28 grudnia 2016

Oskoma

Nie mam żadnych postanowień na nowy rok.
Był czas, że jeszcze w końcu starego kupowałam motywacyjny kalendarz, przemeblowywałam szafę, myśli, robiłam ambitne plany. od paru lat przechodzę sobie przez tę graniczną noc jak przez strumień na łące, na bosaka i bez lęków. Teraz, po Świętach mam jeszcze kilka wolnych dni, piszę sobie leniwie teksty piosenek, jem pomarańcze, słucham muzyki, popatruję za okno, na deszcz na jaśminie. Odpoczywam, zgodnie z sugestią Puchatka.
Z wami mogłem robić wszystko, ale tylko z Krzysiem mogłem robić nic. 
Robienie nic jest przyjemne. Owszem, są ubrania do złożenia, nawet spiżarnia do sprzątnięcia, jest mnóstwo prac od koniecznych - prasowanie, po przyjemne i dodatkowe - planowanie ogrodu, ale akurat teraz jest kilka dni, w których robię nic, reperując psychikę. Było ciężko w pracy ostatnio, dużo wielkich smutków małych ludzi, dużo stresów, pracy na kalinowej głowie, apeli, jasełek, zbiórek pieniędzy, sprawdzania klasówek, potem smażenia ryby, polerowania brzuchatych wazonów. Potem z dzwonkami i śmiechem przetoczyły się Święta, a teraz jest cisza, jedzenie do dojadania, deszcz za oknem, cisza i brak postanowień.
Zamiast postanowień mam rozmaite oskomy. To słowo zupełnie zapomniane, jak "obrządek" z Małego Księcia.
Oskoma - «wielka ochota na coś» 
Mam oskomę na światło. Na jasne ubrania. Na picie wody i naszyjniki z zielonym kamieniem. Mam oskomę na czytanie, pisanie, na opowieści i pogawędki. Oskomę na fotel na krzywych nóżkach, najlepiej lawendowy lub błękitny. Na naczynia w kropki.
Na nowy warzywniak.
Na odwiedzenie przyjaciół. Na uśmiech.
Oskomę na więcej spacerów, wiosnę, ruch, zapachy. Pieczenie makaroników. Na obrazek z ptasim gniazdem. Wiersze Barańczaka.
Oskomy nie wymagają zażenowania, gdy się ich nie uda skubnąć i spełnić. Oskoma czeka, jest apetytem, chętką, nakierowującą nas na cel jak smużka zapachu nakierowywała zawsze bohaterów bajek na ciasto na parapecie.
Będe dryfować w tę stronę, a może i coś skubnę.
Na początek wystarczy Barańczak i czerwony dzbanuszek.





Już wkrótce wezmę się za siebie, wezmę
się w garść, zrobię porządek w szufladzie,
przemyślę wszystko do końca, zaplombuję zęby,
uzupełnię luki w wykształceniu, zacznę
gimnastykować się co rano, w słowniku
sprawdzę kilka słów, których znaczenie jest dla mnie wciąż niejasne,
więcej spacerów z dziećmi, regularny
tryb życia, odpisywać na listy, pić mleko,
nie rozpraszać się, więcej pracy nad sobą, w ogóle
być sobą, być wreszcie bardziej
sobą

