10 marca 2019

Marcowe kwiaty, krówki i pasta z suszonych śliwek

Za oknem mieliśmy dzisiaj śnieg, na termometrze plus dwa, wiatr taki,że znika nam prąd co kilka minut. Dlatego w celu podniesienia domowego morale robimy dzisiaj domowe krówki.
Przepis wynalazł Średni. Gotowałam trochę za krótko i wyszły lekko ciągnące się, zamiast kruche. Ale pyszne.




 

 




 Niech tam sobie wieje od lasu, od pola, od łęgów, gdzie już gęsi zdążyły dolecieć i teraz marzną.  My mamy krówki. Miły widział nawet pierwszego podlaskiego bociana! Czyli tak, to już.Wiosna powinna u nas przybywać w ciepłym kubraku i walonkach, nie pantofelkach.  Przynajmniej w marcu:)

Pocieszamy się tulipanami.





 I pastą z suszonych śliwek i pomidorów, na grzanki, przepis Jadłonomii.




 I czekamy, na tę prawdziwą, bez kubraka i walonek. Na ciepły wiatr i pierwszego żółtego motyla.


05 marca 2019

Kiedyś to były zimy!

Poranek, ciemniutki, senny, szóstej nie ma, stoimy pod sklepem - jeszcze zamknięty, otwierają o szóstej właśnie. Stoje ja i dwóch panów, w tym jeden taki mocno leciwy, pomarszczony, zażywny, nerwowy.
- Zamknięte jeszcze? - pytam,bardziej w celu powitania, bo widzę, że zamknięte.
- Ano, zamknięte. Czasem nawet i po szóstej otwierają - oznajmia starszy pan, mocniej zaciskając poły kurtki. Wieje.
- Wieje. Zimno - wtrąca się do rozmowy trzeci poranny klient. - Wiadomo, jeszcze zima!
- A co to za zima... kiedyś to były zimy! - oznajmia staruszek z goryczą, ale i dumą, jakby on sam był twórcą tych wszystkich wspaniałych zim, które przebiegły mu przed oczyma. I nam.
- Ale za to jak zima taka słaba, to wiosna lepsza będzie! - szuka pozytywnych stron w tej zimowej melancholii Trzeci.
Ale staruszek się nie poddaje. Macha ręką i patrzy na nas zwycięsko.
- Co to za wiosna, panie! Kiedyś to były wiosny!

I w tym momencie nieśmiała panienka otwiera sklep i staruszek w triumfie wchodzi pierwszy.
 Szach mat.






Jakby ktoś tęsknił za wiosną, to u nas pomidory już posiane. Kot filozoficznie pogodzony z każdym rodzajem wiosen i zim. A ja mam przez te wiosny i zimy niegdysiejsze uśmiech od rana:)

01 marca 2019

Halo, marcu!

 

Ta dam, oto jest, oto jest. Zaczął się marzec. Otwieram go ty wpisem jak śliczną, wiosenną szkatułkę, to nic, że za oknem szaro, buro, plus jeden, wiatr i chmury jak siwe spódnice pani Zimy. Żurawie już do nas przyleciały i gęsi. Przebiśniegi mają białe pączki. Kurdybanek wyjrzał. Kury Basi znowu się dobrze niosą i tygodniowo dostajemy cztery kilo pysznych jajek. A Miły kupił mi cytrynowe drzewko i złoty kolor rozwesela nam w kuchni chmurne ranki.


 

Mam już ziemię, doniczki i nasiona, w sobotę zacznę wiosenne sianie, czeka na uporządkowanie szklarnia i do ziemi pójdzie rzodkiewka i sałata. Nawet nie wiecie, jak mi tęskno, żeby zanurzyć ręce w ziemi. Nałożyć moje gumowce w kogutki. ..
Póki co, halo, marcu, przywitałam się, to biegnę do pracy. Piątek jest u nas zawsze bardzo zajęty, ale sobota - jutro - będę cały dzień w domu. Good morning, good moooooorning, śpiewałoby się z Debbie:)


Chlebek bezglutenowy - na mące ryżowej. 





A to dzieńdobrowa piosenka.





21 lutego 2019

Najprostsze piękno





Takie łagodne, delikatne i skromne. Pierwsze bazie.

 Nie aspirują do miana gwiazd ugoru za lasem, trzeba podejść blisko, by je zobaczyć na tle ciemnej zieleni sosen, wysuwające się nieśmiało z osłonek brązowych łupinek. Jeszcze bez brzęczenia pszczół, jeszcze zmarznięte, jeszcze przewiane wiatrem. Pachnie zimą, śniegiem i przymrozkiem, a one już są. Zabieram kilka gałązek do domu, stawiam w siwaku. Bądźcie. Pokazujcie, że wszystko ma swój czas i że nadejdzie i wiosna, ale swoim rytmem, swoim krokiem, powolutku.
Schludne bazie, mali koloniści wiosny. Ubrane w barwy lnu i ziemi. 


Pierwsze listki przebiśniegów. Jeszcze nawet kwiatków nie ma. Ani jednego dzwoneczka, wabiącego słońce i pierwsze motyle. Chłód, sepia, brązy, a w tym to zielone, maleńkie piękno. Taki wielki dar dla stęsknionego za wiosną serca. Tacy mądrzy nauczyciele oczekiwania.


