło przejrzyste, nie wysychaj.

Czytam Borgesa.

„W jednym człowieczym dniu jest
czasu suma cała […]
Panie, odwagą i radością obdarz nas
Dla pokonania góry tego dnia”

I Musierowiczową:

„Pamiętasz, co twój dziadek mawia? Że uśmiech bywa aktem męstwa, że smutek to słabość, to postawa zbyt wygodna. Być radosnym i dobrym, kiedy świat jest smutny i zły, to mi dopiero odwaga”.

Noc układa się za szybą, na parapecie, bardziej zielonooka, niż nasza  kotka, którą zaczynam z upodobaniem nazywać Baryłką, ze względu na osiągane okrągłości.
Oglądam fotografie, które są dla mnie cenniejsze, niż kohinoory. Moi dziadkowie.

Rok 1946, dziewiąty sierpnia, może to dworski park we Włostowie? Wojna niedawno minęła. Jaką książkę Babcia trzymała w ręku? Nigdy się nie dowiem. Kto szył jej tę kwiecistą sukienkę? Patrzę na nich, na drugi brzeg tej rzeki czasu i myślę, czy będę mieć tyle sił, by tak pracowicie, spokojnie, z miłością przejść tę samą drogę? Zawsze stały kwiaty w kryształowym wazonie w zielonym saloniku, najczęściej lilie lub róże. Jaskółki śmigały nad podwórzem, pachniał rozgwar pszczelich lip, na obiad były pierogi z truskawkami i gruszkowy kompot, a potem szarlotka, porywana w przelocie gdy dziecinne bose pięty już pędziły w dal, na macierzankowe wały, albo do parkowych ruin... Dali mi najszczęśliwsze dzieciństwo na świecie, stabilny fundament na wszystkie lata. On do niej mówił "Dzióbku". Recytował Mickiewicza i hodował najpiękniejsze lilie, jakie widziałam w życiu. Moja Konopnicka, mówił z dumą, gdy czytałam mu dziecinne wiersze. Przechowywał wszystkie. Mój Dziadziuś. Patrzę na zdjęcia Dużego i myślę, że bardzo przypomina mi młodego Dziadziusia, z tej starej fotografii. Zarys szczęki, brwi, kształt szczupłej, męskiej sylwetki.


Mogę żałować, że nie będzie już spacerów z Dziadziusiem po ogrodzie, rozmów w lipcową niedzielę, ale wolę zbierać skrzętnie wspomnienia, jak kobieta swoje klejnoty do szkatułki, cieszyć się tym, co udało mi się zapamiętać i opowiadać dzieciom, jak Dziadziuś walczył w czasie wojny, jak spotkał Babcię, wracając do zrujnowanego domu, jak po wojnie sadzili razem sad, jakim był człowiekiem, czego nas uczył...


Zapisuję, bo zapominam, staję bezradna z tą garścią wspomnień, składającą się z zapachów, emocji, czegoś tak niewyrażalnego, że zasupłuję się z tym w środku i idę popłakać pod brzozy. Bo te wspomnienia pamięta mała Kalina, a ja jestem Kaliną dorosłą i muszę pamiętac teraz ich wszystkich i to wszystko - tę małą siebie, pamiętającą ich, swój zachwyt i ufność, ich w jej - mojej głowie. I robi się tego pamiętania za dużo, jak matrioszka w matrioszce, więc patrzę na zdjęcia, a potem je odkładam, idę w las i po prostu zamykam oczy, a oni są, na zawsze, nasi ukochani, ich uśmiechy, trwanie i miłość.

Na zdjęciu po lewej - mama i dziadziusiowe lilie.

Dziadkowie ze strony Taty. Tata w środku. Zdążyliśmy z Dużym nagrać opowieści Babci na dyktafon, powstała z tego długa historia. Czytam ją po wielokroć,  szukając błogosławionej sumy czasu w każdym z jej ciężkich, pracowitych dni; mojej silnej, upartej, niepoddającej się nigdy, kochanej  Babci...

