Dziecko plus nowa narzuta na łóżko. Dziecko płci męskiej, czyli syn. Co czyni sytuację jeszcze bardziej niebezpieczną i przewidywalną.
Zakupiwszy ową nową narzutę w kolorze zupełnie rozbrajającego błękitu plus dwa jaśki do tego, ozdobiłam swoje łoże i podziwiałam jakieś pięć minut.
- O, nowa narzuta - Duży zajrzał do sypialni, po czym uwalił się, aż sprężyny jęknęły. Dwa nowe jaśki wpakował sobie na głowę, a jeden pod brzuch.
- Możesz powiedzieć, co robisz? - rzucam tonem, jakim lady Berghoff pytała służby: Janie, co znaczy ten trup w bibliotece?
- Kokonuję się - odparło mi niefrasobliwie duże dziecko o nogach hobbita, w niedbałym, wakacyjnym odzieniu i z bosymi piętami, których czystości wolałam nie sprawdzać.
- Co to znaczy kokonuję się?
Więc mi wyjaśnił dość mętnie, że chodzi o poczucie bezpieczeństwa, stan zawinięcia w coś, odizolowania od świata zewnętrznego, w czym pomagają dwie poduszki na uszy i do czego nowa narzuta jest wprost niezbędna. Niestety, przytłoczona faktem, że moja nowa narzuta wzbudza poczucie bezpieczeństwa, nie miałam serca wygonić kokonowca, czego skutkiem było owej narzuty lekkie, nonszalanckie zgniecenie. Ale w końcu narzuta nie jest po to, by leżała, ale była używana, tłumaczyłam sobie.
Do czasu, aż Duży kokonowiec zmył się, a zainstalował się tam Mały, który musiał grać w minecraft, siedząc na łóżku ( jaka śliczna nowa kapa, mamusiu). Udało mi się wytłumaczyć mu, że chrupki z mlekiem jemy w kuchni, czekoladę też, ale nie wiedziałam, że już wisi nad nami, narzutą i mną, fatum w postaci czerwonego mazaka.
Ponieważ do realizacji projektu w minecrafcie Mały potrzebował szkicu, wykonał tenże szkic czerwonym mazakiem, niezbyt szczelnie zamkniętym, plan szczegółowy, z lotniskiem, kosmodromem, blokami i parkiem. Potem mazak położył na kartce, a kartkę na narzucie. Ześlizgnął się, mamusiu, tłumaczył potem pełnym skruchy głosem, on sam się z kartki sturlał i ześlizgnął, ja nie wiedziałem, że on cieknie... i chlip, chlip, łzy.
Stałam i patrzyłam na oryginalną czerwoną plamę pośrodku błękitnej narzuty. Mały pocieszająco podszedł do mnie i się przytulił.
- To się przykryje poduszką, mamusiu - powiedział z nadzieją - Nic się nie martw!
Ps. Średni jeszcze niczego narzucie nie zrobił tylko dlatego, że jeszcze nie wypełzł ze swojej jaskini.
18 sierpnia 2013
Sierpniowe mgły
Przyszły nie wiadomo skąd.
Jeszcze niedawno zachody słońca były jak dramatyczne spadnięcie kurtyny, w feerii barw, od których Rembrandta zabolałyby zęby; od kanarkowej żółci po czerwienie malin. Świerszcze grały tego walca Arama Chaczaturiana, do sztuki Lermontowa "Maskarada", od upału otwierało się okna, bo lepiej zostać pożartym przez komary, niz umrzeć z braku tlenu... tak, takie były noce i wieczory. I jeszcze orkiestra wyfrakowanych żab, i balety gacków...
A potem artyści zwinęli instrumenty i odeszli, a na scenę weszły sierpniowe mgły.
Lekkie woale, wypełzające znad mokradeł od strony cmentarza, w ciszy. Grzbiety koni w tej mgle jak samotne wyspy, brązowe na tle szarości, fioletów i rudości. Siedzimy na tarasie z Dużym i milczymy.
Ja milczę, to dla mnie dziwne, bo Duży zawsze był oszczędny w rozmowach.
