24 lutego 2011

Perypatetycy przedpołudniowi ( i kot)

Ponieważ poranek wczorajszy spędził Mały na lepieniu plasteliny, dla odświeżenia umysłu postanowiliśmy udawać perypatetyków, tzn filozofować, spacerując.

Z Małym się cudnie filozofuje. Usłyszałam teorie na temat jedzenia śniegu, yeti i zbudowania igloo na podwórzu, z wykorzystaniem dostępnego surowca. Kupiliśmy nową paczkę plasteliny i spotkaliśmy kota w drodze powrotnej- też filozofował, spacerując. Koty doskonale opanowały sztukę perypatetykowania.(Nie wiem, czy tak się to pisze, ale brzmi nieźle)

Dzisiaj na obiad ciecierzyca. I cykoria.
Pozdrawiam zasypanych śniegiem- w tym naszą lawendę.

23 lutego 2011

O wysokich nutach, farbach i kosmicznym jaju


Poranki są kotami dnia. Przeciągają się leniwie, przez szyby sączy się bezsłoneczny brzask, Hilary Hahn gra Partitę 3, preludium, lekkie i jasne, biegające bosymi stópkami po wysokich nutach, pachnie zbożowa kawa, zastanawiam się, jakie farby dobrać do obrazu, który dzisiaj będę malować.
To bardzo kojące doświadczenie, kiedy życiowe plany w nowym dniu sięgają tylko palety farb- czy dla namalowania sianokosów lepsza będzie wenecka żółć czy siena palona?
Pędzelki śmieją się do mnie z metalowego kubełka. Nie malowałam wieki. Dojrzewało to we mnie, czółenko tkackie suwało się po kolejnych tygodniach, a Mistrz Czas tkał swój powolny gobelin – aż nadeszła środa dla sianokosów, obiecanych Emilce. Dobrze, dokończę tylko pisanie, poszukam ulubionej koszuli do malowania, ze śladami pędzli i wybiorę do słuchania najpiękniejsze fragmenty – od Arcangelo Corelliego po Um Mitternacht i Hilary Hahn, z cynamonowym dodatkiem Elli Fitzgerald i Louisa, mruczących jak dwa wielkie, puszyste koty.

Czuję się jak Pan'ku, chiński stwórca kosmosu wewnątrz wielkiego jaja samotności, które jest miękkie z wewnątrz, a z zewnątrz twarde jak granit i w którym biedny Pan'Ku musiał wykuwać dziury swoim krasnoludzim oskardem, by ujrzeć gwiazdy. Ale to dobre uczucie.


19 lutego 2011

Adam Hurst

Od rana tańczę po domu na palcach, słuchając Adama Hursta.




Ci, którzy znają moją miłość do wiolonczeli wiedzą, że za piękną wiolonczelową muzykę oddam bez wahania moje góry i morza, a nawet poziomki.  Kiedy słucham tego, jak Adam gra, moje myśli stają się dziećmi, które biorą się za ręce i wędrują drogą ku baśni. Na gałęziach niewidzialnych drzew siadają żar- ptaki i z ich okrągłych oczu toczą się perły, które zbieram do srebrnego koszyczka. Dalej, za zakrętem ścieżki są zmierzchy i smoki lęku, gościńce niepokoju i jeżynowe zasieki, broniące żywej wody, ale kiedy gra wiolonczela, jestem gotowa wejść na tę kolczastą ścieżkę i stać się zdumioną Alicją, szukającą samej siebie w odbiciu lustra.

Są takie wiolonczele, podobne rozpłakanym strumieniom.
Są takie, które są pustyniami i wyschniętym gardłem wędrowca.
Są takie, które krwawią i takie, które rozsypują lilie snów lub dzwoneczki śmiechu.

Zanurzam się w nich do syta i nie ma mnie, nie ma, nie ma....

Gdzie jesteś?

Zauroczyłam się....


Ilustracje te i inne znajdziemy tu

18 lutego 2011

Wąchacze, patrzyciele, smakowacze

Po świeżym śniegu, jak parowiec przez Missisipi sunący wybrałam się dzisiaj do apteki po zioła do mieszanki ojca Klimuszki. Wszystko nabyłam i jak zwykle zauroczyłam się staroświeckim wnętrzem tego woniejącego kamforą przybytku, dzwoneczek obdzwonił mnie przy wejściu, wagi i retorty obrzuciły lekceważącym spojrzeniem; cóż ty robisz, istoto nieco ponad 30 letnia w tym sacrum, pełnym duchów byłych aptekarzy..Apteka mieści się w pożydowskim domu, ma stare progi, wyślizgane od setek stóp, dwuskrzydłowe drzwi, meble skrzypiące i malowane zieloną, olejną farbą w kolorze tataraku....
No więc zioła nabyłam, pogawędziłam z panią Tamarą, która poleciła mi też mieszankę ojca Gabriela, tutejszego eremity, mieszkającego 20 km ode mnie, nad Narwią, w oczeretach i trzęsawiskach. Pochylone nad książką " Apteka ojca Gabriela" stwierdziłyśmy,że proponowana przez niego mieszanka różni się od tej klimuszkowej tylko srebrnikiem i melisą, więc na razie wypróbowujemy klimuszkowe zioła. Tzn. zioła są Pana Boga, a receptura firmowana klimuszkowym nazwiskiem.
Zabrałam się w domu do mieszania, odważania i wąchania, dumając o wierszach Jakuba Demla i Josefie Kroutvorze, który jak nikt wiedział, że Słowianie wąchają nie gorzej niż inne nacje.Tak pisał:

"Nad Europą Środkową unosi się ciężka woń gotowanej kapusty, zwietrzałego piwa, czuje się mdły zapach przejrzałych arbuzów... Jest to ziemia o charakterystycznym zapachu. Granice są nieostre, irracjonalne i tylko węch pozwoli je wytyczyć z całkowitą pewnością".