Matka moja zmarła w 35 roku. Po matce pozostała bardzo dobra maszyna do szycia, taka, że wszystko szyła i cienkie, i grube, nawet kożuchy. Potem jak matka zmarła, krawiec z Bielska chciał dać nową maszynę damską singer za tę maszynę matki. A ojciec nie dał. I ja sobie przemyślałam, że do szkoły iść ze wsi, biedna? Ja nie dorównam dzieciom z miasta, bo trzeba było jednakowe ubranie mieć, taki mundur, granatowa spódniczka plisowana i bluzka z kołnierzem marynarskim granatowa lub biała. I to wszystko jednakowe. Na początek roku może dam radę, bo ojciec był woźnym w szkole, to kupi. Ale potem zmieniać i palto na zimę i buty, i wszystko, i książki do nauczania, nie dam rady, co to 15 złotych miesięcznie. To za mało na naukę. No i ja przyszłam do szkoły do kierownika i mówię: nie zgadzam się, nie dla mnie ta szkoła. Ja po matce mam maszynę, wyuczę się, a krawcowa 120 złotych zarabia, ojciec mnie wyuczy, pójdę do Zabłudowa, wynajmę mieszkanie i tam będę pracowała i chrześniakiem opiekowała się, bo ja w 14 lat już chrześniaka miałam. 
(...)
[...]W 18 lat za mąż wyszłam, mąż mój Stefan felczer był. My zaraz przyjechaliśmy tutaj w listopadzie. U Niczyporuków mieszkaliśmy, pożydowski dom, co żył wcześniej Lejbka, Żyd, jeden pokój my zajmowaliśmy. I tak myślę: Boże, trzeba jakoś mnie pójść do pracy. I jedna z Doratynki była dziewczyna, dwie siostry mieszkały, jedna w gminie jako kasjerka pracowała. Raz przychodzi do mnie i pytam się: pani Leszczyńska, jakie pani wykształcenie ma? A ona mówi: podstawowe. I tak pomyślałam, że jak podstawowe, to i ja będę pracować. Marzyłam do pracy. Prosiłam męża, żeby załatwił, bo wójt do nas przychodził, złożyłam podanie i załatwili mnie odmownie. I dawaj ja prosić.  I przyjęli mnie do pracy, w 48 roku przyjęli.”
(...)
[...]Pracowałam na różnych stanowiskach. I w referacie wojskowym i w księgowości, i w podatkowym i w ewidencji ludności.(...)
U nas stójka była, furmanka. Czy pojechać na wieś, czy gdzieś, to my jechaliśmy. To żeleźniaki były, te furmanki. Organizowaliśmy w gminie, czynem drogę robić. Wszystkie zakłady i sołtys ludzi mobilizował, i czynem drogę robili. Bruk. I ja pracowałam przy tym bruku(...)
Zorganizowali my też taką Ligę Kobiet, ja w tym byłam. Potem na Koło Gospodyń Wiejskich przemienili.
Organizowaliśmy to my, same kobiety - ja, Zosia Szachiewicz, jej siostra, Zubrycka, inne kobiety - przedstawialiśmy na wieczorkach, takie występy i pieniądze zbierali na biednych. Bo tej biedy po wojnie pełno było.”


 Na zdjęciu z lewej mama, dwudziestoletnia. Niżej Babcia Józia, taką ją pamiętam... stolnicę po pierogach szoruje.


Czasie, źródło przejrzyste, nie wysychaj. Potrzebuję pamięci, tych wspomnień, żeby wiedzieć, dlaczego jestem, jaka jestem, dlaczego próbuję z determinacją na piachach podlaskich wyhodować lilie Józefa, czemu mam siłę, by wstać rano, piec chleb, czytać wiersze, składać drzewo, cieszyć się światem. Czemu kocham lipy, róże i zaśpiew dzwonów? Jaskółki? Ktoś mnie tego nauczył, ktoś zostawił dla mnie to dziedzictwo, nie tylko pamięć, ale i nawyki, codzienne wybory, że postąpię tak, a nie inaczej, bo oni tam są, patrzą na mnie z uśmiechem. I te domowe, rodzinne przykazania, to coś takiego, jak  w przykazaniach domowych Rodziewiczówny: czcij i zachowaj ciszę, pogodę i spokój domu tego. To zostaje w człowieku na zawsze.
Listopadowy, spokojny wieczór, czytam Borgesa, oglądam fotografie. Jutro szczególne święto, dzień wspomnień.
Ufnie dziecinne stopy wstępują w ślady dorosłych, dobrych ludzi, którzy byli dla niego jak jasny promień.