Świerszcze są nadal, ale cichsze, bardziej zamyślone. Lubię siedzieć na najwyższym stopniu, z rękoma zwieszonymi między kolanami i patrzeć; nasz ganek wychodzi na zachód. Mgły podnoszą się, najpierw sięgają koniom pęcin, potem zasłaniają brzuchy, a potem już tylko przesuwające się karki i grzbiety przez mleczny nurt płyną sobie, jak jelenie płynące przez rzekę w Lascaux, z ciemności w ciemność. Żeby to zobaczyć, muszę wstać i pójść uliczką Cichą, za skraj lasu, który wyrósł już wysoko, zasłaniając horyzont.
Przy okazji pstrykam zdjęcia owiniętym mgłą pajęczynom, badylkom wyschłych biedrzeńców, wrotyczów ciągle jędrnych, brązowej miodunce...
W takie wieczory nie chce się nic mówić. Patrzy się, słucha kosów w czubach drzew, ochrypłej, samotnej sroki, dalekich brzęków wiader. Nadchodzi z wolna noc, malując akwarelami krajobraz.
Jest się szczęśliwym w spokojny, smutny sposób. Czasem smutek ma w sobie wiele ze szczęścia.
Lato jak wielka primbalerina, owija się w biały szal i cichutko, na palcach, schodzi ze sceny. Gasną światła.
Jeszcze niedawno zachody słońca były jak dramatyczne spadnięcie kurtyny, w feerii barw, od których Rembrandta zabolałyby zęby; od kanarkowej żółci po czerwienie malin. Świerszcze grały tego walca Arama Chaczaturiana, do sztuki Lermontowa "Maskarada", od upału otwierało się okna, bo lepiej zostać pożartym przez komary, niz umrzeć z braku tlenu... tak, takie były noce i wieczory. I jeszcze orkiestra wyfrakowanych żab, i balety gacków...
A potem artyści zwinęli instrumenty i odeszli, a na scenę weszły sierpniowe mgły.
Lekkie woale, wypełzające znad mokradeł od strony cmentarza, w ciszy. Grzbiety koni w tej mgle jak samotne wyspy, brązowe na tle szarości, fioletów i rudości. Siedzimy na tarasie z Dużym i milczymy.
Ja milczę, to dla mnie dziwne, bo Duży zawsze był oszczędny w rozmowach.
Świerszcze są nadal, ale cichsze, bardziej zamyślone. Lubię siedzieć na najwyższym stopniu, z rękoma zwieszonymi między kolanami i patrzeć; nasz ganek wychodzi na zachód. Mgły podnoszą się, najpierw sięgają koniom pęcin, potem zasłaniają brzuchy, a potem już tylko przesuwające się karki i grzbiety przez mleczny nurt płyną sobie, jak jelenie płynące przez rzekę w Lascaux, z ciemności w ciemność. Żeby to zobaczyć, muszę wstać i pójść uliczką Cichą, za skraj lasu, który wyrósł już wysoko, zasłaniając horyzont.
Przy okazji pstrykam zdjęcia owiniętym mgłą pajęczynom, badylkom wyschłych biedrzeńców, wrotyczów ciągle jędrnych, brązowej miodunce...
W takie wieczory nie chce się nic mówić. Patrzy się, słucha kosów w czubach drzew, ochrypłej, samotnej sroki, dalekich brzęków wiader. Nadchodzi z wolna noc, malując akwarelami krajobraz.
Jest się szczęśliwym w spokojny, smutny sposób. Czasem smutek ma w sobie wiele ze szczęścia.
Lato jak wielka primbalerina, owija się w biały szal i cichutko, na palcach, schodzi ze sceny. Gasną światła.
17 sierpnia 2013
Domowy kompot z mirabelek, jabłka do szarlotki i co ja robię z wrzosów
Nasza mirabelka wygląda jak reklama Edenu. Takie drzewa tylko u nas, powinien wisieć transparent. Nie mam serca patrzeć, jak cudowne, złote śliweczki setkami opadają w trawę, więc znów tonę w słoikach. Po galaretkach nadeszła kolej na kompoty. A kompoty z mirabelek robię tak:
- najpierw upycham mirabelki do wyparzonych słoików po sam wierzch
- potem sypię po sześć łyżek cukru na litrowy słoik
- pakuję słoikowe towarzystwo do wielkiego gara, na ściereczkę i zagotowuję, aż cukier się rozpuści, a mirabelki "oklapną" - po zagotowaniu będą zajmować około 3/4 słoika.
