22 marca 2015

O pożytkach wiejskich

Pożytek pierwszy. Obuwie i odzież Dowolnej Urody.



W klapkach wędruje Mały, w klapkach  tuptam ja.  Można tak np w pierwszy dzień wiosny obejść podwórze. Sucho jest. To zaleta naszych piasków - wciągną wszystko, całą wilgoć, dlatego dzisiaj podlewałam wschodzące żonkile i tulipany. W mieście miałabym skrupuły, by w takich ciapkach nie pierwszej nowości wokół jakiegoś bloku chodzić, albo o zgrozo, sklep odwiedzić. Klapki w zimniejszy dzień wciągnięte na skarpety, oczywiście. Gumowce też są w porządku. Widziałam w jednym z wiejskoepickich czasopism coś takiego jak białe gumowce stojące na czyściutkim ganku. Ale to chyba inny rodzaj gumowców był, może nowo nabyte, nienoszone, bo nasze zazwyczaj mocno sterane w latach i wyglądzie. Jakbym je postawiła na ganku, ludzie by uciekli. Lubię też dawno wyrugowane ze światowego życia adidasy lub solidne obuwie skórzane. Buty są zadowolone, że są w obiegu, ja też jestem zadowolona, wędrując na kompostowy pagórek z taczką. Tej wiosny nosimy pastelowe szpilki, przeczytałam wczoraj. Na szczęście moje buty jeszcze o tym trendzie nie wiedzą. I niech tak zostanie:)



(Podstawowy rodzaj wiejskiego transportu obwoźnego.)

Pożytek drugi. Sąsiedzi

 Co jak co, ale sąsiadów mamy porządnych. Jeden jest szklarzem i naprawia buty, wymienia też koła, napompuje rower i naprawi dętkę. Druga sąsiadka pracuje w sklepie, trzecia ma własne kury, czwarta podzieli się liliami, u piątej mam zagon, bo dla niej za duży, do szóstej Mały biega z konewką po świeże, ciepłe mleko. Sąsiedzi przyjdą popatrzeć, jak kryjemy dach, robimy szklarnię, sadzimy drzewka. Popilnują podwórka jak wyjedziesz. U nas ciągle działa wymiana barterowa. Ja ci zrobię szafkę, a ty mi zapłacisz jajkami. Moja krowa u was będzie trawę jeść, a w zamian dwa worki kartofli dam na jesień. Wozimy swoje dzieci na zmianę do szkoły, jest u kogo je zostawić, jak się wyjedzie, u sąsiada listonosz zostawi paczkę, a pies dostanie obiad. Niech tak będzie nadal...

Pożytek trzeci. Mieszkańcy.

Na wsi każdy zna każdego. Urodziłam się tu, mieszkam od 42 lat. Wszyscy znają mnie, znali mego tatę, babcię, dziadka i tak dalej. Moja mama uczyła ich trzydzieści lat, a po niej ja. Znam ich wnuki, żony i synowe. W banku mówią do mnie panieńskim nazwiskiem. Z racji bycia nauczycielem znam wszystkich podwójnie, jako rodziców lub jako dzieci.  Idąc w nocnych ciemnościach i napotykając podchmielone towarzystwo, doświadczam surrealistycznego doznania, gdy wyjmują ręce z kieszeni i chórem mówią: dzień dobry.
Chciałabym kiedyś iść siwiutka tą samą ulicą, w liliowym kapeluszu i znać wszystkich przechodniów po imieniu i z rodowodu, chciałabym, aby świat zachował tutaj łagodniejszą twarz.
Tu, w Kalinowie,  na panią z apteki mówi się: pani magister. Sąsiad bez pukania sprawdza wszystkie pokoje, w którym jestem, bo ma sprawę. Kiedy idziesz ulicą, patrzą z kim. Zauważą, jakie masz firanki w oknie i dynie na zagonie.  Uczniowie przychodzą do mnie kolędować na święta i śpiewają moją ulubioną: Nocz ticha nad Palestinoj.
Kiedy zapalają się światła domów, wiem, kto stoi tam u okna lub błękitnieje przed telewizorem.
U pani Jadzi zakwitły krokusy, a panią Teresę odwiedził syn, poznaję jego czerwony samochód.
Niech tak zostanie jeszcze trochę...