Tarta dyniowa


Jestem dłużna przepis na pyszną i okazałą tartę dyniową. Inspirował mnie ten z listopadowej Werandy Country, ale sobie go trochę pozmieniałam:) Smacznego!

- robimy kruche ciasto, a ja zawsze robię je według swojej receptury, a więc:
- po pierwsze zetrzeć na tarce o grubych oczkach margarynę 250g( ale lepiej masło wcześniej mocno schłodzone)
- po drugie dodać dwie szklanki mąki czubate i jedną szklankę cukru albo 3/4 szklanki, jak lubimy mniej słodkie ciasto
- dodać jedną łyżeczkę proszku do pieczenia
- dodać jedno jajko i szczyptę soli

Ciasto zagniatamy, można dodać łyżkę, dwie śmietany, jak się zagniatanie nie udaje, ewentualnie jeszcze jedno jajko. Chowamy do lodówki na pół godzinki, potem rozwałkowujemy na dno i boki naszej tarty. Kiedy ciasto się chłodzi robimy dyniowy krem.

- pieczemy dynię w piekarniku, obraną ze skórki, pozbawioną pestek i pokrojoną w plastry, pieczenie trwa około 20 minut

- miksujemy upieczoną dynię, ma wyjść około dwóch szklanek musu

- dodajemy pół puszki słodzonego mleka skondensowanego i pół szklanki brązowego cukru, dodając stopniowo cztery jajka miksujemy całość z dynią, przyprawiając połową łyżeczki cynamonu i połową łyżeczki kardamonu

- ubijamy 30% śmietankę (szklankę) i delikatnie, łyżką, mieszamy z masą dyniową. Mnie wyszło dość rzadkie, więc dodałam pół szklanki mąki pszennej, można ewentualnie budyń dodać. Masę wylewamy na ciasto i całość pieczemy 35 - 40 minut w 180 stopniach, w piekarniku wcześniej nienagrzanym. Zostawiamy w piekarniku po upieczeniu do całkowitego ostygnięcia. Smacznego - jest słodkie, pyszne, pachnie jesiennie cynamonem i ładnie rozgrzewa.


08 listopada 2014

Lawenda, wanilia, bazylia, czyli lifting kuchni.


Kuchenny lifting zakończony. Jest tak, jak chciałam - jasno, kolorowo, łagodnie. Duży zrobił kilka kuchennych zdjęć, więc mogę was zaprosić do oglądania przy okazji deszczowej soboty. Za oknem perłowa szarość mżawki, a w kuchni ciepło, pachnie dyniowa tarta, wesoło zielenią się zioła...


Meble są drewniane, malowane na kolor wanilii. Ściany to farba o nazwie Dryfujące Kry, ale mnie kojarzy się z lawendą i nic na to nie poradzę.



Mój ulubiony dzbanuszek do mleka:) W tle borówki z gruszkami czekają na przeprowadzkę do piwniczki.


Meble robił mój Miły, glazura też jest waniliowa. Zlew z granitalu, blaty czarne pod kolor zlewozmywaka. Bałam się tej czerni, ale wygląda pięknie, ładnie kontrastuje z meblami i glazurą i o dziwo wcale nie wprowadza do kuchni chłodu.


Śliczności szydełkowe od Agnieszki z Niebieskiej Chaty, serdecznie dziękuję:) Tej kropelki turkusu z czerwienią właśnie mi brakowało.


Pierwsze ciasto w odnowionej kuchni wyszło pysznie! Potem podepnę przepis;)

07 listopada 2014

Ja w sprawie misia.