Na razie, przesypując  między palcami woniejące łąkami i latem okruszki, listki i jarzębiny, myślałam o radości zmysłów. Zanurzyć się w świecie barw, faktur, gładkich liści, chropawej kory, mgieł i mchu na kamieniach, okrągłych kamyków w niebieskiej dłoni rzeki, łąkowego storczyka o zapachu miodu - nic mi nie brak do szczęścia. Czuję się jednością ze wspólnotą wąchaczy, patrzycieli i smakowaczy, obojętnie, ludzkich czy sarnich, kocich czy sikorkowatych. Gorzej,że smak mieszanki, którą zamierzam pić jest gorzki jak piołunowe morze. Uh...Miód łagodzi go nieco, ale i tak kubki smakowe wykonują spazmatyczne harce.... Ale wygląda ładnie, prawda?


Storczyku(...)
głos twojej woni jest niby tęsknota-
kocham cię za twoją odwagę i niezwykłą życzliwość dla dzieci;
one przeczuwają niezmierny smutek, tkwiący w gardziołku kukułki,
a my pragniemy, aby nas kochano
bezinteresownie, niewinnie i wiecznie... 

Tak wąchał storczyki Deml i tak o nich pisał wiersze. Chciałabym tak umieć, tak pięknie i czysto....i prawdziwie.

16 lutego 2011

Tao pijącej herbatę, korsarze i yo ho.

Tao, które można wyrazić słowami, nie jest prawdziwym tao.
Herbata, którą można wyrazić słowami, nie jest prawdziwą herbatą. 

Dzięki mojemu Miłemu poznaję królestwo Zielonej Herbaty i Ościenne Państwa. Był czas, że piłam tylko tzw. bawarke- czarną, mocną herbatę z mlekiem. I kawę. Uświadomiona, że tracę żelazo i magnez w tym mrocznym oceanie, pożeglowałam na wody ziołami pachnące i zaczęłam się uczyć nie słodzić 3 łyżeczek białym cukrem, ale smakować miody, trzcinowy nierafinowany tudziez inne słodkości- jak syrop klonowy lub ksylitol z brzozy. Teraz, kiedy zaspana, ciągnąc za sobą sny, uczepione kurczowo nogawki od piżamy, otwieram swoją herbacianą szufladę i szukam...tao..tao..co by tutaj wypić?
Zielona, biała, zielona z pigwą, malinami, gynostemma, camelia sinensis, lung ching, sencha, a może mieszanki? Liśc poziomki z melisą i imbirem...cytrynowa trawa? Mięta, czarny bez....Nie, może lepiej liście maliny z białą herbatą i płatkami rózy, do tego gryczany miód....

Co za wspaniały ocean! Co za nieznane lądy! Żagle na maszt, yo ho i butelka nalewki na czarnym bzie!
Na wiosnę zamierzam stworzyć własne mieszanki, bobrować po łąkach, zbierać wszystko co się da, suszyć w naszej zielarni, którą zrobimy nad garażem i stać się herbacianym korsarzem.
A wczoraj dostałam od mamy Roksariusa przepis na herbatkę, wspomagającą braki żelaza:


Liść pokrzywy, -liść czarnej porzeczki, -liść orzecha włoskiego, -liść bobrka trójlistnego, -ziele krwawnika, -korzeń mniszka, -kłącze tataraku, -owoc róży, -owoc jarzębiny, -owoc jałowca, -kwiatostan głogu

Po 50g zmieszać wszystko, brać 1łyżkę stołową, zalać wrzątkiem 1 szklankę, przykryć  i pić po 3 godzinach 3x dziennie przed jedzeniem. 


Pozdrawia Was Herbaciana Kalina. Yo ho.





15 lutego 2011

Ogród Kaliny

Z czołem opartym o szybę, za którą na łyżwach ścigają się białe wróżki z mrozem, patrzyłam na uśpione drzewa i tęskniłam za ogrodem.Są takie ogrody, które przypominają wystrzyżone pudle, są takie, które ściśnięto jak gorsetem betonowymi kostkami, wetknięto w nie tuje, jak natapirowane damulki, obsypano fioletową i pomarańczowa korą ( o bogowie, z jakich to drzew fantastycznych...)
Są miłe, wiejskie ogrody, z floksami, słonecznikami i malwami; śmieją się czerwone gębusie piwonii, kot się wyleguje obok pelargonii, brzęczą cynowe konewki. I są ogrody - mieszczuchy, wygłaskane, wystrzyżone kosiarką, schludne i nie moje.

I jest ogród Kaliny.
Dzisiaj zabieram was na spacer kalinowym ogrodem, przez cztery pory roku. Niech sobie zima chucha dmucha, w moim państwie wieczne, biznatyjskie lato, czereśniowe korale i majowe bzy.



Mija wiosna, z bębenkami, z flecikami kosów, z kukułkami, bzami...i nadchodzi lato....



W trawach figlują wróżki, zakwita podagrycznik, dmuchawce stają się białe i króluje jaśminowa, czerwcowa pani, świetliki wypływają ku Aldebaranowi, a nocne ćmy zapylają tytoń...Lato :)



I teraz jesień, z koszami, jabłkami, grzybami, rudością liści, brzozami, tańcem mgieł na łąkach...Kalina buszuje w ogrodzie i zbiera plony.







Zimy nie pokazuję, bo mam jej dość za oknem:) Jak wam się podobała wycieczka?