(Transport kołowy działa o każdej porze roku)

Pożytek trzeci. Zwierzęta bez granic, ogrodowa wymiana.

Kilka kotów dziennie wędruje mi przez ogród. Pies sąsiada wyczuwa nieomylnie, kiedy idę wyrzucać odpadki i pędzi radośnie na kompost. O szwendających się kurach rozumie się samo przez się:) Brama jest prawie zawsze otwarta, a furtka tak samo. Kiedy idę po siano do pani Kiryłkowej, mogę je sobie sama wziąć ze stodoły.
- Idzie też ogórków z piwnicy weźmie!
Sąsiadka, będąca w posiadaniu dorodnych antonówek, hojnie obdziela mnie co roku opadającym dobrem. Ten, kto ma wiśnie, zaprasza po wiśnie. Dynie, ogórki, jarmuż, dostaje się wszystko. Wzajemnie, nie idzie się z pustymi rękoma. Mam irysy od kogoś, piwonie od znajomej babci, z kolei moje zioła wędrują po ogrodach, a goździki po skalniakach, o topinamburach nie wspomnę.
Nie byłoby mnie stać na zakupienie tego wszystkiego, co dostaje się tak po prostu, bo komuś zbywa, albo żeby się nie zmarnowało. Dlatego, że się mieszka obok, że nasze babcie razem chodziły na tańce, albo, że jestem wychowawczynią czyjegoś Jasia czy Kasi. Niech tak zostanie jeszcze, długo...




Pożytek czwarty. Szpaki, łąki, las i rzeka.

Bóg stworzył ogród, diabeł miasta, pisała moja przyjaciółka Mira w pracy "W poszukiwaniu azylu, czyli o meandrach przestrzennych człowieka".
Coś w tym jest, gubię się w miastach, w lesie nigdy. Bloki zawsze wydawały mi się udręczone, a dzieciom, które mogą wytarzać się na łące lub wybiegać w lesie, inaczej patrzy z oczu. Nie wyobrażam sobie siebie w mieście, choć pewnie starałabym się jakoś tę przestrzeń oswoić, w końcu pomieszkiwałam i w B. i w stolicy... 
Ale nic tak dobrze nie robi mi na duszę, jak wyprawa na pachnące wiatrem ugory, nic tak nie  otula smutków, jak gaworzenie rzeki, nic tak nie łagodzi mi charakteru jak pobywanie w lesie. Lubię swoje zmarszczki od śmiechu i opaleniznę od pracy w ogrodzie. Szpaki są od tygodnia, co dzień im mówię, że je kocham. Dzisiaj widziałam motyle.W opuszczonym ogrodzie narwałam przebiśniegów. Pewnie byłabym inna gdzie indziej. I moja przestrzeń byłaby inna, dom,  i nasze dzieci, nasze lata, całe życie. Dziedzictwo moje podoba mi się, wyśpiewywał Dawid w którymś psalmie. I niech tak będzie, proszę, niech tak zostanie, bardzo długo.






21 marca 2015

Złota Rosa i porzeczkowa wróżka. Kolejne dwa fragmenty.


