Tak jest, lipiec jest zajęty. Ma bardzo dużo do roboty i zupełnie nie wiem, jak on sobie poradzi, ja na jego miejscu chyba bym musiała wydłużyć dobę o parę godzin:)
Wszystko przez czereśnie. Dojrzały, a właściwie zaczęły dojrzewać, a wtedy dowiedziały się o tym kwiczoły i szpaki, a dodatkowo spadły deszcze, ale takie jakby płanetniki urządziły sobie na górze Kupałę z przytupami. I przetrząsnęło czereśnie, i zaczęły pleśnieć na drzewie, po kilka naraz, przytulonych do siebie, no i nie ma wyjścia, trzeba zrywać. Na kompoty, na ciasto czereśniowe. Dżem z czereśni niepiękny, dość suchy, nie mają tyle soku, co wiśnie, ale na jedzenie, garściami, na kompot, na pierogi, w sam raz.
No to zrywamy z lipcem i jemy, aż się uszy trzęsą.
Lipiec jest zajęty także w ogrodzie. Po burzach wszystko bujnie rośnie na moich zrębkowych zagonkach. Zaczyna się czas ogórków, trzeba zbierać. Pielić to i owo, bo jednak przerasta dziki szczaw i psianka. Truskawki juz się kończą, ale kwitnie fasolka, brzuchacieją buraczki, zakula się kapusta.
Poszłam rano, po deszczu, wdychać powietrze na ugory. Nasza uliczka wygląda tak:
I Leśmianem mi się śpiewało: cały ranek w dzban zielooony ciułałam tę rooosę!
Patrzcie, ile rosy.
A to zaspana Kalina o 5 rano.
Ha, a to czereśnia, o którą konkurujemy z pleśnią, kwiczołami i resztą. A teraz kilka zagonków, tak teraz u mnie jest, toniemy w zieleni, rosie, upale i cudownym lecie:
No i tyle na dziś, lecę z lipcem podwiązywać pomidory. O ostróżkach, różach i rowerowej wycieczce nastepnym razem, wszystkiego dobrego wszystkim miłym podczytywaczom!