14 maja 2017

Zamek Czarnego Colina, Highlandy i Loch Lomond

Moim marzeniem było zobaczyć prawdziwy, szkocki zamek. Taki z fotografii w internecie, pocztówek i malowniczych kalendarzy pod tytułem "Zamki Szkocji". Nieodremontowany, niewygładzony dla turystów, takie coś w stylu - kamienie, mgła, woda, gotycki romantyzm.
- Co chcesz zobaczyć? - dziwili się znajomi - Ruinę? Tutaj ruina na ruinie. Gdzie nie spojrzysz, jakieś kamienie.
To prawda. Ale do tej konkretnej ruiny musieliśmy podjechać dość daleko, bo moją wytęsknioną ruiną okazał się zamek Kilchurn, należący do klanu Campbellów. O powstaniu zamku napisano już w "Apud Castrum de Glenurquhay", w 1449 roku. Zamek zbudował sir Colin Campbell, I lord Glenorchy. Nazywano go Czarnym i podobno przed śmiercią chronił go potężny amulet - charmstone.  Kolejną osobą z tego potężnego rodu był też lord Duncan, potomek Colina. Takoż Czarny. Zamczysko odnawia szósty Campbell, też Colin, ale tym razem Szary. Z potomków Campbellów zapamiętuję też chorowitego Słabego Jana.  Campbellowie kontrolowali sporą część zachodniej Szkocji. Potem w perypetiach historii zamek pełnił rolę garnizonu wojskowego dla 200 osób, z więzieniem nawet, Campbell przebywał głównie na wyprawach wojennych, bił się z Turkami na Rodos, a zamku pilnowała jego dzielna małżonka Małgorzata.Zamek był oblegany tylko raz, w 1654 roku, przez generała Middletona, ale z biedy wyciągnął Campbellów sam Cromwell. W 1769 w zamek podczas straszliwej burzy trafia piorun. To początek końca budowli. Uciepri jedna wieża, ruiny z wolna opustoszeją. Zamek leży nad jeziorem Awe, łączącym się z rzeką Awe. Idzie się do niego przez fantastyczną, turzycową groblę, ale kiedyś położony był na wyspie. Pojęcia nie mam, jak oni tam przewozili te kamienie...











Z okien zamku widać Highlandy. Przejeżdżaliśmy przez nie, kotliną między szczytami, Highlandy czarują. Wyglądają tak:




Napisy na drogowskazach są dwujęzyczne, te żółte to jezyk gaelicki:




W Tyndrum ( gaelickie Taigh an Droma) piliśmy kawę razem z prawie dwudziestką harleyowców na motorach i turystami z plecakami, wybierającymi się na szczyty. Podobno w wiosce znaleziono złoto i otwarto tu nawet kopalnię:) A potem pojechalismy nad Loch Lomond. Nie tak sławne jezioro, jak pobliskie Loch Ness, ale przepiękne, spokojniejsze, urokliwe aż tchu brak. Po drodze celtyckie krzyże, kamienne mostki i zaciszne polanki. Żółty kolcokrzew i fioletowe dzwoneczki - pewnie Megi wie, jak się nazywają.
I następnego dnia - do domu. Do Kalinowa. Skąd napisze już do was wiosennie wasza Kalina.








 





Piękne zdjęcia nad jeziorem i w okolicach zamczyska robił nasz przyjaciel Konrad, z którego gościny ( i gościny żony Eugenii) korzystaliśmy. Serdeczne uściski też dla naszej szkockiej części rodziny, Docika i Pawła:) Było cudnie.











12 maja 2017

O gejzerach, szczelinach, kamieniach i wodzie. Część IV.

Gejzery oglądaliśmy w Haukadalur - pogodę mieliśmy tak bajkowa, jak to tylko możliwe. Czekając na kolejne, jak w zegarku, wyskoki białej, rozgrzanej wody i pary, można było opalac się i wygrzewać do woli. 23 stopnie C.

Słowo gejzer pochodzi od staroislandzkiego að geysa.
Spokojne jeziorka, bardzo czyste, bardzo gorące, od czasu do czasy zaczynają się kłębić i bulgotać, a potem następuje spektaklularne puffff. Oglądaliśmy wybuchy gejzera Strokkur, co podobno oznacza poetycko "baryłkę na masło".





Po gejzerach przyszła pora na park narodowy i szczeliny w ziemi. Ponieważ Islandia lezy między Europą a Ameryką Północną, przez środek wyspy przechodzi granica styku dwóch płyt kontynentalnych. I tę granicę widać. W miejscu, które nazywa się Þingvellir.