ale właściwie jak to zrobić, skoro
już,
i to od tak dawna, tak bardzo
nim jestem

Stanisław Barańczak

26 grudnia 2016

Sztuka szczęścia

Drożdżowe bubliczki udały się Mamie pysznie. Farsz z kapustą i grzybami jest w sam raz, pachnący kminkiem, delikatnie pikantny, kwaśnawy. Podjadam je bez wyrzutów sumienia, patrząc, jak chłopaki celebrują świąteczną mnogość braterską,  przewracając się po dywanach, boksując kuksańcami i rzucając cytatami, za którymi nie nadążam. Dopiero co skończyliśmy śpiewać kolędy, wszyscy rozpakowali swoje książki - dostałam duńską sztukę szczęścia i powieść Anthonego Doerra. Stwierdziłam po łakomym przejrzeniu, że coś w rodzaju własnej wersji sztuki szczęścia to ja uprawiam od lat. Bardzo pasuje. Ale doczytam po świętach, powolutku i zdam relację.
Lubię budzącą się czułość, gdy towarzystwo poubierało się w dostane szlafroki/kapcie/swetry, gdy zostają wyciągnięte planszówki, gdy zalega się w stosach papierów od prezentów, podjadając orzeszki, a choinka pachnie. Wszyscy w domu. Niesamowite, wypełniające serce uczucie. Wszyscy w domu.
I puste miejsca. Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat...
Zmywarka szumi, skromnie wykonując galerniczą pracę. Makowca i sernika jest jeszcze dużo.
W ciemnej szybie odbija się kolorowy kontur rozświetlonego drzewka, zza lasu i brzóz leci zimny wiatr- wielkie płaty śniegu wczoraj dryfowały nad podwórzem, ale szybko spędził je marznący deszcz. Modlitwa nad stołem. A z narodzeniem Pana Jezusa było tak. Czytanie z Łukasza, oczy zatrzymują się na jedlinowym stroiku, na anielskim skrzydle. Cały świat świętuje Jego urodziny. Jakie to zaskakujące, co rok. Że jednak, mimo wszystko.
Lubię te zamyślenia, śmiech dzieci potem, smak maku i ciemność wigilijnej nocy.
I dzwonki Bożego narodzenia rano, falalalaa, wesołych, wesołych!
Lubię świąteczny kompot, podpijamy go i na drugi dzień, kiedy goście zbierają się do wyjazdu - zabrałaś prezenty - czekaj, tu płyta z filmem - weźcie na drogę pierogis - czyj szalik został na fotelu?
Frank Sinatra na zmianę z Rachel Yamagata, jedenaście par butów w korytarzu, kolędnicy z gwiazdą.
Wesołych wszystkim, serdecznych, pełnych wzruszeń.
Wszystkim.

 
 






20 grudnia 2016

A na Podlasiu idą święta



Ostatnie dzwoneczki jasełek w szkole wybrzmiały wczoraj, zamykając pracowite tygodnie. Mały z powagą odegrał jednego z trzech króli i żeby tradycji stało się zadość - zapomniał na występ złota. Złoto owo miał wręczać Dzieciątku, a szybka akcja ratownicza z udziałem nauczyciela wf pozwoliła zdobyć z gabloty puchar za biegi przełajowe, całkiem złoty. Tak więc król Kacper wręczył Dzieciątku  puchar, publiczność nic nie zauważyła, albo uznała, że w dzisiejszych, ciężkich czasach taki dar z życzeniem szybkich nóg jest jak najbardziej na miejscu - a mama Kalina ze wzruszeniem robiła zdjęcia.
Anioły miały skrzydła z waty, a diabeł zapomniał rogów.
Było pięknie, dziecinnymi głosami śpiewane kolędy brzmią dla mnie zawsze najlepiej.
Przez szkołę przeszedł też Mikołaj, częstując cukierkami. Jeszcze w czwartek wigilia klasowa i już można będzie oddać się upojnym, przedświątecznym pracom.

Na ryneczku we wtorek turkoczą wozy, drepczą babuszki, dźwigające kapustę i suchy chleb. W sklepach są chińskie Mikołaje, plastikowe bombki i rozmaite okropności, ale w tym czasie jestem bardzo pokojowo nastawiona i nawet mnie bawią mechaniczne dźwięki  jingle bell.
Tradycyjnie tęsknimy w domu za innymi ozdobami, więc mam białe hiacynty, dzisiaj idę do nich po mech do koszyczka, mamy szydełkowe gwiazdki, koraliki i szklane bombki. Lubię choinkę ubraną na pstro, więc będzie u nas swojski chaos. Słomiane ludki obok złotych bombek i papierowych wytworów Małego. I zieleń, i biel, i aniołki gipsowe.


Im człowiek mniejszy, tym Boże Narodzenie większe.
Patrzę w oczy dzieci i uczę się tego - widzieć Boga na sianie i poza blichtrem natrętnych reklam.
Śniegu nie mamy, stopniał. Niebo jest siwe od chmur, od lasu idzie wiatr. Na pola wychodzą sarny i żubry, ostatnio dwa wędrowały po okolicy. Kot nam się wygrubasił i głównie śpi. Czekam na wolne dni jak na zbawienie, tęskniąc za choćby śniadaniem jedzonym o 9 rano, a nie o 6, przy ciemności popatrującej zza okna.


Miły przywiózł mi z podróży nowe nabytki z pchlego targu, do kolekcji porcelany. Zajęły honorowe miejsca na ścianie i połeczce:)



Idą Święta - w chustach babć, w swojskiej gwarze, w kiszeniu barszczu, robieniu pierników i kutii.
Pewnie każda część Polski ma swoje potrawy, u nas nie ma wigilii bez grzybowego barszczu i bubliczków, ryby po grecku, kutii robionej na jeżyka, z ciastkami.
Choinkę wytniemy z własnego lasu, za domem, jak w zeszłym roku, pójdzie cała wyprawa - Duży z siekierą, reszta nas jako towarzystwo do wybierania, kręcenia nosem na wielkośc i kształt i śmiechu.
Czekam, czekam, regenerując siły w zmęczonym sercu. Czekam na przełamanie się tej linii, dzielącej zwyczajność od niezwyczajności, na pomieszanie się obu światów i błogi odpoczynek.
Idą kalady, idą.