Wczoraj, kiedy wracałam ze sklepu rowerem, a oczy rtęciowych lamp jarzyły się jak oczy nocy, wiatr był cieplutki, niemal letni. Listopadowy wieczór, od rzeki idzie ciemność, a tu taki ciepły wiatr, figlarny i wesoły... wspaniały prezent od jesieni.
W dzień siedemnaście stopni, muchy obudziły się i atakują bzykającą armadą, nasza kota wyciąga się na słońcu prawie jakby to sierpień złoty był, a nie szarooki listopad. Ale za to weselej przy takiej pogodzie, Mały wracał ze szkoły podśpiewując, a i ja mruczę pod nosem: a ziemia toczy, toczy, swój garb uroczy...
Kuchnia skończona, dzisiaj czeka mnie sprzątanie po remoncie i już się cieszę na pieczenie muffinek i szarlotki. Mam jabłka Cesarz Wilhelm, czerwone i piękne, będa jak znalazł.
Mały wczoraj sam, dobrowolnie odrabiał dodatkowe zadania domowe "dla chętnych". Przypomniało mi się, jak Duży kiedyś tylko patrzył na mnie spod grzywki i odburkiwał: to dla chętnych, a ja nie jestem chętny! Nie mam zamiaru być chętny!
Dzisiaj przeczytałam, że istnieje coś takiego jak kalendarz świąt nietypowych. Na przykład jest Dzień Latarni Morskiej, Dzień Grzyba i Dzień Czystych Okien. Zajrzałam w ten typowy kalendarz i oto 17 listopada ma być Dzień Studenta, w Andrzejki Dzień Podchorążego, a na Erazma i Katarzyny aż cztery święta: Dzień Kolejarza. Eliminacji Przemocy, Dzień Pluszowego Misia i Dzień Bez Futra. W związku z tym misiem mam problem, bo jak tak, misio bez futra, w dodatku pluszowy... listopad, zimno, a w dodatku takiego bezfutrowego misia to jak przytulać? Więc mam petycję w sprawie misia... żeby mu darować. Niefortunnie te święta się zbiegły bardzo.



Zainspirowana futrami, świętami i ideami postanowiłam przygotować kalendarz własnych świąt kalinowych. Na przykład dzisiaj jest Dzień Hurra Już Piątek i Dzień Cięcia Drzewa, jutro będzie Dzień Cudownej Soboty i Pierogów, potem Dzień Leniwej Niedzieli i Odwiedzin Krewnych... pomysłów mnóstwo, podpytam chłopaków, co by chcieli świętować. Na pewno powinien być gdzieś Dzień Kota i Królików. Dzień Wspinania się Na Drzewa. Kiedyś Średni domagał się Dnia Syna. Dzień Czarnej Porzeczki. Dzień Domowych Przetworów. Dzień Wrzosu. Dzień Ostatnich Malin...
Kończę, samo się nie sprzątnie:)
A na dobry dzień piosenka.





04 listopada 2014

Misja: mama.

Poranek, dzień jakikolwiek.

Punkt pierwszy misji. Robienie kanapek o szóstej rano. Dziesięć kanapek, trzeba pamiętać, że Średni woli pomidor od ogórka, a Duży odwrotnie, że Elf nie je masła, a lubi paprykę, a Mały lubi masełka dużo, ale papryki nie. Średni pije zieloną herbatę, parzoną w siateczkowym parzydełku, Mały kakao, a jeśli kakao i dla Średniego, to z cynamonem. Dużemu wszystko jedno, najpewniej i tak nie zdąży wypić tego, co mu zrobię. Ale przynajmniej dogonię go z kanapkami, jeśli zapomni i zawsze mogę spróbować wcisnąć mu szalik i czapkę. Której i tak nie weźmie, więc będę patrzyć między jaśminem, jak wiatr wichrzy jego brązową czuprynę i wiem na pewno, że zmarznie w te szczupłe, za szczupłe dłonie pianisty, bo rękawiczki zostały pod lustrem, obok tomiku Różewicza.



Punkt drugi misji: pożywne śniadanko. Nie wiem czemu zamiast mojej owsianki wolą chrupki z mlekiem, ale próbuję dorzucić jeszcze omlety, smażone na puszysto, koniecznie z bitą, 30% śmietanką. Może banan, może kakao, kawa inka. Sok pomarańczowy do szkoły, po dwie kanapki na głowę na drugie śniadanko, dzisiaj były z awokado, pomidorkiem i kiszonym ogórkiem. Kiedy zmywam kubki po śniadaniu, słyszę uruchamiany przez Miłego samochód i zgrzyt otwieranej przez Średniaczka bramy. Zanim Miły wróci, zdążę jeszcze nakarmić króliki, kota, pozmywać, postawić wodę na herbatę, włączyć pralkę i posłać łóżko. Zaczyna się moja najmilsza pora, poranek.

Wędruję po domu, podśpiewując kawałki z musicali...

