20 października 2021

O całowaniu Kaja, otorbianiu sie w kokonie i ruchu oporu.

 

Była sobie pewna baśń. I było tam o tym, co z nami robi nadchodząca zima.

 

" Posadziła go w saniach obok siebie, nakryła białym futrem, a jemu się zdawało, że zapada w górę śnieżną.

— Pozwól, że cie pocałuję — rzekła i pocałowała go w czoło.

Huu! Jakiż to był zimny pocałunek! Uczuł lód aż w głębi serca, które — jak wiemy — już miał na wpół zlodowaciałe; przez mgnienie oka zdawało mu się, że umiera, ale to minęło bardzo prędko i zrobiło mu się lepiej. Nie czuł już wcale zimna. Królowa śniegu pochyliła się nad Kajem i pocałowała go powtórnie, a w tej chwili chłopiec zapomniał już o wszystkim: o rodzicach, domu, babce i Gerdzie.

Teraz nie bał się wcale pięknej pani, nie wydawała mu się straszna."







 Wyszłam rano do ogrodu i byłam jak ten Kaj, zapominałam o wszystkim, co było dobre i kochane wiosną i latem. I czułam, jak chłód ogarnia serce. I myślałam o tym, jakie piękne są te pocałunki Zimy.

Naprawdę nie tak dawno biegaliśmy po tej trawie boso? Piliśmy lemoniadę ze szklanek z grubym dnem, zapalali lampiony, zrywali czereśnie, leżeli w hamaku, patrząc w porysowane brzozową, świeżą zielenią niebo? Już nie pamiętam. Uroczysty chłód ogarnął wszystko, wszystko zostało sprzątnięte, zamknięte, każda letnia piłka, hamak, drobne, kochane rupiecie, tak potrzebne latem, latarenka z pordzewiałą rączką, drewniany konik, miska na czereśnie...

Tove Jansson w Muminkach  pięknie opisała to zamykanie się w sobie, otorbianie pamięcią, dobrem, zapasami, tworzenie kokonu do przetrwania. Bo tu, na zewnątrz, świat staje się coraz bardziej nieprzyjazny, a lodowe pocałunki  zmieniają serca. Gdzie są moje sanki, kaprysił po lodowym buziaku Kaj, nie pytał, gdzie Gerda, Babcia, dom. Gdzie są moje dalie, co zrobiłaś z różami, dlaczego umarła kolendra i winogrona?

Cyt, Kaju. Wszystko jest, tylko schowało się głęboko, zeszło do podziemi czasu, w cierpliwą partyzantkę i ruch oporu tam, pod kołderką z ziemi. Śpią cebulki tulipanów, róża śni o nowych pąkach. Przeczekamy to, co zimne i co rozjeżdża się po naszym ogrodzie białymi saniami i znów wyjdziemy. Nawet Biała Pani z Narnii nie dała rady tym wesołym grupkom zbuntowanych faunów i wiewiórek, czekających na świętego Mikołaja, ucztujących mimo zimy. Ba, bawet niemądra wiewiórka, która zamarzła w Zimie Muminków na wiosnę ożyła. A może to była inna wiewiórka, tylko podobna. Cyt, damy radę. Ciepło jest w nas. A lodowe pocałunki są faktycznie piękne.






 
Zostawiam na różach te czerwone bombonki. Kojarzą mi się ze świętami. I ptaki je lubią.






Orzech sprał swoje złoto, zostały brązy i chrupkie konanie pod stopą. Kolendra i pietruszka dają radę, gdy szron opada, nadal nadają się do jedzenia. Nie grabię do wiosny, w liściach spać sobie mogą spokojnie różne małe owady, a w większych kupkach gałęzi jeże czy cokolwiek, co też przeczekuje zimę.

Otorbiamy się coraz bardziej. Więcej koców, więcej książek, dżemu truskawkowego i herbaty. Miód na kaszel, kot na kolana. Na szczęście pan Andersen wiedział, jak kończyć baśnie.