 
Królowa wróżek była tak piękna, że poklękali w trawie.
- Wstań, Mokraczku, wstań, dzielny Rudolfie, wstań, Świetliku, wstań, Wilczomleczu.
Zamrugali oczyma z niedowierzaniem.
- Znasz nas, szlachetna pani? - wydukał Rudolf przez ściśnięte ze wzruszenia gardło.
- Znam doskonale, wiem o was więcej, niż wy sami. - spojrzała w oczy Mokraczka – Wiem, dokąd idziecie i wiem, jak może się skończyć wasza przygoda. Dlatego chciałam, abyście tu przyszli.
- Pomożesz nam odnaleźć królewnę? - zapytał błagalnie Świetlik.
Pokręciła głową.
- Nie, zrobicie to sami. Ale wy możecie pomóc mnie.
- A nie staniemy się przy tym częścią twojej opowieści? - odezwał się Wilczomlecz zgryźliwie.
Królowa wróżek uśmiechnęła się.
- Już nią jesteście. Cały czas. Wszyscy mamy swoje opowieści i każdy z nas jest częścią opowieści kogoś innego. A wszyscy razem jesteśmy częścią opowieści Kogoś bardzo wielkiego, kto sam jest swoją własną opowieścią... mam do ciebie prośbę, Mokraczku. Zrób coś dla mnie.
- Tak? - zapytał ze ściśniętym gardłem.
- Kiedy będziesz wybierać, pamiętaj, że to, co się zabiera dla siebie, nie ma żadnej wartości. Nigdy nie ma wartości. Nigdy nie ma...


*
Zadarli głowy.
Nad nimi niebo zasłaniały gałęzie wielkiego krzewu, którego palczaste liście były tak wielkie, że mogliby się pod jednym wszyscy schronić przed deszczem. Między liśćmi połyskiwały podobne do jagód owoce, zwieszające się w ciemnych, fioletowej barwy gronach.
- Co to za roślina? - zdumiał się Rudolf, tykając liść końcem miecza – Nigdym takiej nie widział...
- To ribeza – odparł miły głosik z góry – Ale ludzie nazywają ją porzeczką. Zasadzili ją tutaj, podobnie jak jabłonie, a potem odeszli, więc należy tylko do nas.
Otworzyli usta, patrząc ze zdumieniem w górę.
- Czy ktoś tu jest? - zapytał Mokraczek.
- Oczywiście, że jest – odparł urażony głosik – Nie mogłabym zostawić MOJEGO krzaka!
Zza liścia wychyliła się ku nim urocza twarzyczka.
- Jestem Elena – powiedziała skrzydlata istotka – I, oczywiście, jestem wróżką. 


20 marca 2015

Osiem pór roku i wiatr Emily Dickinson

- Dlaczego są tylko cztery pory roku? - dopytywał się Mały przy śniadaniu. Od dwóch dni nie mógł spokojnie spać, podekscytowany zbliżającym się zaćmieniem. Dzisiaj też wstał już przed szóstą, bo a nuż.
- A ile byś chciał?
- Osiem! Ale żeby były różne!
- No to prawie tyle jest. Przedwiośnie, wiosna, powiośnie, przedlecie, lato... - zaczęłam mu wyliczać, pakując kanapki.
No bo naprawdę. Podobno już wiosna, ale u nas ciągle przedwiośnie, co rano szron, pomalowałam ławkę na niebiesko i mi przymarzła w nocy bardzo malowniczo, muszę malować jeszcze raz. Wiatr ciągnie za uszy, chodzimy w rękawiczkach, pranie podmarza na sztywno na sznurze w nocy, a w dzień latają motyle. Tulipany ledwie nosy wysunęły, zimno im. Raz było osiemnaście stopni, innym razem plus dwa. Kwitnie tylko leszczyna i bazie, a z cebulowych krokusy i przebiśniegi z odważną awangardą szafirków. Przedwiośnie!
Bocianie gniazda u sąsiada puste, ale gęsi lecą. Pszczoły widziałam też.
Podobno wiosna ma przyjść dzisiaj, ma to jakiś związek z baranami i równonocą, ale na Podlasie pewnie się jeszcze spóźni. U nas wszystko dwa tygodnie później, nawet czereśnie latem. Jesteśmy krainą ośmiu pór roku.
Ale za to jakie to pory!

Wystarczy wyjść drogą w stronę lasu, zamknąć oczy i wdychać wiatr. To wiatr Whitmana, ten co z pól, z nieba wiejąc twarz nam ogarnia. To wiatr Emily Dickinson, ten, który taki jest samotny w nocy.

