17 kwietnia 2018

Hanami i urodziny Elfa

Dzisiaj zaczęło się hanami w Kalinowie.
Kwitną mirabelki - kwitną, jakby miał to być konkurs na to, która rozkwitnie szybciej, obficiej, która przygarnie więcej pszczół, owinie więcej nieba zapachem i zachwyci więcej przechodniów.
Ja jestem wniebowzięta zupełnie, chodzę, wącham, oglądam, patrzę, nie mogę się rozstać.
Bo to tak krótko, tak straszliwie krótko! Nie dziwię się ludziom, którzy w Japonii nocują pod wiśniami.
Zaraz ruszą i one, wiśnie, wisienki, i nasza amonagawa, i zwykłe czereśnie, skoro mirabelki dały znak, teraz ruszy cała fiesta.
I rozkwitły dzisiaj, na urodziny Elfa, w prezencie. Kochany nasz Elfiku, dla Ciebie, dzisiejsze wszystkie mirabelki z Kalinowa.
















Uściski od Mamy! Niedługo będą konwalie! Pamiętasz? W podarku konwaliowy wiersz Demla dla Ciebie. Czytamy i uśmiechamy się wszyscy.



Konwalio, kruche marzenie korzeni dębu

o kasztelankach z trzynastego stulecia;

również my pragnęlibyśmy zatracić się w dąbrowach

i brać w ręce drobniutkie przedmioty z alabastru.

15 kwietnia 2018

Strasznie szybko biega ten zając




Zaczęło się, ruszyło zielone. To jeszcze nie inwazja, nie leśmianowska zieleń, na tę jeszcze parę dni czekamy, ale z każdym dniem więcej.
Nie nadążam za zmianami. Już nie ma krokusów, już zawilce, już przylaszczki, bazie, motyle i żaby.








Kopię, sadzę, grabię. Warzywniak zasadzony, szklarnia też, brzozy zaczynają zielenieć. Kopię, grabię po pracy, bo tak poza tym, to  urwanie głowy, szykujemy apel,  przedstawienie, projekty, były próbne egzaminy, sprawdzałam próbne egzaminy i na szczęście pociesza mnie wiosna. Jest, naprawdę. Ciepła, serdeczna, nasza własna.




Wiosenny podarek od Miłego, przecudny. Cieszę oczy i nie mogę się nacieszyć!


Kocimiętka i porzeczki już wystartowały.
Mały prowadzi badania obserwacyjne żab w oczku, zaprzyjaźnia się z psami, kotami i nie schodzi z rolek. Średni się tradycyjnie uczy - mamo, mamy 70 zadań z fizyki na tydzień - a Duży pisze pracę na temat fałszerstw wyborczych, badanych metodą regresji. Chyba. Ileś tysięcy gmin musi przebadać, dane z GUS -u.
A ja oglądam zielone i złote.


Oba rabarbary, czerwony i zielony, w kilka dni już rozcapierzyły przepiękne baldachy.


Jeszcze więcej zielonego.




I złotego:)
Jak złapię czas za uszy, napiszę więcej, ale strasznie szybko biega ten zając:)




11 kwietnia 2018

Dojeżdżanie

Zabrakło mleka, a zaczęłam gotować jaglankę po szóstej, wskakuję więc na rower i pomykam do sklepu, mijając zaspaną młodzież z plecakami, słuchawkami i niebytem w oczach. Idą na autobus, dojeżdżać te 40 km do pobliskiego miasta, jak dojeżdża codziennie Średni, a wcześniej Duży.
Chciałabym im powiedzieć, że dojeżdżanie jest jedną z lepszych szkół, gdzie uczą patrzenia na świat. Opowiedzieć o maleńkich sklepikach, które mijałam w Warszawie, z drzwiami otwartymi jak skrzydła aniołów. O zapachu kawy i bagietkach. O tym, że otwierałam szeroko oczy, widząc rozmaite szyldy, zachwycając się "Towarami Różnymi" czy "Szewc Usługi Własne." Widziałam babulki, sprzedające pod osiedlowym sklepem kiszone ogórki, stokrotki a teraz, wiosną, pęki forsycji i tulipanów. 
Dojeżdżałam najpierw do liceum, potem jeździłam do domu w weekendy na studiach, a potem na podyplomowe półtora roku, sześć godzin autobusem w jedną stronę, a potem trzy lata na seminarium doktoranckie. To bardzo ubogaca, powiedziałabym młodym dojeżdżaczom, jak wszystko, co bardzo trudne.
No bo tak bardzo się marznie zimą, tak zamyka się oczy, gdy wiatr  szarpie kaptur kurtki. Ludzie są nie zawsze mili, a czasem po prostu obojętni, w takim samym porannym zmęczeniu. Nie widzą staruszek, koloru tulipanów, sklepików z gorącymi bułkami. Trzeba wstać rano, a przez pół roku po piątej to ciemno, godzina nieludzka, a palce grabieją w rękawiczkach, a tak mało czasu, gdy się wróci do domu. Ciemno rano, ciemno wieczorem.
I czasem sensu nie widać w tym.
Wszystko bym im powiedziała i zgodzilibyśmy się, wiem.
Ale jest jeszcze druga strona.
Nigdy nie poznałabym historii na przystankach, opowiadanych przez kobiety z siatkami i mężczyzn o czerwonych dłoniach. Nigdy nie tęskniłabym tak za domem, ciepłem poduszki i swoją ciszą. Nigdy nie kupiłabym pęku żonkili od babci na Krakowskim. Nie nauczyłabym się przechodzić przez bramki do metra - naprawdę się tego bałam, jak i obrotowych drzwi, że utknę.
Nigdy nie widziałabym wiosen przez okno autobusu i nie czytała zabawnych tabliczek . Nie znała koloru wieczoru w mieście i nie odliczała szumiących brzozami kilometrów. Nie stała się odważniejszym i bardziej wybaczającym bliźnim człowiekiem, bo jak się stoi w ścisku i dyszy sobie w kark, trzeba być wyrozumiałym dla świata. A ile książek przeczytałam w podróży, ile limeryków ułożyłam o mijanych wioskach, ile karmiłam gołębi własną bułką, ile marzyłam, ile wysłuchałam muzyki... Parafrazując Misia, przywozimy z podróży  nie cztery kilo obywatela mniej, ale o wiele, wiele więcej obywatela, tego, co w naszej głowie.


