18 grudnia 2020

Nikt prócz zająca nie kochał jej! I życzenia.

 Kto pamięta?

Stała pod śniegiem... panna zielona!

Nikt prócz zająca nie kochał jej!


Miły z lasu dzisiaj przyniósł. Zapachniało świerczkiem. Bajką. Chociaż śniegu nie ma, roztopił się niestety, a z zielonego mchu i bluszczu pod morwą pachnie raczej przedwiośniem niż zimą.

Nie mogłam doczekać końca lekcji, aż w końcu nadszedł moment, w którym zaczęliśmy z Małym ubieranie drzewka. Mały już wyższy ode mnie, więc wieszał wysoko. I zabieliło się, zaróżowiło, zamigotało. A potem siedliśmy, piliśmy kakao i podziwiali razem z kotem ten cudny, głaszczący serce widok.

Zielony gościu, prosimy, wejdź:)






O co tyle hałasu, jak powiedziałby Bonifacy.

Lenimy się już dzisiaj. Ciemiernik w kuchni zakwitł, rozświetla grudniowe ranki. Nie mogę prasować, kot śpi na desce do prasowania. I bardzo dobrze.


Myślę teraz o rzeczach dobrych i jasnych, potrzebuje tego ogromnie. My wszyscy chyba. Dorzucam do kuszenia jeszcze dzisiejsze makowce. Według przepisu Babci, makowce muszą wyrosnąć trzy razy: ciasto w misce z rozczynem, na blaszce i w piekarniku. Zawsze się udają.



 Nie wiem, czy zbiorę się jeszcze do pisania w grudniu, ale gdyby nie, życzę wszystkim jasnych, dobrych Świąt  Bożego narodzenia. Będzie wigilia, nowy rok, potem wiosna i zakwitną żonkile. Tak będzie.

Gałczyński, dla nas. Tak pasuje dziś.

A podobno jest gdzieś ulica
(lecz jak tam dojść? którędy?)
ulica zdradzonego dzieciństwa,
ulica Wielkiej Kolędy.(...)

Jest cicho. Choinka płonie.
Na szczycie cherubin fruwa.
Na oknach pelargonie
blask świeczek złotem zasnuwa,
a z kąta, z ust brata płynnie
kolęda na okarynie:
LULAJŻE, JEZUNIU
MOJA PEREŁKO,
LULAJŻE, JEZUNIU,
ME PIEŚCIDEŁKO.



 

14 grudnia 2020

O tym, co wystarczy

 Nie znikłam, tylko czas mi chyba trochę zawinął się w kłębek, nakrył ogonem jak puchata wiewiórka i śpi w jakiejś dziupli. Ale spokojnie, to nie dlatego, że jakoś się szykuję specjalnie do Świąt. Nie mam żadnych pierników, namrożonych uszek czy wysprzątanego domu. Prezenty tylko mam, bo nakupowałam online i mogę teraz siedzieć w domu i rozkoszować się tym, co mi wystarczy. Nam wystarczy. Święty spokój.

Dzieci są w domu. Średni zjechał ze stolicy i muszę przyzwyczaić się, że zaludnił znowu swój pokój. i wpada do kuchni z oczyma jak spodki i pomrukiem: ooo, domowe jedzenie!

Wstajemy  o ciemnym świcie, o pietnastej znowu ciemno. Przy rozpalonym kominku opowiadamy sobie niespiesznie, co się komu śniło. Na kominku stoją dziadki do orzechów. Na poduszce drzemie kot. Zdalne lekcje się snują od ciemna o 8 do ciemna o tej 15 i później. Opowiadam o Petroniuszu i czytamy jak Skawiński zbierał małże na skałach i chodził na kreolskie nabożeństwa w niedzielę.Średni robi jakieś macierze, nie pytajcie, nie wiem co to jest. Do tego uczy się chińskiego i wczoraj się nam przedstawił po chińsku. Mały programuje pierwsze swoje szeregi liczb, a Duży dostał grant na badania, co uczciliśmy wybuchem rodzinnej radości. A ja napisałam słowa do kresowej Pastorałki ze światełkami. Śpiewa też moja Siostra! Tutaj jest nagranie z radiowego studia:)



Kupiłam sobie rozrzutnie jeszcze jednego, malutkiego dziadka, co rusza nogami, jak się pociagnie za sznurek! 