 ..........

— Kaju! Kochany Kaju! Znalazłam cię przecież!

Lecz Kaj siedział cichy, sztywny, nieruchomy — a taki zimny!

Gerda wybuchnęła płaczem. Jej łzy gorące padały mu na piersi, przenikały mu do serca, roztopiły lodową bryłę i spłukały z niej okruszynę czarodziejskiego zwierciadła, które było przyczyną całego nieszczęścia.

I nagle serce zabiło mu mocniej, zimny dreszcz przebiegł ciało, zdumiony podniósł oczy na Gerdę, a ona zaczęła śpiewać:

Co ja kocham na tym świecie?
Złote słonko, jasne kwiecie!
Boże ptaszki śpiewające…

A kiedy wymówiła słowa: „Wszystko kocham serca biciem, a przestanę chyba z życiem!” — Kaj przypomniał sobie nagle krzaczek róży, dom, rodziców, babkę, Gerdę i wszystko, co się stało i zrobiło mu się tak smutno, tak smutno w tej wielkiej, białej, pustej, strasznej sali, że wybuchnął ogromnym płaczem, a ze łzami spłynął natychmiast i drugi okruch szkła czarodziejskiego, który mu tkwił w oku.

Wówczas dopiero poznał naprawdę Gerdę i wydawała mu się tak piękną jak dawniej i uczuł, że ją kocha tak mocno jak dawniej i aż krzyknął z radości i objął ją także rękami. I ściskali się serdecznie oboje, płacząc i śmiejąc się razem ze szczęścia."


09 października 2021

Sympatyczni brodacze, ostatki wykopków, sianie poplonu i porządki na grządkach.


 Darowana sobota, piękny dzień, słońce, co prawda sporo chłodniej, ale udało się zakończyć porządki w ogrodzie. Najwyższy czas, już druga noc z przymrozkami, dzisiaj było minus cztery. Padły dalie, onętki, begonie, odjechały dzisiaj taczką na kompost, jak wygnane królewny. Wyrwałam astry, szarłaty i poczerniałe aksamitki. Taki sam koniec spotkał pomidory koktajlowe w doniczkach, po dzisiejszej nocy były jednym wielkim nieszczęściem. I zadowolona, że zdążyłam wybrać wczoraj wszystko, że ponoszone do piwniczki, upakowane w workach, skrzynkach i na półkach, mogłam się oddać grabieniu liści i porządkowaniu zagonków.

Po ziemniakach posiałam poplon, wykę z łubinem i gorczycą. Teraz mogą przyjść deszcze. Podlałam pomidory w szklarni, ciągle dużo zielonych, pikantna papryczka Piramida dopiero  dojrzewa, niektóre gałązki jeszcze kwitną. Zagonki zagrabiłam tylko, zasypałam liśćmi a gdzieniegdzie rozesłałam brązową agrowłókninę, żeby przez zimę chwasty, zwłaszcza psianka, nie zmieniły mi grządek w zielony kożuszek.

I ach, posadziłam sześćdziesiąt cebulek tulipanów w ramach tulipanoterapii, ten tydzień był straszliwie ciężki w pracy, potrzebowałam oddechu w ogrodzie jak... jak oddechu właśnie.

Pakując jarzynowe dobro w kosze i skrzynki przy okazji zachwycałam się formą warzywek. Selery mnie ujęły szczególnie. Jakie z nich sympatyczne brodacze. Kojarzą mi się z Davy Jonesem z piratów z Karaibów, trochę, ale bez odruchu grozy oczywiście:) Buraki pięknie wyrosły, ładna tez marchewka. Udało mi się przed przymrozkami ściąć  cały młody koperek, z jesiennego siewu i mam cała szufladę w zamrażarce na zapas. Bardzo lubię zapasy. Jak Muminki. Tak, teraz tak pięknie  ciepło układa się na kolanach ten cytat, jak mruczący kot;