- teraz podpisać, ogacić serwetką i do piwniczki, na zimę jak znalazł
Poza twórczością mirabelkową, szykuję też jabłka do szarlotki. Papierówki, antonówki, obieram, kroję w kawałki, zagotowuję aż zmiękną i puszczą sok, z odrobiną wody, bez cukru. Potem dodaję cukier, przyprawę do szarlotki jak mam, a jak nie mam, to cynamon i trochę gałki muszkatołowej, kilka goździków. W słoiki, pasteryzować, na szarlotkę idealne, na kruche.
A kruche szarlotkowe TU opisałam, jak robię.
Kiedy słoiki pyrkotały przyjaźnie w kuchni, ja na tarasie plotłam wianek z wrzosów i jarzębiny. Na stelażu z brzozowych gałązek, z wrzosów się robi bukieciki i wiąże jeden przy drugim, gęsto, aż zakryjemy gałązki.
Ta cała wianko - i przetworoterapia podoba mi się ogromnie. Mniej tęsknię i rozmyślam sobie o cudownych czasach polskich dworków, gdy drylowało się porzeczki i agrest, smażyło konfitury, a przepisy zaczynały się od zdania: weź sześć dziewek, niech łuskają orzechy.
Chodzę po domu, ustawiam sama dla siebie bukiety, piję sama z sobą herbatę i słucham okrzyków dzikich Indian z trampoliny. Ganiam ich po ziele dla królików, do wożenia drewna i rąbania ( Duży).
Dzisiaj Mały mnie pytał, co to tyrania.
Mam nadzieję, że nie miał nic specjalnego na myśli :)
- najpierw upycham mirabelki do wyparzonych słoików po sam wierzch
- potem sypię po sześć łyżek cukru na litrowy słoik
- pakuję słoikowe towarzystwo do wielkiego gara, na ściereczkę i zagotowuję, aż cukier się rozpuści, a mirabelki "oklapną" - po zagotowaniu będą zajmować około 3/4 słoika.
- teraz podpisać, ogacić serwetką i do piwniczki, na zimę jak znalazł
Poza twórczością mirabelkową, szykuję też jabłka do szarlotki. Papierówki, antonówki, obieram, kroję w kawałki, zagotowuję aż zmiękną i puszczą sok, z odrobiną wody, bez cukru. Potem dodaję cukier, przyprawę do szarlotki jak mam, a jak nie mam, to cynamon i trochę gałki muszkatołowej, kilka goździków. W słoiki, pasteryzować, na szarlotkę idealne, na kruche.
A kruche szarlotkowe TU opisałam, jak robię.
Kiedy słoiki pyrkotały przyjaźnie w kuchni, ja na tarasie plotłam wianek z wrzosów i jarzębiny. Na stelażu z brzozowych gałązek, z wrzosów się robi bukieciki i wiąże jeden przy drugim, gęsto, aż zakryjemy gałązki.
Ta cała wianko - i przetworoterapia podoba mi się ogromnie. Mniej tęsknię i rozmyślam sobie o cudownych czasach polskich dworków, gdy drylowało się porzeczki i agrest, smażyło konfitury, a przepisy zaczynały się od zdania: weź sześć dziewek, niech łuskają orzechy.
Chodzę po domu, ustawiam sama dla siebie bukiety, piję sama z sobą herbatę i słucham okrzyków dzikich Indian z trampoliny. Ganiam ich po ziele dla królików, do wożenia drewna i rąbania ( Duży).
Dzisiaj Mały mnie pytał, co to tyrania.