15 lutego 2019

Odsłonięte serce

Jak to jest, że odkąd dzieci są na świecie, serce zostaje już na zawsze jakieś inne, podzielone, dotknięte dziwną miękkością,  odsłonięte jak brzuszek jeża? Najpierw nosisz i tulisz, i ważne są wszystkie nocne poruszenia, płacze, świat herbatek z koperku, gryzaków, które zgubiły się między zabawkami, pierwsze rozbite kolano, pierwszy krok, pierwszy ząb. A potem coraz bardziej. I bardziej. Siedzimy nad zeszytami, szyjemy stroje druidów na bal przebierańców, płaczemy razem nad zadaniami z treścią, kupujemy garnitur na studniówkę, zdajemy matury,  brakuje tchu, gdy oni mówią tak chcę, swojej dziewczynie, żonie, wyzwaniom, światu, wszystkim strasznym niebezpieczeństwom,  na które nic nie mogę poradzić, PIT - om, podejrzanym stancjom, złamanemu sercu, podatkom, kolejnym wiosnom, cudowi każdego oddechu. Życiu. 

Więc tak  to jest, myślę, oglądając stare zdjęcia. Więc tak  to jest być rodzicem, dostać bilet na tę niesamowitą planetę RODZIC  tylko w jedną stronę, bo nawet przez myśl nie przejdzie, że można by inaczej - nigdy, skąd, to najwspanialsze, co nam się w życiu trafiło, ten cud. To naruszone w posadach serce, to nasłuchiwanie  oddechu w nocy, poprawianie na nich skotłowanego koca, podnoszenie skarpet, tomiku wierszy, telefonu, zawijanie kanapki, opieranie policzka o gorące czoło...

Jak was  nie ma wchodzę do pokojowych królestw, patrzę na dyplomy, medale Najlepszy łucznik obóz w Grójcu, robota z klocków, reprodukcję Botticellego, gitarę, stare książki - i wtedy czuję to  swoje odsłonięte serce tak mocno. Mocniej niż to, jak wiruje planeta pod stopami. Mocniej niż cała ja. 
I mam ochotę robić na zawsze malinowe bułeczki, owsiankę i pierogi. I uściskać. I nigdy nie puścić. I  jednak pozwolić odchodzić, bo tak być musi. I zostawać tu, między dyplomem łucznika a zapomnianą znowu przez Małego kanapką. Kiedy odchodzicie pozostając przecież cały czas. Tyle wam powiem na te walentynki.


Najszczęśliwsza na świecie wasza mama.



09 lutego 2019

O czekaniu, nasionach karczocha i lutym, który ma swój czas



Po urodzinach. Róże nadal pachną, tulipany nadal bielą się jak spódniczki tancerek Degasa. Niby nadal jest luty, niby nadal za oknem śnieg, ale słońce jest już zupełnie inne. Jaśniejsze, żwawsze, w dzień figluje z roztopami, przywabia wróble, ścieka kroplami z dachu, skrzy się w topniejących kałużach. Nocą przymarza wszystko, a w dzień znowu - słońce, figle i przeczucie, że coraz bliżej... wiecie co!


Taki zjedliśmy torcik lodowy.

 

A taki widok mam do śniadania, o poranku już nie szarym, ale całkiem jasnym - dzień dłuższy o godzine i pięćdziesiąt minut. Ile rzeczy można zrobić z godziną i pięćdziesięcioma minutami!
Wypić z Małym herbatę i rozmawiać o pszczołach.
Posłuchać muzyki, iść na spacer, czytać. Oglądać pomidorkowe nasiona - tak, już są, już czekają, pokaże następnym razem. Przywiozłam sobie też z ferii nasiona kolorowych marchewek, kolorowej botwinki i karczocha. Nigdy dotąd nie siałam karczocha, musze doczytać, jak i kiedy. Ktoś się podzieli dobrymi radami, jak wyhodować choć jednego?


Kot jeszcze w zimowym futrze i zimowym nastroju. Niewzruszony moim przeglądaniem nasion, żonkilami kiełkującymi w doniczkach i pierwszymi baziami na mojej starej  iwie, która spróchniała i pękła, ale na koronie bazie rozwijają się w najlepsze. Uczy cierpliwości - zima też ma swój czas, musi dojrzeć, dopełnić się, doczekać swego końca.



Nadal czekamy więc - ale kto zabroni marzyć? Tak więc już niedługo!


05 lutego 2019

Powroty i urodziny Kaliny

Jestem, wróciłam, ogarniam mały, domowy świat i większy, w pracy. I znowu machnął mi cały rok, przegalopował jak rącza łania - ha, po czterdziestce coraz bardziej rącza!
Ale zwyczajnie się cieszę. Że idzie nowa wiosna i już zamawiam nasionka pomidorów, i marze o ostrózkach i malwach, o tulipanach i  przyjemnym, powolnym nadchodzeniu tego, co nieuniknione.
Celebruję jeszcze lutowe  mrozy i śnieg, karmię ptaki, owijam się w swetry, ale pozwalam sobie już na tulipany i wesołą zieleń w kuchni, żeby sercu cieplej było. Pozdrawiam wszystkich podczytywaczy, wracam z opisywaniem, czytaniem wierszy Tomasza Różyckiego - teraz właśnie, przepiękne!

"Gdzie to się podziało? No bo gdzie się podziewają wszystkie stare czapki? I stare kolejki? Stareńkie wagony? Gdzie się czas podziewa, czas, którego zawsze było dużo? Że się go smarowało grubo w pajdach chleba, że się go miało pełne bańki i koszyki, wracając z lasu?"