"Przyjemnie jest zebrać wszystko, co się ma, tuż przy sobie, możliwie najbliżej, zmagazynować swoje ciepło i myśli i skryć się w głębokiej dziurze, w samiutkim środku, tam gdzie bezpiecznie, gdzie można bronić tego, co ważne i cenne, i swoje własne. A potem niech sobie sztormy, ziąb i ciemności przychodzą, kiedy chcą. Niech się tłuką o ściany szukając po omacku wejścia, i tak go nie znajdą, bo wszystko jest zamknięte, a w środku siedzi ten, kto był przezorny, siedzi i śmieje się, zadowolony z ciep­ła i samotności."

 

 
Pierwsza mała dynia już poszła na mleczną zacierkę dyniową z odrobiną cynamonu i brązowym cukrem. Pyszne. Z buraków będzie barszcz, ale to jak zrobię pierogów, bo "chodzą" za mną czebureki i barszcz...






 
Brodacze.Piękne.





06 października 2021

Wykopki. Francuskie dynie, polskie ziemniaki i pełno jesieni, jak w cebrze wina

 Kiedyś to były wykopki. Jechaliśmy starym osinobusem w kilka klas na pole, można było bombardować się ziemniakami, a potem było ognisko, brudne ręce, smak pieczonego ziemniaka i powroty do domu dziurawą szosą. Pilnował nas pan od wuefu i pani od zajęć technicznych, która zimą rąbała drzewo na pieńku, by napalić w klasie w kaflowym piecu. Tak było, nie zmyślam. Opowiadam to dzisiaj dzieciom w szkole, to mi nie wierzą. Ale starej szkoły już nie ma, więc nie mogę im pokazać klasy z piecem, pieńka do rąbania i ławek z dziurą na kałamarz.

Ale jest sezon wykopków i z Miłym zajęliśmy się częścią zagonków za sadem i lasem, gdzie był busz ziemniaczano - dyniowy.

Mówiłam, że nie mam dyń? Oszukały mnie. Po prostu były, ale zielone pod zielonym, czyli ukryte w liściach, pokazały piękne, zielone żeberka, gdy liście zwiędły po zimnych nocach i odsłoniły ziemię. Nie zagłębiałam się wcześniej w ten gąszcz, żeby nie połamać łodyg i liści, dopiero teraz widać, co nam w tym roku wyrosło. A było tak. Niedługo po założeniu zagonka, jeszcze młode. Ziemia popieczarkowa, wysypane zrębkami.

A potem było tak.

Nie wiedziałam sama, co posiałam, bo nasiona dyni zebrałam z zeszłego roku, nie podpisałam, wrzuciłam na wiosnę po dwa w dołek i czekałam. Po liściach powinnam poznać, że to francuskie muszkatołowe, miały po wyrośnięciu taki srebrzysty wzorek na zielonym. No ale. Pomieszały się z cukinią, arbuzem i ogórkami i było im dobrze, schowały się pod żywopłotem ligustrowym, potem wlazły na żywopłot, oplotły jabłonkę i przelazły na ziemniaki. Kiedy wczoraj wyrywałam pędy, miały dobrze ponad dwa, trzy metry łodyg, silne, splątane. Ale zbiory wyszły piękne, a muszkatołowa prowansalska podobno świetnie się przechowuje, zobaczymy.

I ta dam, oto nadejszła wiekopomna chwila wykopków i zbiorów. Szczęśliwa, grzebałam w ziemi jak ryjówka, a Miły stawiał dyniowe bałwany. Czyli dorośli bawią się jak dzieci.



 
Cztery dynie i cała taczka


 
Zające już dobrały się do dyń. Widać ząbki i wzorki po ząbkach. A to ziemniorki wykopane, wyszło dwie taczki, z jakieś dziesięć koszyków. Grunt, że swoje. Chyba ze trzy odmiany pomieszane.