Mam nadzieję, że nie miał nic specjalnego na myśli :)
16 sierpnia 2013
Drzewa, których nie ma
Urodziłam się w pożydowskim domu, chatce raczej, przed którą rosła stara jabłoń. To pierwsze drzewo, którego już nie ma. Nie ma też starej chatki, niewiele zostało ich poza centrum miasteczka, gdzie pożydowska zabudowa trzyma się jeszcze dzielnie, co najwyżej przykryta nową blachą lub obita szalówką. Właziłam na tę jabłoń namiętnie, w sierpniu spadało z niej deszczem złocistych papierówek, nawet chodnik w nich tonął, bo gałęzie sięgały daleko za ogrodzenie. Wiosną pień bielono do połowy, co kojarzyło mi się z dziewczynkami w podkolanówkach i z pochodami pierwszomajowymi. Lubiłam pochody, bo wtedy pan Drystun otwierał budkę z lodami i sprzedawał gałkę w waflu.
Drugie drzewo, którego już nie ma, rosło u moich teściów. Też jabłoń, mówiono na nią "piepieńka". Owoce były złociste, bardzo kruche, soczyste, nadzwyczaj smaczne. Może to była jabłoń landsberska, glogierówka, zwana Pepinką Litewską, a może kronselska, a może Pepina Linneusza? Nie wiem, byłam za młoda, by to wtedy rozpoznać, a teraz, wydobywając z pamięci smak, zapach, aromat miąższu, chrupiącego pod zębami, lekko piegowatej skórki - teraz bezradnie stoję w zapomnianym sadzie. Tamte jabłonie odeszły, tak samo jak kantówki, kosztele, kalwille, renety, sztarkingi, czy Cesarz Aleksander o czerwonej skórce, tak wyborny we wrześniu, gdy mgły szeptały wieczorami o nadchodzącej nieuchronnie zimie...
Trzecie drzewo, którego już nie ma, to stara lipa przy domu moich dziadków, tym magicznym domu, który opisuję we "Wnuczce czarownicy". Runęła którejś burzy, z całym splendorem pszczelego królestwa, z imperialnym zapachem miodów lipcowych, brzękiem, milionem liści, pniem, którego dziecinne rączki nie objęłyby, z całą moją dziecinną rozpaczą...
Każde drzewo odchodziło tak, jak odchodził przyjaciel. Topole za garażami. Wiśnie. Brakuje mi ich nadal, gdy widzę te puste miejsca. Może dlatego namiętnie sadzimy z mężem drzewa, nasza posesja jest jednym wielkim lasoogrodem, nad czym ubolewają sąsiedzi - "tujów by nasadzili, a nie taki gąszcz robią."
A ja jak tylko zobaczę kolejne drzewko do posadzenia, to oczy mi się śmieją. Kiedyś urosną, będą wielkie i stare, a nasze dzieci i wnuki będą spacerować pod nimi i zadzierać głowę, by widzieć błękit nieba przez wiekuistą zieleń.
15 sierpnia 2013
Mrożek, wyprawa na wrzosy, migotanie
Czytam właśnie, że Sławomir Mrożek odszedł. Aparat fotograficzny migoce do mnie kocim okiem, zdjęcia się zgrywają. Ładnie pisał o kobietach.
"W wielkich mękach i bardzo późno, ludzkość męska zaczęła podejrzewać dopiero istnienie, a potem z trudem odkrywała to, co wie każda kobieta: dwoistość uczuć, niekonsekwencję, zmienność, zapominanie, to, co nazwałbym zasadą migotania"
Ładne, to migotanie. Jak migotanie światła i cienia na leśnych dróżkach. Jeszcze powinien napisać, że kobiety są silne. Kobieta wszystko wytrzyma, mawia mój mąż, gdy marudzę, że czegoś nie dam rady. I jak sobie przypominam, rzeczywiście, wytrzymywałam. Tak, kobiety są silne.
Las miał dzisiaj nasycone barwy, jak u Gauguina. Babcia Gauguina miała na imię Flora. Jakoś miło mi o tym myśleć.
"W wielkich mękach i bardzo późno, ludzkość męska zaczęła podejrzewać dopiero istnienie, a potem z trudem odkrywała to, co wie każda kobieta: dwoistość uczuć, niekonsekwencję, zmienność, zapominanie, to, co nazwałbym zasadą migotania"
Ładne, to migotanie. Jak migotanie światła i cienia na leśnych dróżkach. Jeszcze powinien napisać, że kobiety są silne. Kobieta wszystko wytrzyma, mawia mój mąż, gdy marudzę, że czegoś nie dam rady. I jak sobie przypominam, rzeczywiście, wytrzymywałam. Tak, kobiety są silne.