 Niedługo, już niedługo przesili się zima i rok, i te mroki rozmaite. A póki co...

Są maślane ciastka. naleśniki i przyjemne poczucie, że wystarczy nam tak, jak jest. Niewiele to nie to samo co mało, prawda? :)

01 grudnia 2020

Dzień dobry zimo

 

 





Śnieg przysypał zieloną aptekę, gdzie pachną zioła ojca Gabriela, wrotycz i lipa. Przysypało mur cerkiewki,  stare chatki, drogowców, pracowicie robiących nowe rondo, drogę i most, wielki, potężny most nad naszymi bagienkami i ługiem. Latem chodziliśmy tam  na spacery, rosły maki i rumianki, a teraz rośnie  tam śnieg, jakby powiedziała Too Tiki. Pora obrócić czapkę na czerwoną stronę. Mam teraz minus osiem na termometrze, a w kuchni ostatni talerz pomidorów. Dzień dobry grudniu, dzień dobry, zimo.

Pora posłuchać Żmiciera. Zaczęłam ze swoją klasą adwentowy kalendarz.



Czasem wyobrażam sobie, że w grudniu rok drepcze jak taki zgarbiony staruszek. Już tak niewiele dni mu zostało, trzeba je otulić czułością, jak ciepłym kocem, podsunąć pod łokieć kubek z gorącą herbatą i anyżowe cukierki.

Nie robię podsumowań, cieszę się czasem odpoczynku dla nas, dla ogrodu, dla ziemi. Słowo na grudzień - trudno. Nie sprzątnęłam resztek pomidorów pod okapem garażu, trudno. Zostały na zagonkach buraczane liście i zmarznięta brukselka, trudno. Nie wszystko się da, nie na wszystko są siły. Ale posadziłam tulipany i żonkile, zakwitną wiosną, a zimą zamówię nowych nasion i będę planować nowe zagonki. Przyjadą na święta dzieci, kupiłam sobie książkę kucharską z przepisami "Rozkoszne. Wegetariańska uczta z polskimi smakami" i będę na nich wypróbowywać. 

Kicia nie lubi śniegu, dekuje się w domu, najlepiej gdzie najcieplej. Albo u pana ukochanego. 

 


Ach. I amarylis zakwitł:) Taki uśmiech wiosny na początek zimy.






29 listopada 2020

O tym jak się budzi w Narnii

 Dzisiaj rano obudziliśmy się w Narnii.






To trochę takie uczucie, jakby się otwierało czekoladę z orzechami. Już wieczorem zaczęło padać, podekscytowanie rodziny sięgnęło poziomu, w którym furda, że dwudziesta druga, idziemy lepić bałwana! Mały turlał kulę po trawniku, znosił śnieg do domu, pokazywał wszystkim  z komentarzami: mamo, śnieg, widzisz? Tato, śnieg! Naniósł śniegu do umywalki "na zapas", niepocieszony, że noc idzie i trzeba spać, a rano nie wiadomo, co ze śniegiem będzie, w końcu dał za wygraną.

Ale okazało się, że obudziliśmy się w Narnii więc jest wszystko dobrze.

 









Wyciągnęłam moje dziadki do orzechów, chłopaki, idziemy na sesję zdjęciową, może pierwsza i jedyna okazja, jak w zeszłym roku!

 


Było tak biało i uroczyście jak w dzień, gdy Muminek się obudził, a cała rodzina spała.Śnieg pachnie trochę żelazem, trochę mokrym lasem, bo ziemia jest jeszcze ciepła i topi się niestety wszystko dość szybko, mimo festonów puchu na gałązkach.

Obeszłam dom i ogród naokoło, przemokły mi buty, ale na szczęście zachwyt jest nieprzemakalny. 



 

Lewitująca Mysia i Bałwanio na łyżwach

 

Teraz piję gorące kakao i patrzę za okno, z niedowierzaniem, że to naprawdę już blisko, już się zaczyna oczekiwanie i to białe błogosławieństwo śniegu w jakiś przedziwny sposób jest jak opatrunek na tyle gorzkich i trudnych ostatnio chwil dorosłości. Jaka mądrość jest w tym, żeby dziecko wewnątrz nas trzymało nas mocno za rękę. O ile łatwiej.


