Droga do szkoły zajmuje rowerem z kwadrans, pieszo pół godziny lub dłużej, zależy, na co się zapatrzę tym razem i pozachwycam. Jesienią zachwycania i patrzenia jest mnóstwo.
Brzozy złote. To ciekawe, że każde drzewo ma inny kolor, inaczej się wybarwia. Czytałam, że wszystkie pigmenty są obecne w liściach cały czas, ale nie widzimy ich, bo chowają się pod chlorofilem. Jesienią chlorofil drzewo upycha do korzeni, na zapas, na wiosnę i ukazują się pozostałe barwy. Więcej żółtego to ksantofil, czerwień to antycyjany, a pomarańczowy to karotenoidy. Brzmi mało poetycko, niezbyt w stylu Ani z Avonlea, ale czuję się zaspokojona tą więdzą :)
Już niewiele opuszczonych domków po drodze, coraz mniej. Przyroda i czas zwyciężają, jesień wdziera się do środka z wiatrem i deszczem. Butwieją belki i deski, możliwe, że niektóre dachy nie przeżyją zimowych zawiei. Szkoda zawsze, detale są takie piękne, wyobrażam sobie płynące tu kiedyś życie, ludzi u studni, biegające dzieci, turkot wozów, światła za matowymi szybkami. Nie ma, nie będzie. Domki umierają powoli, ale czas jest cierpliwy, on i jego zimne palce się nie śpieszą. Nie ta jesień, to inna.
A tu była moja szkoła. Tam, gdzie ten rząd jesionów. Tak wyglądała:
Takie smutki
I takie radości
A z rzeczy smacznych to popełniłam japoński chlebek mleczny. Przepis: Eliza Mórawska-Kmita. Nie wyszedł mi taki piękny, ale smaczny niesamowicie.
Robi się takie ślimaki drożdżowe i upycha obok siebie w blaszce:) Wiem, że powinien być zwarty i równy, ale te kawałki falowane świetnie się odrywa palcami na ciepło, też dobrze!
Z dżemem z antonówek i masełkiem cudowne:)
A z rzeczy kocich to trwa remont łazienki i mamy kocią brygadę obserwacyjną: nie przepracowują się, ale szybko wyczaiły podgrzewaną podłogę.
Z rzeczy smętnych, to już przymrozki nas podgryzają.
Buka idzie, nieuchronnie.











