09 grudnia 2016

Syzyf i jego historia

Ciemno, zimnawo, wietrznie, Buka gdzieś tam swoimi halkami zimę przywiewa, wędrując na krawędzi lasu i nocy.
A ja czytam uczniowskie, serdeczną krwią pisane wypociny o królu Syzyfie.  Jedenastolatku. Opowiedz swoimi słowami historię Syzyfa.
 Biedny Syzyf gdzieś tam na obłoku oczy zasłonił ręką i jęczy boleśnie. A może się uśmiecha - nie wiem. Ja się uśmiecham.
Mali wędrowcy po krainie mitów zabłądzili bowiem w takie rejony, że słów brakuje. Więc oddaję im głos. Cytuję z oryginału, bez znieczulenia ortograficznego. Rysunek adekwatny A. Mleczko.



Pewnego razu król Koryntu Syzyf wybrał się do Zeusa na Olimp w gości.  Raz usłyszał kłótnie Zeusa i Hery. Pomyślał, że to dobry temat i sprzedał wszystkim tajemnicę.  Gdy Zeus dowiedział się, że każdy zna jego tajemnice to rozkazał Syzyfa na kare śmierci.

*
Pewnego dnia Syzyf umarł, poprosił żony, żeby jego nie chowała, ale pozostawiła pod murem. Trafił do Królestwa Hadesu. Strasznie rozpaczał, bo nie chciał, żeby żona dała mu obol teraz nie ma jak zapłacić, Hades gdy to usłyszał, postanowił, że go odeśle na ziemię. Hades go odesłał z Tychanosem.

*
Musiał toczyć kamień po górze, która jak ją zaciągnie na górę się staczała spowrotem na dół.

*
Chytry król nakazał małżonce aby nie wkładała mu obola do buzi.

*
Syzyf przez całe życie musiał toczyć wielką kulę, która nigdy się nie da wepchnąć na górkę.

*
Syzyw wyszedł na wolność zamkną Śmierć w szczelnej celi. Hades zorientował się, że nie przybywa mu zmarłych.  Najpierw zabił Syzywa i cały zamek oraz cały świat.

*
Pewnego czasu Syzyf wypaplał pewnął tajemnice. Dostał karę śmierci poprosił żonę żeby go nie pochowała. Jego ciało leżało na ziemi a dusza w Hadesie.

*

Gdy ktoś umarł w Grecji trzeba było wsadzić do ust monete. Toł monetoł trzeba było zapłacić rzeby przepłynąć. Płaciło się i zabierali ich dusze ile zmieściłoł się na łudkę.

*

Przed śmiercią powiedział dla swojej żonie żeby jego nie pogżebać ani włożyć do buzi piniąszka. Jak Syzyf się obudził w Hadesie i zaczął jękać aż Hades przyszedł i zawołał duszka śmierci i wyszedli na powierzchnię.

*

Syzys zabił Zeusa i miał ucztę.

*

Zeus zabił Zeusa i miał karę wniesienia kamienia na gurę ale to była duża gura i kula się ciągle spadała i Zeus nakazał robić to bez męczenia i bez picia i jedzenia.

30 listopada 2016

Zawisza Czarny, śnieg, zimno, ciastka z lemon curdem

Wczoraj Mały przyniósł ze szkoły opowieść.
- A wiesz, mamo, była kartkówka z przyrody i trzeba było podpisywać obrazki, jakie na nich jest zwierzę. I Kuba, wiesz który, napisał pod obrazkiem salamandry Zawisza Czarny zamiast salamandra plamista.

Zrobił  mi tą opowieścią dwa dni uśmiechu. No co, nazwa dwuczłonowa, mogło się dziecko pomylić.
Zresztą przyroda jest po historii.

Sama się czuję jak ta salamandra, co musi być Zawiszą. Trochę za bardzo zabiegana, zresztą widać.  Śnieg u nas, drogi błyszczą, co solą nie sypią, piaskiem tez zresztą. Dzieciaki mają frajdę,bo mamusie ciągną je sankami do szkoły. Chodniki też nieodśnieżone, można ciągnąć. W nocy mróz, niebo roziskrzone, minus dziesięć. Wracałam po 16 z pracy, już ciemno, śnieg wirował, światła latarni się skrzyły jak zimowa bajka.
Zmobilizowałam się, aby zrobić lemon curd i podjadamy naleśniki i ciastka z tym cytrynowym kremem. W kuchni powiesiłam pierwsze zimowe ozdoby pod żyrandolem, papierowe gwiazdy śniegowe. To już grudzień, to już odliczanie dni do Świąt. Tęsknię za ram pam pam pam, za dzwoneczkami, za kwiatami z mrozu na szybach.
Tulimy się w cieple, czytamy, oglądamy filmy, pijemy herbatę. Nie jestem teraz ani silna, ani dzielna, zazdroszczę śpiącym na zimę niedźwiedziom i kotu, zwiniętemu przy kaloryferze. Ale ciągle mnie cieszy ten czas, tak urokliwy, ciągle mnie bawi ślizganie się na podeszwach, gdy o mrocznym poranku po siódmej wędrujemy z małym dwa kilometry do szkoły. Widać nigdy nie wyrasta się z bycia dzieckiem zimą:)