Przechodziłam już różne święta i przygotowania, od bogatych do skromnych, od szaleństwa reniferowych piżam, kapci, choinek z milionem ozdób, specjalnych kubków w kształcie choinek i głowy Mikołaja, oświetleń domu, pieczenia piernikowych chatek po święta ascetyczne, nawet bez  choinki, tylko gałązka w blaszanym dzbanku, świeca...

Dzisiaj dorosłam chyba do tego, by po prostu spełniać nasze marzenia, żeby było nam przyjemnie się cieszyć tym, że Ktoś Niezwykły narodził się dawno temu w stajence,  nic więcej. I sobą nawzajem. Miły powiedział, że mu wszystko jedno, czy posprzątam, czy nie, byle była choinka i sernik.

Uważam, że to rozsądne wymagania:)






26 listopada 2020

Światła ludzkich domów

 Światła ludzkich domów ciągle jeszcze ciepłe.

Nie pamiętam, czyj to wiersz, ale często mi sie przypomina, gdy wracamy z Miłym do domu z podróży, a z nocnych bezkresów między rzeką, niebem a puszczą wybiegają lu nam koraliki świateł Kalinowa, rozciągnięte wzdłuż rzeki, jak paciorki.

Albo, gdy patrzę na wielkie, uśpione miasto z połyskającymi kaskadami okien wieżowców.

Albo, gdy opieram stopy o brzeg kominka, a ogień mruczy jak kot.

Albo, gdy wędruję Kalinowem i widzę domy, które już zamknęły oczy i w których światełko zgasło.

 


Domy odchodzą razem z ludźmi. Tu ktoś mieszkał, już go nie ma, tu pan Gienek, który pożyczył mi książkę Danikena, a tu małżeństwo, on zawsze strzygł lipy na kulki, ona gracowała róże. To była żydowska piekarnia, babcia mówiła, że żona piekarza nazywała się Lea, a tam był zakład fotograficzny, w domu, który zburzono pod mini market Dom i ogród. Market też już zbankrutował i stoi pusty. Tu był sklep rybny a tam stary urząd gminy. Babcia tam pracowała na stareńkiej maszynie do pisania.

 


Urodziłam się tu, mieszkam całe moje kalinowe życie. Oprowadzam wycieczki dzieciaków i opowiadam, że ta ulica istnieje pięćset lat, nawet nazwa się nie zmieniła, a tam był cheder i kino Melodia, a tam okrąglak, na którym napisano wielkimi literami kiedyś: Program Partii Programem Narodu. Potem wisiała tam reklama Coca Coli a teraz zakładu pogrzebowego.



 

Domy odchodzą z ludźmi, albo  przeżywają ich, trwają, a potem osypują się w popiół klepsydry. Przeczytałam, że nasz powiat jest najszybciej wyludniającym się powiatem w Polsce. Patrzę na wykresy - w ciągu dekady gęstość zaludnienia spadła nam o dziesięć procent. Czyli co dziesiątego człowieka nie ma.

W Kalinowie jest tylko jeden duży zakład pracy.  Kiedyś to było miasto królewskie, z traktem bielskim, z portem, mostem trójczłonowym i historią sięgającą piętnastego co najmniej stulecia. Dzisiaj domki zamykają oczy.



 

Jest cisza, ulice pustawe, we wtorek na rynku jeden, dwa stragany. Światła końca listopada są łaskawe, a jak śnieg spadnie, będziemy wyglądać jak w narnijskiej baśni. Kopuły cerkwi pod śniegiem, rzeka skuta lodem. Puszcza szumi, rzeka szepcze. Kretowiska w blasku, wiatr od ugorów.

A dzisiaj u nas mróz, uroczysta cisza poranka, szron na trawie i ogień w kominku. Zrobiłam sobie malutkie, malutkie dekoracje. Tak dla przyjemności. I ciemnych ranków. Pocieszające, gdy ogień jest jak bijące serce domu.