Dzień Ojca.
Mały wyprodukował wzruszające dzieło pod nazwą 'laurka'.
Kohm cietatuśu
Do tego kwiaty narysowane, starające się być najbardziej kolorowymi kwiatami pod słońcem, oraz garśc zrabowanych z ogródka róż i rumianków.
Duży złożył męskie, lakoniczne życzenia.
A Średni?
Średni wysłał elektroniczną laurkę i maila... :)
A poza tym donoszę, że lato uważam za otwarte. Ugotowałam pierwszy kompot z rabarbaru, zjadłam pierwsze truskawki i jagody i już w piątek bez nostalgii żegnam stary rok szkolny. Czerwiec mi ucieka. Zaraz go nie będzie- przeszły deszcze, wzburzyły fryzury jaśminom, zdarły z nich białe wianki. Moje ukochane biedrzeńce przekwitły. Za to zakwitły róże, w tym ta najpiękniejsza, różowa, angielska. Czeka mnie tyle pielenia, że boję się myśleć. Pomidory w szklarni dopadła mi jakaś zaraza i żre je bezwstydnie. Od wilgoci mam dżunglę amazońską w ogrodzie, kiedy ja to ogarnę?
A tu czerwiec ucieka. Ale za to wieczory... nie ma piękniejszych wieczorów, niż czerwcowe.
Siedzimy na tarasie i podglądamy wylot nietoperzy na łowy.
Cichutcy wojownicy. I pachnie maciejka i akacje. I żaby rechocą serenady do księżyca.
Lato, proszę państwa, lato.
Oglądamy "Brave" i słuchamy gaelickiej muzyczki, pleciemy wianki i tańcujemy po kalinowych lasach. Już w piątek przywitam was z królestwa wakacji! A tymczasem, miłego jagodowania! Na jagody!
Zapachniało piwoniami z ogródka, który mijałam na rowerze, ciągnąc wiklinowy kosz z zakupami. Był ranek, ciepły, zamglony, miasteczko budziło się leniwie, ktoś szedł w oddali z zieloną torbą, z której wystawał szczypior, z cerkwi dzwonił dzwon, a ja byłam szczęśliwa.
Zapach piwonii.
Stoją na moim biurku, zaglądając mi przez ramię, gdy piszę- piwonie od mamy, z mamowego ogródka, ścięte starym sekatorem.
Nie ma innego zapachu, który kojarzy mi się tak bardzo z czerwcem, poza jeszcze jaśminem, który splatam w wianki i suszę na zimowe smutki. Ale piwonie mają w sobie coś, co mnie chwyta za serce i ściska, że braknie tchu.
Piękno. Czytałam kiedys opowiadanie- nie pamiętam czyje, choć w mózgu mi pika, że może Bułyczowa- o czlowieku, który wstał za wcześnie rano. Wyszedł z domu o dziwnej porze, szedł przez uśpione miasto, jechał tramwajem, potem kolejką podmiejską za miasto, na małą stacyjkę. NIgdy nie widział tak bardzo piękna świata, jak wtedy; z ostrością słyszał wszystkie dźwięki, stróża, 'pokrywającego szelestem miotły asfalt ulicy', widział rosę na liściach, kolor nieba, a na małej stacyjce, na drewnianym peronie, leżała biała piwonia. Podniósł ją, poszedł do jakiegoś małego domku w bzach, wszedł tam- nie wiedział czemu- a tam czekał cały zespół naukowy, którego był członkiem, bo wymyśleli maszynę 'przyzywającą' telepatycznie czlowieka i zrobili na nim eksperyment. I wtedy on poczul rozpacz, bo myślał, że on sam wstał, sam z siebie, a tak oni go okradli z tego piękna, które- jak myślał- odkrył w sobie....
Czułam się jak ten człowiek.
Odkrywałam piękno, dzięki zapachowi piwonii.
A propos opowiadań, to Kiryła Bułyczowa polecam wszystkim, cykl o Wielkim Guslarze, miasteczku, gdzie nader często lądują mieszkańcy obcych planet, a miejscowi ze stoickim spokojem koegzystują w tym szaleństwie. Emeryt Łożkin, oraz Korneliusz Udałow jest moim faworytem- i opowiadanie 'Trzeba pomóc".
Korneliusz Udałow siedział w domu i oglądał telewizję. Na dworze było
parszywie. Siąpił deszcz, hulał wiatr, mokre liście fruwały po ulicy. Słowem,
pogoda była taka, na jaką dobry gospodarz psa z domu nie wypędzi. Żona Ksenia
wzięła dzieci i poszła do przyjaciółki mieszkającej po drugiej stronie ulicy. A
Udałow został. Program był tak nudny, że chciało się wyć albo wyłączyć
odbiornik i iść spać. Ale Korneliusz był za leniwy, żeby wstać z fotela. Kiedy
jednak wreszcie zdecydował się i nacisnął guzik, w pokoju pojawiła się istota z
trzema nogami, czerwonymi oczami i w okularach.