Duży, Elf i mały w dawniejszych czasach, oczekujący na naszym przystanku na znakomity pojazd, zwany autobusem. Duży odmawia pozowania. Mały robi dziwną minę. Elf sobie radzi ze światem:)

07 kwietnia 2018

Ciepły dzień

Nawet u nas dzisiaj pocieplało. Jakby czar zdjęto ze zmrożonej ziemi. Wszystko rzuciło się kwitnąć, zapylać, brzęczeć. Zafascynowana oglądałam pszczoły i trzmiele w krokusach i  na leszczynie - to widok tak chwytający za serce, że podnosi człowieka od razu wzwyż. Jakby się samemu dostało skrzydła. Przetrwały, są znowu, kwitną. Latają. Kolejna zima za nami i kolejna wiosna nasza.







Przebiśniegi, niestrudzone. Zawsze w awangardzie.




 Czarne porzeczki już w pączkach, rabarbar wysuwa nos. Pierwsze listki róż.


W szklarni jeszcze nic nie wzeszło, ale czekam cierpliwie, a raczej niecierpliwie - jak Tadzio z książki o Ani Shirley, który to z siostrą Tolą posadził ogródek. I na swojej grządce co pięć minut sprawdzał, czy coś nie wyrosło.


Wokół róż chcę upleść płotki wiklinowe.


Cywilizacja. W klapeczkach wyjdę po sałatę! Mam dróżki w szklarni z resztek kostki.
W kuchni mam hiacynty, powielkanocnego zająca, piliśmy dzisiaj szejki z kaszy jaglanej z mrożonymi malinami i w ogóle - jak u Miłosza, dzień taki szczęśliwy.
Prostując się, widziałam błękitne niebo i stada gęsi.



06 kwietnia 2018

Migawki wiosenne

Jeśli ktoś myśli, że po paru ciepłych dniach to już wszędzie zawilce, przylaszczki, krokusy, a nawet bratki czy - uwaga! - narcyzy, to niestety. Zawilca dzisiaj znalazłam. Jednego.



Las wygląda tak, jakby był początek marca.



Ale nic się na Podlasiu nie boimy, bo wszystko się nadrobi, wszystko zakwitnie,  jeszcze się doczekamy białych dywanów i szczęścia! Parę ciepłych dni i krajobraz się zmieni. Tymczasem rzuciłam się do ogrodowych robót i skończyłam z pęcherzami od grabienia. Bo jeszcze to, jeszcze wygrabię pod sumakami, jeszcze tam, pod brzozami.  Jak cudnie stać z głową zadartą w błękit i patrzeć na lecące klucze. Boćki u sąsiada klekoczą. Zrobiłam ziołową spiralę, na razie jeszcze gołą i kamienną, ale z czasem sadzonki się pojawią. Posiałam w szklarni sałatę, rzodkiewkę i szczypiorek. Przesadziłam róże, aronie i młode jagody kamczackie. Skopałam pod warzywniak, rozsiałam nawozy na trawniki,  przytachałam kurzy obornik i  tak od paru dni, joga ogrodowa, kolana, pięty, plecy, taczka, szpadel. 
Kupiłam sobie widły, takie lepsiejsze, szaleć w kompoście. Jaka pełnia szczęścia. Chociaż dzisiaj tylko dziesięć stopni, wiatr taki przenikliwy, to jednak naprawdę czuć jak idzie do nas wiosna. Zazdroszczę cudownych widoków Maszce i dziewczynom, u których już kwitnie - jednak mamy ze dwa tygodnie opóźnienia, tak myślę. A dzisiaj u nas zaczynają się wielkanocne, prawosławne święta kresowe, dzwony dzwonią, słońce zachodzi w różach, a ja nie mogę wrócić do domu, bo podziwiam szklarnię i zasiane równo grządki. Co takiego jest w zajmowaniu się ogrodem, że człowiek taki szczęśliwy, nawet kiedy jest zmordowany tak, że zasnąć nie może? "Rzemiosło Adama", jak Szekspir pisał, pierwsze zajęcie ludzi. Coś powstaje, zdaje się, z niczego, myślę, zachwycona jak dzieciak,  kiedy obserwuję czarną, cudowną, hojną ziemię. Częściej u nas ona piaszczysta, ale i tu sobie natura radzi. Podobno za króla Augusta jak robiono pomiary ziem i nadawano klasy, na Podlasiu uznano ziemie tutejsze za "podłe i przepodłe". Nic to, macierzanka rośnie, kocanki, trawy i sosny, pachnące żywicą jak sam raj.
Tak więc ostatnio jestem ciągle w ogrodzie, jakby ktoś nie wiedział, gdzie mnie szukać.
I powiem wam, że jeden mały, wiosenny ptak ze swoim "titu, titu" potrafi zaczarować serce tak, że zapomina się o smutkach.


A pomidorki rosną.