Jak co dnia budzi się miasteczko,
świtu blask z powiek kradnie sen.
Jak co dnia wszyscy ludzie rześko,
wstają tu, by rzec:

-Bonjour!

... i zbierając Zagubione Skarpety. Ho ho, ileż skarpet odnajduje się tu i tam! Kto by pomyślał, poza pokręconym umysłem mamy na misji, że skarpety mogą być nie tylko pod łóżkiem, w nogawkach dżinsów, pod kapą, poszewką, na fotelu, pod pufem, ale i za komputerem a nawet w pudle z zabawkami i kolekcją smoków!
Skarpety idę się pierzyć - to nasz domowy slang, wziął się STĄD. One się pierzą, a ja wietrzę pokoje, zmieniam pościel, żeby było świeżo i przyjemnie, ustawiam książki, podnoszę słuchawki, pendrivy, na ostatnim schodku na górze przysiadam i patrzę przez połaciowe okno na naszego koreańczyka- wystrzelił już ponad dom, a tak niedawno był jeszcze malutki... Czemu drzewa i dzieci rosną tak szybko, a my zostajemy same w posprzątanych pokojach naszego życia? Troszkę wzdycham komicznie nad sobą i swoim lękiem separacyjnym, potem idę wypić bawarkę i pocieszyć się wafelkiem Góralki.


Punkt misji kolejny: smaczny obiad. Pomidorowa z zacierką, warzywka swoje, ze wsi, marchewka  piękna jak malowanie, na drugie szpinak z marchewka w śmietanowym sosie, ziemniaczki, surówka z rzodkwi. Kiedy wpadają ze szkoły z okrzykiem: co jest do jedzenia? wydaje się, że cała kuchnia się cieszy, pobrzękują z zadowoleniem pucate talerze, każda filiżanka kręci zalotnie uszkiem.
A to dopiero połowa dnia. Jeszcze podwieczorek, kolacja, odrabianie lekcji, gdzie muszę zastanawiać się nad wydobyciem kamiennego węgla w Polsce i nad gatunkami ptaków chronionych. I jeszcze porady psychologiczne. I wysłuchanie wiersza Małego: kiciusi, milusi, tak bardzo mięciusi jest tylko nasz kot! Ładny wiersz napisałem, mamo?
I jeszcze muszę popatrzeć jak Mały urządza simsom mieszkanie i trenuje koty w łowiectwie - gra w Zwierzaki. I jeszcze wyciągam Idzie niebo ciemną nocą, żeby poczytać mu wieczorem. Dwie zawartości pralki idą na sznur, dwie inne, pachnące wiatrem, jesienią, chłodem i lasem przynoszę z ogrodu. Ach te sznury prania - zawsze przypomina mi się Lundkvist: poezja to sznur do bielizny rozpięty między latarnią morską i drzewem wiśniowym. 
Lubię suszyć pranie na dworze, lubię przewiane wiatrem od puszczy prześcieradła. Te przewiane wiosennym zefirkiem, lecącym znad łąk pełnych mleczy, i te przewiane letnim, gorącym wietrzykiem, niosącym woń żywicy, suszącego się siana i klekot bociani. I te wiatry jesienne, grzybne, chłodne, oddychające pełną piersią. I lubię nawet, jak mi pościel marznie na dworze, na świeżym, skrzypiącym mroziku.



Lubię misję bycia mamą, ogarnianie domu, poczucie, że świat układa się pod moimi palcami jak czcionki drukarza, i oto składa się tekst domowo- ogrodowego palimpsestu, gdzie spod słów o dzieciach, cieple i miłości wyłania się jasna, spokojna strofa bardziej ulotnego szczęścia, metafizyka głębsza niż wytarte slogany o poświęceniu. Nigdy nie znużone schody, którymi wstępuje się na górę, do pokojów dzieci, są przecież schodami ab aeterno, a czułość, z jaką traktujemy bliskie osoby, zwierzęta, przedmioty czy książki nigdy nie pyta o nagrodę, bo nagrodą jest samo istnienie tychże. Dziękuję, że są, że mam komu zrobić śniadanie, mam komu zanieść ostrożnie miseczkę pełną mleka nowego świtu. Mam dla kogo napisać te słowa, ogarnąć ich tymi słowami i poczuć się częścią większego sensu, niemożliwego do nazwania, tak jak słowo CHLEB nie wyjaśnia smaku, zapachu, chrupkiej złocistości skórki i uśmiechu, z jakim Mały rozpromienia się na widok pajdki z miodem, a ja jestem szczęśliwa:)

I takie to eseisko napisało mi się niechcący.