Jak samotny musi się czuć Wiatr Nocą -
Kiedy ludzie światła pogaszą
I we wszystkich zagrodach wokół
Zamykane są okiennice i nadchodzi spokój -

Jak dostojnie musi się czuć Wiatr w Południe
Kiedy kroczy i prowadzą go bezcielesne melodie
Poprawiając błędy na niebie
I objaśniając dekoracje

Jak potężny musi się czuć Wiatr o Poranku
Rozkładając się na tysiąc sposobów w brzasku
Poślubia każdego i wszystkimi gardzi
Potem ku swojej Świątyni Wysokiej się unosi.

Wiatr przewieje wszystko, odrze ze zmurszałych, zimowych sukienek, przegoni obłoki jak stada owieczek, poślubi łąki z milionami mleczy, całe to łąkowe Klondike z niefałszowanym złotem. 



Przyjdą czeremchy i wiśnie, przyjdą bzy i zatoniemy wszyscy w leśmianowskich majach i czerwcach.







 I w gotyckich jesieniach...

 
 

...i w poważnych zimach.


 Może mamy osiem pór roku, ale są czasem spełniania się marzeń. I zapewniają nieustanne zachwycenie, wymagając od nas tylko ochoty do spacerów, dobrych kaloszy i ciepłych rękawic. Co do mnie, wchodzę w to:)

Ps. Mały wygrał 3 lizaki od kolegi, który nie wierzył w zaćmienie;)
Ps 2. Usłyszane dzisiaj: chciałbym mieć zawsze nawet małe radości, choćby tak jak wróbel wśród gołębi (o wróblu, próbującym podskubać jedzoną przez gołębie bułkę)

17 marca 2015

Jak smakuje topinambur i imię dla Bezimiennego Ptaka

Topinambur ugotowany. Wygląda tak:


Gotujemy w wyszorowanej skórce, po ugotowaniu obiera się bardzo łatwo, wyłuskuje z brązowego ubranka, jest trochę rozpadający się pod palcami, a może gotowałam zbyt długo? Koło 20 minut.
Najpierw próbowaliśmy topinambur solo. Smakuje całkiem przyjemnie, ja nie czułam w nim orzechowego posmaku, może coś w rodzaju kartofli z nutą słonecznika i pasternaku? Coś a la szparagi? W każdym razie smak charakterystyczny.  Ze względu na niewielką ilość ugotowanego dobra postanowiłam zrobić zapiekankę. Trochę podsmażonej cebulki, trochę brokułów i szparagowej fasoli. Nie dawałam sosu, by nie stracić topinamburowego aromatu i smaku. Zapiekłam w kokilkach, koło kwadransa, tylko od góry.


Znikło szybko:) Chyba odgrodzę blaszaną przegrodą część zagonka i zostawię łobuza na takie podwieczorki. Może być ciekawy jako puree do pieczarek i farsz do papryk.
Poza tym skończyłam już pisać Mokraczka, ostatnie ilustracje się rysują, niektóre poprawiają, za jakiś tydzień książeczka powędruje do recenzentów i może korekty.  Dzisiaj ostatni z fragmentów, który chcę wam pokazać. Z etapami rysowania:



Ach, gdybyście mogli widzieć te tańce wróżek, pokaz baletu motyli, popisy z szablami w wykonaniu pułku komarów, chór biedronek! Jaka radość panowała przy pełnych stołach, pod różami w zdziczałym ogrodzie! Aż nadszedł wieczór i zaszło słońce, a w łagodnym zmroku zaczęły błękitnieć cienie. Mokraczek wymknął się niezauważony i usiadł na niewielkim pagórku, podpierając głowę. Wśród gwaru wesołej zabawy on jeden był smutny.

Nagle zobaczył szarego ptaka, tak jak i on siedzącego w milczeniu na gałęzi kwitnącego krzewu.

- Panie ptaku – zapytał – Dlaczego pan nie śpi?

Szary ptak obrócił na niego smutne oczy.

- Nie mogę spać – odparł melodyjnym głosem – Wszystkie moje sny mnie opuściły. A o czym śpiewać, jeśli nie mam snów? Wyśpiewywałem swoje sny, a były one najpiękniejsze na świecie. Ale teraz nie mam już snów – i wielka łza spłynęła z ptasiego oka.