- Dzień dobry - powiedziała po rosyjsku, ale z silnym obcym akcentem. -
Wybaczcie mój wymowa. Ja uczyłem wasz język na gwałt. Nie niepokójcie się
mój zewnętrzny wygląd. Ja można siąść?
- Siadajcie - powiedział Udałow. - Jak tam na dworze, siąpi jeszcze?
- Ja prosto z kosmos - powiedziała istota. - Leciał w siłowe pole. Deszcz
nie moknie.
- I po co wam taki kłopot? - zapytał Udałow.
- Ja wam jestem przeszkodzony?
- Nie, i tak nie ma co robić. Opowiadajcie. Herbaty się napijecie?
- To dla mnie być gwałtowna trucizna. Nie, dziękuję.
- Racja, jeśli szkodzi, to nie pijcie.
- Ja umierać od herbata w konwulsje - przyznał się gość.
- Dobra, obędziemy się bez herbaty.
Istota podkurczyła pod siebie wszystkie trzy nogi, wskoczyła na fotel i
wyciągnęła przed siebie łapkę z mnóstwem pazurków.
- Udałow - powiedziała z naciskiem. - Trzeba pomóc.
Zostawiając na boku problemy Korneliusza Udałowa, piwonie i moje wiosenne zachwyty, powiem, że: Średni dostał nagrodę za konkurs plastyczny, Mały zachorował na anginę i z bólem najpiękniejszy tydzień maja przesiedział w domu, Duży chodzi swoimi drogami jak kot, a ja napisałam kilka piosenek (teksty) i jedną nawet wrzucam tu, coby posłuchać. Nosi tytuł Samotność i mam nadzieję, że wam się spodoba...
Nie wiem jak, ale minął maj.
Umarły bzy, odpłynęły w nicość kwitnące wiśnie, kukułki zastąpiły słowiki, a kwitnące akacje- pełne mleczów pola. Wiem, że niektórzy kochają maj i nazywają go najpiękniejszym, ale ja zawsze najbardziej lubiłam czerwiec. Czas sakralny, czas eliadowski, miesiąc magii. Czas, gdy wiosna przełamuje się w lato, gdy płoną ognie Beltaine, a wszystkie kwiaty stają się białe.
Zaczynają biedrzeńce; chwieją się w rowach jak pijane czarodziejki. Potem czeremchy, akacje i jaśminy. Jaśminowy wianek, pierwszy tego roku, niedługo zawiśnie nad moim łóżkiem.
Czas święty i mity- ale ta świętość czerwca sięga chyba samego rdzenia ziemi, dna ludzkich dusz. Eliade mnie pociesza; mówi, że czas święty, czas poza czasem daje się bez końca odzyskiwać. Jest parmenidejski, ontologiczny, nie płynie, ale powtarza się bez końca, jak wąż Uroboros, połykający własny ogon.
Dzięki Ci Panie, za święty czerwiec. Za srebrne akacje....
Z Małym zrobilismy syropek sosnowy. Robi się tak: rwie się sosnowe koniuszki, te młode, upycha do słoja i zasypuje cukrem. Na słonecznym parapecie puszczają sok, potem się to pzrecedza i ma słodką pyszność na bóle gardła i kaszel. Jest to, jak powiadał kiedyś Średni, 'Syrop własnej pracy'.
Duży pojechał na wycieczkę.
I zakwitły trawy- lisie ogony i mietlica.
Mam ochotę na domowy chlebek i ser, sprzątam w szafie, słucham nowej płyty Beaty, do której pisałam teksty i myślę o świętym czasie Eliadego.
I tak mi minął maj...
Nie wiadomo kiedy znów kwitną biedrzeńce.
Rok obrócił granitowym kołem czasu, a ja stoję zdziwiona, patrząc, jak dmuchawce doznają wniebowstąpienia, jak bieleją bzy, czeremchy i biedrzeńce po rowach, tańczą pijane czarodziejki majowych wróżek, a mnie znów dopada smutek za pięknem i szczęście. Coś w gardle, że świat taki piękny jest i tak boli. Że mija.
Że nie ma taty, by pokazać mu kwitnące bzy, że zapach drewna, rąbanego w garażu przyprowadza mi wspomnienia za dziadziusiem, za plackiem babci, za przyjaciółmi, kochanymi, których nie ma.
Ale jest wiosna, nowa, piękna, opłacona bólem zimy, a ja znowu jestem bezradna- i tylko oczy wlepiam w to piękno, a czas ucieka mi z garści.
Chciałabym zatrzymać.
Nie umiem.