Las miał dzisiaj nasycone barwy, jak u Gauguina. Babcia Gauguina miała na imię Flora. Jakoś miło mi o tym myśleć.
Połowa sierpnia i Pan Kot
Tak, połowa. Za dwa tygodnie wracam do pracy, śniła mi się już dyrektor, tłumacząca surowo, że nie wypełniłam nadgodzin.
A propos pani dyrektor, to zawsze przy tym sformułowaniu przypomina mi się genialna Stefania Grodzieńska i jej genialne "Żegnaj Stop Uciekam z technik dentystyczny".
Pod brzozami warstwa liści, powplatanych w trawy jak klejnoty w siateczkę na włosach średniowiecznej damy. Ogórki padły i skończyły się, zżółkłe badyle w ogrodzie czekają na wyrwanie. Nie ma już fasolki szparagowej, ale można kopać ziemniaczki. Maliny u mamy kuszą słodyczą, wrzosy i hortensje prosza o bukiety, suszę płatki róż. Pijemy kompoty z gruszek, wietrzę pościel i koce na sierpniowym wietrze i słońcu; będą nam pachniały jesienią. Mały dopytuje mnie, czy chciałabym być kotem, Duży wyjeżdża na kolejny obóz, a Średniak z powagą absolwenta podstawówki odmawia grania w chowanego z resztą bandy sąsiedzkich dzieci co wieczór w ogrodzie i pod lasem.
Tak, czasem chciałabym być kotem.
Połowa.
Nie zdążyłam tylu rzeczy.
Nie poskładaliśmy tego stosu drewna, nie poszyłam jeszcze pokrowców na krzesła w salonie, nie zrobiłam przecierów z pomidorów, dużo było leżenia na tarasie w słońcu, czytania, muzyki i spacerów po lesie, poczucie winy skrobie mi w drzwi. Trudno.
Poranki są zimne, rosa lodowata, w kuchni pachnie szarlotką a dzisiaj robię letni deserek: panna cotta, co moi chłopcy spolszczają na Pana Kota.
- Mamo, zrób Pana Kota!
No więc dzisiaj zrobię Pana Kota, polenię się, pozbieram płatki róż, kto wie, może wrzosów natargam z lasu... Tęsknię za wrzosowymi polanami i zapachem grzybów.
Chce mi się przepróżniaczyć dzisiaj tak z pół dnia, może mi się uda.
Trzymajcie kciuki!
Przepis na Pana Kota - nie używam żelatyny, bo Duży jako wegetarianin protestuje, a wodorostów w ramach zastępczego produktu żelatynowego akurat nie mam.
0,5 l śmietany
100 g cukru
5 białek
szczypta soli, wanilia
Śmietankę podgrzewamy przez 5 minut i dodajemy cukier plus szczyptę soli, rozpuszczą się, studzimy, ubić pianę, zmieszać ze śmietanką wystudzoną i piec w piekarniku w kąpieli wodnej 1, 5 godz w temperaturze 150 stopni. Wyjąć, wystudzić w formie, całą noc w lodówce, ta dam. To wersja bardziej skomplikowana.
W ramach mniej skomplikowanego Pana Kota zagotowuję śmietankę z cukrem, tę 30%, tak jak przy deserze lemon posset, w pucharki, zastyga, na wierzch sos malinowy. Dla nas może być, a że nie prawdziwy Pan Kot, ale nasz własny, to nic.
A propos pani dyrektor, to zawsze przy tym sformułowaniu przypomina mi się genialna Stefania Grodzieńska i jej genialne "Żegnaj Stop Uciekam z technik dentystyczny".