Cytuję za stroną iceland.pl


"Badania geologiczne wykazały, że szybkość dryfu kontynentalnego w miejscu Grzebietu Środkowoatlantyckiego wynosi około 2 cm na rok.
W Þingvellir ruch kontynentów spowodował powstanie 5,5 kilometrowej szerokości rowu tektonicznego (inaczej nazywanego doliną ryftową), rozciągającego się od Almannagjá do Hrafnagjá, położonego po drugiej stronie jeziora Þingvallavatn. W ciągu 9 tysięcy lat, odkąd lawa wylała się na ten teren, dolina obniżyła się o ok. 60-90 metrów."






To najstarszy na Islandii kościół, z unikatowym egzemplarzem Biblii. Park narodowy Thingvellir, czyli Równina Zgromadzenia. Oglądaliśmy też miejsce obrad ich parlamentu, taki mieli zwyczaj, że obradowali tutaj, To właśnie tutaj m in. zadecydowano o przyjęciu chrześcijaństwa wyspy w 1000 roku czy ogłoszono deklarację niepodległości Republiki Islandii 17 czerwca 1944 roku. Parlament nazywał się Althig i w największe święta obraduje tu nadal. Pięknie obraduje się chyba pod takim niebem, nad taka wodą, wśród głosów ptaków i w wietrze, sunącym od drzew- - tu wyjątkowo są islandzkie, niskie lasy, prawdziwe drzewa, niebieska woda, kamienie i cisza. Dużo ciszy, wody i kamieni,










 





I tak pożegnaliśmy kamienie, wodę, lód i ogień Islandii...





...żeby znaleźć się w Szkocji. Ale o szkockich zamkach i jeziorach w następnym poście. A potem powrót do domu:)

10 maja 2017

Pagórki, szklarnie, islandzki las i wodospady. Część III

Golden Circle to objazdowa wycieczka po najbardziej znanych atrakcjach wyspy. Bardzo pogodny mieliśmy dzień - temperatura sięgnęła 23 stopni, co chyba było swoistym rekordem. Cały nasz autokar, włącznie z jowialnym Amerykaninem, który będzie jeszcze nas witał potem na lotnisku okrzykami: hej, my jesteśmy z tej samej wycieczki! - radośnie paradowała z krótkim rękawem, z wyjątkiem chyba Japonek, które uparcie chodziły pod parasolkami.
Było ciepło. I pięknie. Byłam gotowa na oglądanie cudów i dziwów, choć krążyła mi jednak uparcie w głowie bilbowa piosenka:

Wiodą, wiodą drogi w świat,
Pod gwiazdami mkną na niebie –
Choć wędrować każdy rad,
W końcu wraca w dom, do siebie.
Oczy, które ognia dziw
Oglądały – i pieczary,
Patrzą czule w zieleń niw
I kochany domek stary.

Ale na domek, zieleń i niwy przyjdzie jeszcze czas. Tymczasem czekała nas prawie trzystukilometrowa trasa.




Najpierw było tak. Potem - tak. Pogoda zmieniała się nieustannie.


Potem wjechaliśmy między wzgórza...





...pojawił się niziutki, islandzki lasek i islandzka, zimna, polodowcowa rzeka o kolorze szafiru. No i teraz pora na żarcik o lesie. Co zrobić, jak się w Islandii zgubi w lesie?
Odpowiedź: trzeba wstać.





 i było niesamowicie pięknie... aż do niespodziewanki. Przyszło nam się pozwiedzać islandzkie szklarnie! Pomidory siedzą sobie w worku z ziemią, a rurki doprowadzają im wodę i nawozy.




Ciepłe, geotermalne wody ogrzewają to, co nie wyrosłoby na zewnątrz, oglądaliśmy hodowlę pomidorów, kosztowaliśmy soku i pomidorówki, widzieli trzmiele, wypuszczane do zapylania...






Do pomidorowej zupy były bagietki... Poezja.




małe, kudłate koniki obok farm, bardzo samotnych i skromnych. Przestrzenie... nieziemskie. I słońce. Aż do wodospadu. Wodospad nazywa się Gulfoss, czyli Złoty, jest przepiękny, ogromny, udekorowały go tęcze, pył wodny i ta wodna muzyka huczącego ogromu. Nie mogłam się oderwać. To mój drugi wodospad w życiu, po Niagarze.





W następnym poście gejzery i park narodowy, gdzie spotyka się Ameryka z Europą.