Mokraczek zapytał, poruszony głęboko.

- A dlaczego nie masz już snów, panie ptaku?

Ptak westchnął.

- Bo zgubiłem swoje imię. I teraz moje sny nie mogą mnie odnaleźć. Błąkają się między niebem i ziemią. Ach, gdyby ktoś odnalazł moje imię! Podziękowałbym mu z całego serca!

Ptak odleciał, Mokraczek został sam. Doleciał go gwar wesołych śmiechów i objął głowę rękoma.

- Dlaczego świat jest właśnie taki? - zapytał ciemności – Dlaczego są piękne ogrody i stworzenia takie jak Złe Oko, dobre wróżki i niemądre mrówki, złe szerszenie i smutne ptaki? Czemu nie mogę odnaleźć Lilijki, bo ciągle muszę ratować kogoś innego i dlaczego to wszystko musiało się przytrafić właśnie mnie?

- Ponieważ to twoja opowieść, wodniku – powiedziała Złota Rosa, wychodząc spoza traw. Jej suknia odbijała srebro księżyca. 

16 marca 2015

Komu dobrze


Kocinka ma dobrze. Brzuszek podgolony do sterylizacji już zarasta puszkiem, humor wrócił, mina obsługiwanej księżnej też. Czuje wiosnę - bobruje ze mną w ogrodzie, tarza się w świeżej, wypielonej ziemi. My też czujemy wiosnę i też nam dobrze, a zwłaszcza mnie, której do szczęścia potrzeba tylko kawałek ziemi, sekator i łopatkę. Jak Mary Lennox z zapałem odchwaszczam "swój kawałek ziemi", wydobywam krokusy na wolność, pierwiosnki oddzielam od trawy, a suche, różane badylki ciacham na kompost.




W kuchni zakwitły stawione w dzbanek gałęzie ałyczy. Stoję nad nimi jak mnich w transie, medytując nad tym bezinteresownym pięknem. To już druga zmiana w dzbanku, pierwsze gałązki zakwitły i przekwitły, króliki bardzo zadowolone zjadły zarówno gałązki jak i pączki.


Tak jakoś lekko na sercu. Kruchość gałązek, jedwabne płatki, brakuje słów. Tak bardzo tęskniliśmy, czekaliśmy, były śniegi, były wiatry, zmrożona ziemia, długie miesiące półmrocznych ranków, znużenia. A teraz słońce nie pozwala mi pisać, zamazując na złoto ekran, a ałyczki kokietują mnie bielą i obietnicą, że jeszcze dwa tygodnie i zakwitniemy wszystkie, całymi konstelacjami po rudych ugorach, które błysną zielenią jak szmaragdy.
Pomidorki od Jagody wzeszły wszystkie, mają już po parze listków i żwawo pchają się do szyby na parapecie. Troszkę je hartuję, otwierając okna. Oberżyna wzeszła. Dzwonki nieśmiało. Dzisiaj wysieję bazylię i musztardową sałatę. Zaproszenia ślubne już gotowe. Słońce, plus 9 dzisiaj. 

Komu dobrze:)




12 marca 2015

Montgomery na wiosnę, czas wspólny, zielona kokarda oraz życie radosne.

"Żyj radośnie, dziecinko. (...)  Lecz zachowuj reguły tej gry, jaką jest życie."

L. M. Montgomery

O poranku świergot wróbli, niespożyty, donośny, za nic mający sobie fakt, że ludzie chcą spać, ponieważ  musieli wypuszczać kotkę o czwartej rano i przeganiać kocury miotłą, bo zawodziły jak banshee.
Słońce maluje okno złotem, powietrze pachnie, na trawie szron, topniejący z każdą minutą. Pachnie kawa, Mały ubiera się do szkoły, oznajmiając z entuzjazmem, że dzisiaj tylko dwie lekcje i trzy świetlice, mamo, a po lekcjach pójdę na bazę, mamo, mamy taką tajną bazę z chłopakami, a tata mówił, że zrobi mi cztery miecze, a dasz mi do sklepiku złoty czterdzieści mamo...
Świat Małego jest pełen zadziwień.
Co ludzie myślą, że wróble myślą? Czy psy rozumieją koci język i co tasiemiec robi w brzuchu człowieka i jakby go rozciągnąć na ziemi, to jaki byłby długi, jak myślisz, mamo?