02 listopada 2014

Dwa Listopady, Inka Machulkova i Kota Jesienna.


Coś bardziej jesiennego, niż czytanie w listopadzie "Doliny Muminków w listopadzie"? Prawie tak jesienne, jak czytanie Jesienina "Осень"? Tak, to czytanie Frantiska Listopada w listopadzie. Popijając zbożową kawę z ładnej filiżanki, patrząc za gałązki jaśminu za oknem staram się sobie przypomnieć, gdzie pierwszy raz przeczytałam jego wiersze? Czy była to czytelnia Książnicy Podlaskiej, pełna uroczystej ciszy, pąsowych aksamitów, szelestu kruchych stron pod złotymi aniołami lamp? Czy szklana, nowoczesna sala warszawskiego BUW - u, a może Czuły Barbarzyńca, a może Tarabuk, a może inny, zagubiony w jesieni antykwariat? Nie pamiętam. Ale pamiętam wers, który sprawił, że zatrzymałam się nad stroną...

Już nie chcesz ciemnego miodu, Antygono?


To były chyba te czasy, gdy zakochałam się w Demlu, Machulkovej, Volkovej... czytałam czeską poezję i zapadłam w ten ciemny, pachnący miodem i tajemnicą świat po uszy. I oto Frantisek Listopad, o nazwisku jak jesienna poezja, pojawia się w moim życiu z tym magicznym wersetem:

Już nie chcesz ciemnego miodu, Antygono?


Musiałam czytać dalej, Musiałam, bo każde słowo było jak gemma, idealnie wyważone, idealnie wysmakowane, pełne obiecujących zagadek:)


Już nie chcesz ciemnego miodu, Antygono?
Miodu, który przyniosła ci piastunka z gór?
Już nie podnosisz piskląt, co wypadły z gniazd?
(...)
Już nie gawędzisz z rybakami, z palcem na ustach?
Już nie pytasz słońca o południe?
Już nie złocisz obłych kamieni małymi pędzelkami?
Już nie suszysz owczej wełny przy dźwiękach fletu?


O, jaki smakowity wiersz. Długi, za długi, by go tu przepisać z mojego niebieskiego kajetu. Ale mam drugi, kadr pięknych słów, zatrzymanych w przebłysku:

Od czasu, gdy się nie widzieliśmy, piłem długą wodę
Od czasu, kiedy nie rozmawialiśmy, myłem się czarnym mlekiem.
Od czasu, kiedy nie śpiewałaś...

Myślałam o Frantisku Listopadzie, wracając dzisiaj ze spaceru i fotografując zasypiający ogród. Te dwa słowa, tak idealnie opisujące listopad - już nie. Spróbuję pomyśleć o ogrodzie, jak Frantisek. Co mi wyjdzie?

Już nie powędruję wysokimi trawami, bosostopa.
Już nie przyniosę do wazonu ściętych o poranku róż.
Już nie posmakuję malin z maliniaka pod brzozami,
już nie zasłucham się w słowika gdy noc przyjdzie, cichopalca...

Przyszedł listopad, król brązów, sennego zamglenia, rozkrwawionego głogu i berberysu, w wieńcu z suchych, chmielowych szyszek. Teraz ogród zaśnie na kilka miesięcy, a potem dopiero marzec lub kwiecień wyzłoci go na nowo obłymi pędzelkami, jak Antygona swoje kamienie, a my będziemy spokojnie czekać, ukryci w radościach zimy jak róże pod stroiszem. A tymczasem warto choćby na jesień poczytać czeskich poetów, na przykład taką cudowną Inkę Machulkovą:

Na trzech pagórkach leży moje lato
na tym na przeciw jest biały dworek
Na czwartym pagórku jesień.
Panie Boże wieczornych ulic,
nie opuszczaj tego października.

A na jesienny uśmiech wylegująca się Kota Jesienna. Porzuciła lalki na rzecz owczej skórki, chytruska.