 
I ten moment spokoju, gdy słońce zachodzi, a ziemia odpoczywa. Napracowała się, kochana.

Przy okazji zrobiliśmy rajd po jabłonkach, gruszkach i krzaku pigwy. A w drodze powrotnej oskubałam pomidory.






 
Ogrody coraz bardziej pustoszeją. Niedługo zasną.

 
Dzień dobry, kto to na nas czekał pod drzwiami?





03 października 2021

Kolory października, dużo złota, dużo liści, porządki w ogrodzie i trochę o tym jak być Anią

 Po prostu jesień: dużo piękna, trochę smutku. Broszkiewicz

Teraz, bardziej niż kiedykolwiek, staję się Anią na Zielonym Wzgórzu. Piecyk, książki, koty, herbata, astry i brzozowe drwa. Dynie i złote liście. Melancholijne wichry, snujące się pod lasami mgiełki i te najpiękniejsze, dojrzewające antonówki. I tak, czytamy teraz i Muminki, i Anie, i Trakla, i Gałczyńskiego, a Rilke [Panie już czas] czeka w przymkniętej książce, pod safianową zakładką. Jeszcze trochę. teraz cieszmy się kolorami października.

Październik był śliczny na Zielonym Wzgórzu. Brzozy w kotlinie złociły się jak światło słoneczne, a klony poza sadem mieniły się najwspanialszą purpurą. Dzikie wiśnie wzdłuż alei przystroiły się w najcudniejsze ciemnoczerwone i brunatnozielone odcienie, gdy tymczasem świeża, powtórna zieleń pokryła łąki i pola.

    L.M. Montgomery

 






 
Skręcamy w uliczkę Cichą, patrzymy na złotą brzozę z najpiękniejszego kruszcu.

W ogrodzie zaczyna się wielkie zbieranie. Ten tydzień to moje wykopki, liczę na pogodę, bo marchew, buraki, ziemniaczki liczą na mnie, zostaną tylko pory, jarmuż i to, co dla ptaków na zimę, czyli słoneczniki i wszystko, co ma nasiona i owocki.




 
Skrzynie zakrywam agrowłókniną na zimę, by nie zasiała mi się psiankowa łąka. Na zagonki pójdą liście grubą kołderką, by zasłonić ziemię. Na razie chodzę i cieszę oczy kolorami.

Teraz najładniej wygląda baldachim ze złotogłowiu na pergoli, przebarwia się dławisz, aktinidia i winogron. Brodzimy w liściach. Kretom pewnie opadają liście na zdziwione nosy, gdy się wykopują kolejny raz w dziesiątkach kopczyków akurat na mojej spacerowej, pergolowej ścieżce.





 

Pomidory ciągle kwitną w szklarni, biedne, nie wiedzą, że już nie dojrzeją, że czeka je listopad i przemijanie. Średni pojechał na studia, [brak jednego głosu w domu jest jak wycięcie drzewa w baśniowym lesie...]Mały skończył 16 lat i jesteśmy niezmiennie od lat szczęśliwi, że ten dzielny, szczodry, wesoły i pogodny duszek wybrał nas na swoją rodzinę, bo dzięki niemu parskam śmiechem o wiele częściej, niż by wypadało. Rośnij duży, Mały!

Dzisiaj skończyłam sprawdzać i wprowadzać wyniki diagnoz na początku roku, zakończyliśmy w szkole także niestrudzone eksplorowanie okolic Soplicowa i na razie mogę zająć się jesienną poezją i wykopywaniem ziemniaków. Miskanty purpurowieją, trawnik dostał złotych ornamentów, koty penetrują ogród z niesłabnącym entuzjazmem, a ja patrząc na nie myślę za Anią Shirley filozoficznie: świat jest taki ciekawy... Nie byłby taki ani w połowie, gdybyśmy wszystko o nim wiedzieli, prawda?