Próbuję odpowiadać na setki pytań, odrabiamy razem lekcje, ja rysuję chmurki, Duży wyjaśnia mu tajemnice czasów przeszłych, strugamy kredki. Korczak pisał, że należy dać dziecku całe powietrze, jakie mu się należy, całe światło. Trudno było mi to zrozumieć, kiedy byłam młodą mamą i myślałam, że dając swój czas i uwagę dziecku tracę coś z ograniczonej puli czasu własnego. Tymczasem to nie tak, w ogóle nie tak! Czas nie dzieli się na mój, twój, nasz, jest czasem wspólnym, domowym, jak chleb, jak światło, powietrze. Czas jest strumieniem. Można nabrać wody w wiaderko i odnieść sobie na bok, ale nie dziwmy się potem, że nie płynie, nie niesie liści, migotania światła, nie pluskają się w nim ryby i nie tętni życie. Czas żyje, kiedy się dzieli, a współuczestniczenie jest jednym z największych dobrodziejstw.

Pozwalam mu płynąć przez nasz dom, podwórze, zagajnik za ogrodem, przez błękit i kolejne lata, moje i ich. Niesie drewniane miecze, zabawy z psem, wyrastanie ze starych portek, zaręczynowe pierścionki, rowery, dźwięki gitary, wilgę w maju, nowe tapety w korytarzu, przyjaciół,  rozbite kolana. Wszystko nasze, wspólne, domowe, własne, niepowtarzalne.

A od kilku dni czas przyniósł nam nową, świeżą i dopiero rozpakowaną z ciemnego pudełka ziemi wiosnę.
Ach, z jaką przyjemnością odwiązałam zieloną kokardę.


11 marca 2015

Kto chce topinambur?





Proszę, oto moje wykopane bulwy. Tyle ich siedziało na wyspie, choć pewnie niektóre przeoczyłam i nadal będę walczyć.
Mogę odsprzedać chętnym - na wadze widać, ile przestrzennie zajmuje 1 kg.



1 kg w cenie 5 złotych, choć sobie za moje męki wykopywania jakieś inne roślinki kupię:) Siedziało to na wyspie, gdzie kiedyś był skalniak, pod toną kamieni, pozaplątywane w trawę. Plus przesyłka - dowiem się na poczcie ile, to dopiszę, postaram się jutro.




 Rodzaje bulw są dwa, nie wiem czemu, wyglądają gdy rosną i kwitną tak samo. Może mam dwie różne odmiany? Te jasne bulwy są większe i korpulentne, te czerwonobrązowe owalne i zeppelinowe jakieś. Im starsza roślina tym większa bulwa. Zaczynają kiełkować, gotowe do sadzenia:) Mam około 5 kg póki co, ale tendencja jest rozwojowa.



Zanim kupicie topinambur:

- jest to NIESAMOWICIE ekspansywna roślinka. Jedna roślina ponoć wytwarza ponad pięćdziesiąt bulw. Zajmuje coraz większą przestrzeń i staje się lasem. Jak nie wykopiemy bulw i nie wyciągniemy rozłogów do ostatniego okruszka, potem znów mamy las topinamburów.
- słoneczniczki rosną wysokie na 2 metry. Jak lato jest długie a jesień ciepła, zdążą zakwitnąć małymi, żółtymi kwiatkami.
- na zimę ich łodygi drewnieją, trzeba potem je wycinać, fajnie się palą bo są suche.
- posadzone między innymi roślinami wykończą je błyskawicznie, nie dają szans konkurencji.
- podobno można je jeść! Jeszcze nie próbowałam, ale teraz się przełamię  i zdam wam raport.


Ktoś chętny? Decyduje kolejność zgłoszeń, rezerwuję kilogram dla Bazylii, więc jeszcze 4 kg zostaje:)