Pod brzozami warstwa liści, powplatanych w trawy jak klejnoty w siateczkę na włosach średniowiecznej damy. Ogórki padły i skończyły się, zżółkłe badyle w ogrodzie czekają na wyrwanie. Nie ma już fasolki szparagowej, ale można kopać ziemniaczki. Maliny u mamy kuszą słodyczą, wrzosy i hortensje prosza o bukiety, suszę płatki róż. Pijemy kompoty z gruszek, wietrzę pościel i koce na sierpniowym wietrze i słońcu; będą nam pachniały jesienią. Mały dopytuje mnie, czy chciałabym być kotem, Duży wyjeżdża na kolejny obóz, a Średniak z powagą absolwenta podstawówki odmawia grania w chowanego z resztą bandy sąsiedzkich dzieci co wieczór w ogrodzie i pod lasem.
Tak, czasem chciałabym być kotem.
Połowa.
Nie zdążyłam tylu rzeczy.
Nie poskładaliśmy tego stosu drewna, nie poszyłam jeszcze pokrowców na krzesła w salonie, nie zrobiłam przecierów z pomidorów, dużo było leżenia na tarasie w słońcu, czytania, muzyki i spacerów po lesie, poczucie winy skrobie mi w drzwi. Trudno.
Poranki są zimne, rosa lodowata, w kuchni pachnie szarlotką a dzisiaj robię letni deserek: panna cotta, co moi chłopcy spolszczają na Pana Kota.
- Mamo, zrób Pana Kota!
No więc dzisiaj zrobię Pana Kota, polenię się, pozbieram płatki róż, kto wie, może wrzosów natargam z lasu... Tęsknię za wrzosowymi polanami i zapachem grzybów.
Chce mi się przepróżniaczyć dzisiaj tak z pół dnia, może mi się uda.
Trzymajcie kciuki!
Przepis na Pana Kota - nie używam żelatyny, bo Duży jako wegetarianin protestuje, a wodorostów w ramach zastępczego produktu żelatynowego akurat nie mam.
0,5 l śmietany
100 g cukru
5 białek
szczypta soli, wanilia
Śmietankę podgrzewamy przez 5 minut i dodajemy cukier plus szczyptę soli, rozpuszczą się, studzimy, ubić pianę, zmieszać ze śmietanką wystudzoną i piec w piekarniku w kąpieli wodnej 1, 5 godz w temperaturze 150 stopni. Wyjąć, wystudzić w formie, całą noc w lodówce, ta dam. To wersja bardziej skomplikowana.
W ramach mniej skomplikowanego Pana Kota zagotowuję śmietankę z cukrem, tę 30%, tak jak przy deserze lemon posset, w pucharki, zastyga, na wierzch sos malinowy. Dla nas może być, a że nie prawdziwy Pan Kot, ale nasz własny, to nic.
14 sierpnia 2013
Etykiety na ziołowe herbaty
Suszę zioła i pakuję w torebki. W kuchni pachnie jak w Herbapolu albo i lepiej, świeże i podsuszone wiszą w pęczkach, te suche pakuję w eleganckie torebki z szarego papieru i doczepiam etykietki. Za oknem słońce, ale powietrze ostre, chłodne; astry kwitną, a rosa w ogrodzie zimna, jak pocałunek jesiennej wróżki. W kuchni pyrkoczą jabłka młoda kapusta. Ja dziergam etykietki.
Jako, że nie znalazłam w sieci czegoś, co by mnie zadowoliło, w gimpie wykombinowałam sama rzeczone etykiety w formie kolażu a la scrapbook i proszę, udostępniam bez licencji, jakby ktoś chciał wydrukować lub przerobić sobie. Korzystałam z darmowych graficzek i elementów. Tudzież darmowego gimpa.
Dwie wersje, z podpisem Kaliny i bez. Na razie tylko melisa, w planie jeszcze sześć ziółek.
Dodałam jeszcze jedną, z inną czcionką i wyraźniejszym motywem zielonych listków.
Jako, że nie znalazłam w sieci czegoś, co by mnie zadowoliło, w gimpie wykombinowałam sama rzeczone etykiety w formie kolażu a la scrapbook i proszę, udostępniam bez licencji, jakby ktoś chciał wydrukować lub przerobić sobie. Korzystałam z darmowych graficzek i elementów. Tudzież darmowego gimpa.
Dwie wersje, z podpisem Kaliny i bez. Na razie tylko melisa, w planie jeszcze sześć ziółek.
Dodałam jeszcze jedną, z inną czcionką i wyraźniejszym motywem zielonych listków.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