Tak bardzo czasem tęsknię do małej dziewczynki, którą byłam kiedyś. I której tak nie bolał świat...
Wpadłam w gorączkę majową.
Jest to stan podobny do gorączki złota, tyle, że zamiast złota są kwiaty i zieleń.
Robi mi się coś dziwnego; wszystkie sprawy umykają na dalszy plan, a ważne jest tylko to, by zanurzyć się w zieleń, jak leśmianowy topielec, by nurzać się, pić do dna, łapać szczęście za uszy i w ogóle cieszyć się, że jest wiosna.
Wszystkie sprawy ważne stają się nieważne.
Siedzę w ogrodzie, zamiast pisa ć, ba, nie chce mi się nic, poza siedzeniem w ogrodzie.
Strach, że wszystko mija. Wisnie przekwitły! Muszę zdążyć się nacieszyć jabłoniami, nim zrobią to samo... a tu bzy... muszę nawąchać się bzów, bo zaraz skurczą się, spopieleja ich magentowe baldachy, znikną słowiki, przekwitną pierwiosnki...
Wiosna jest okrutna, za szybko mija.
A tak w ogole, dzwonię wczoraj do Dużego, który z powodu matur ma rozszalały plan lekcji i wolnego po uszy, więc pod nieobecnośc czmychnał mi z domu. Dzwonię na komórkę, rzecz jasna.
Siedzimy w parku, jemy lody. Park szumi, młoda zieleń starych lip.
Osoby dramatu: Jula lat 6, Mały lat 6, Duży, Średni, ja i mama Juli.
- A wiecie, że ten park zasadziła nasza Babcia?- dokonuję skrótu myślowego, ogarniając wzrokiem lipy.
Jula patrzy na mnie dziwnie.
- Zasadziła park? A skąd wzięła nasiona ławek?- klepie odrapaną ławkę.
Mały podchwytuje.
- I nasiona chodników!
- I sadzonki lamp!
- I posadziła kosze na śmieci!
Kreatywność dzieci zaczyna wzbierać jak tsunami, wymieniają wszystkie elementy parku, jeżdżąc po moim skrócie myślowym jak walec. Biedna ja.
- A skąd wzieła nasiona meneli?- drze się Jula entuzjastycznie.
- Nasion meneli nie trzeba siać, sami rosną- mówi mój sześciolatek- Jak chwasty!
Patrzymy tylko z mamą Juli na siebie. Dzieci czasem są przerażająco inteligentne...
Odsłona druga Świata Według Juli i Małego.
Siedzimy po zapadnięciu zmroku, łuszczymy pestki na ogrodowej ławce i obserwujemy wylatujące nietoperze. Nagle coś miga na niebie.
- Gwiazda! Lecąca gwiazda! - drą się maluchy.
- To samolot- tłumaczę im rozsądnie- Widzicie, ze leci prosto, nie w dół... i miga. Ma światło i je widać w nocy, jak leci.
Nagle światło samolotu znika.
Chwilowa konsternacja...a potem Mały mówi pocieszająco do Juli.
- On teraz leci tyłem, dlatego go nie widać...
Miejsce absolutnie urocze; rowy, pełne przylaszczek, a potem poziomek, pokryte igliwiem dukty, wysokie świerki, całe mrowie leśnego drobiazgu: czeremchy, trzmieliny, leszczyny..
Rytuał odwiedzania lasu na rowerach w celu
podziwiania tychże, jest niezmienny co roku. W tym roku natura dała nam
dodatkowy prezent; 30 stopni w cieniu, toteż 6 km wyprawa do lasu była
dla Małego prawdziwym wyzwaniem. Ale poradził sobie, miał butelkę z woda
i pił z namaszczeniem co kilka minut. Mały lubi rytuały, więc
zatrzymywaliśmy się co jakiś czas, ja czekałam, Mały popijał z godnością
i znów jechaliśmy dalej.
Las zawilcowy miejscowi zowią Borkiem.
- Mamo, a drzewa mają duchy?
Wyjaśniłam,
że mają, opowiedziałam o driadach i innych leśnych istotach, zeszło nam
na wierzenia Indian, potem Słowian, w międzyczasie Mały robił zdjęcia
mnie, a ja Małemu i zawilcom.
A wieczorem oczyszczaliśmy oczko, ja sadziłam
bratki, Mały w ekstazie odkrył w oczku ropuchę i co chwila słyszałam
jego błogie okrzyki:
- Mamo, ja dotykam żabę! Dotykam ją!
- Czym?
- Patykiem..
Jednym
słowem wiosna. Kuchnia letnia już posprzątana, warzywa posiane,
kartofle posadzone, teraz bierzemy się za szklarnię i wzniesione rabaty
ziołowe. Pozdrowienia z wiosennego Kalinowa:)