12 listopada 2016

Pierwszy śnieg



Tak pobielał nam świat. Pierwszy śnieg spadł nagle, w nocy, cicho, cichusieńko, rano ukazując świat narnijski, obcy i uroczysty. W końcu nadeszła ta pora, którą kochała Too Tiki i którą trzeba przejść samemu i zrozumieć samemu. 

 

Może teraz zwolni kołowrotek czasu i będzie wolniej, spokojniej, ciszej? Ogród zaorany śpi pod śniegową pierzyną. W szklarni przesadzony jarmuż i pietruszka na zimę, szklarenka pod puchem. Jemy pieczone bataty z czosnkiem i rozmarynem, pijemy gorący barszcz. Teraz chce się jeść coś gorącego, wonnego, grzejącego serce. Piec pohukuje wesoło, zwozi się drzewo do piwnicy. Przed nami kilka miesięcy palenia, niestety. Tęsknię za ścianówką kaflową, może kiedyś taką sobie wybudujemy, z leżanką, by grzać się wieczorami. Dokarmiamy sikorki, wróciło znajome, kolorowe stadko.
Mały ulepił pierwszego bałwana, wytarzał się , wymoczył dokładnie. Pod kaloryferem grzeją się buty i susza spodnie narciarskie. Pełnia szczęścia. Pod szkołą rozegrała się regularna bitwa śnieżna.
Zima na wsi jest bardzo biała, w mieście tego nie widzę tak bardzo. Kto tam po chodniku ciągnie malucha na sankach...
Siedzę przy oknie, patrząc na sikorki tańcujące po gałązkach jaśminu wokół karmnika i na wróble, stroszące się jak okrągłe, pierzaste kulki. Jakoś tak spokojnie i cicho. Pora wyciągnąć "Zimę Muminków."

-Widzisz - powiedziała - tyle jest tego, co nie znajduje sobie miejsca ani latem, ani jesienią, ani na wiosnę. To wszystko, co jest nieśmiałe i zagubione. Niektóre rodzaje nocnych zwierząt i tacy, którzy nigdzie nie pasują i w których nikt nie wierzy... Trzymają się na uboczu cały rok. A potem kiedy jest spokojnie i biało i kiedy noce stają się długie, a wszyscy posnęli snem zimowym - wtedy wychodzą.





04 listopada 2016

Zapomniane cmentarze

Kończę z uczniami trzymiesięczny projekt edukacyjny, w którym wędrujemy śladami historii po kalinowych cmentarzach. Jest ich u nas cztery, każdy inny: katolicki, prawosławny, unicki i żydowski. Z uporem godnym lepszej sprawy zaganiam dzieciaki i chodzimy tam, gdzie na pozór, nic ciekawego. A przecież, to ma sens. życie buduje się z historii ludzi, a nasze miasteczko, ponad pięćsetletnie, ma tej historii tyle, ile liści napadało teraz z jesionów przed cmentarną bramą.

Na cmentarzu katolickim odkryliśmy stare jodły, które leśniczy posadził na grobie swego dziesięcioletniego syna. Kościelny opowiedział, że cała klasa była na pogrzebie. Historia druga: człowiek, który oborywał wołami cmentarz, przed postawieniem muru, świeżo po założeniu, ponoć zginął tragicznie przy wydobywaniu gliny i był pierwszym tu pochowanym. Opowiadał nam kościelny, miejscową gwarą, zaciągając z lekka, prowadząc od grobu do grobu, sam już wiekowy, snując te historie jak mgły wokół rzeki, przez którą jechaliśmy w stronę leśnego cmentarza.  Opowieści, energia wymiany opowieści, jak pisała Maria Janion, jedna z najpotężniejszych sił na świecie.
Były tam jeszcze inne opowieści, te bez słów. Opowieści rzeczy, trwalszych niż ludzie. Kamienia, metalu, rdzy, liści i deszczu. Ciszy w koronach sosen. Do zadumania.










A tu zapomniane macewy, w sosnowym lesie za miasteczkiem.