14 czerwca 2014

Ech, te pikniki.


Jest popielaty ranek, zakupy wróciły ze sklepu na moim czerwonym rowerze, a rower wrócił ze mną i ta czerwień roweru, szarość pochmurnej godziny, kolor sałaty na stole, pierzasty zagajnik kopru, widnokrąg razowego chleba, no i oczywiście fakt, ze zaraz idę do pracy, to wszystko sprawia, że stoję i tęsknię. Tak w sumie za wszystkim. Andrzej Poniedzielski napisał, że Słowianin nie musi mieć za czym tęsknić, żeby tęsknić. Mam wrażenie, że gdziekolwiek bym nie poszła, noszę siebie ze sobą i siebie w sobie, te wszystkie Kaliny poranne, wieczorne, letnie i zimowe,  tęskniące tak bardzo, próbujące wypowiedzieć coś, co umyka słowom. I za dużo mówię, za dużo piszę, za dużo myślę. Ratują mnie zwykłe rzeczy, one nie nawiązują ze mną dialogu, ale po prostu są, nie muszę wyjaśniać bułeczkom i filiżankom, jak bardzo chcę zrozumieć świat, zachować go, przeżyć, poczuć smak. Chwała porannym filiżankom, chwała kromkom chleba, czerwieni roweru pod nieco odrapanym sklepem, dzwonów z Kościoła na jutrznię, które stęskniony jak i ja wiatr niesie nad ugorami, ku puszczy. Bo są, kochane, dobre, zwyczajne.
Zaraz idę do pracy, tylko ogarnę stosy naczyń w zlewie, ale dzisiaj cała szkoła bawi się na pikniku - zazdrośćcie mi! Ech, te pikniki rodzinne w małych, wiejskich szkołach, gdzie będą pokazy jednego wozu straży pożarnej i wspaniałych ochotniczych strażaków, bardziej tu popularnych niż Messi czy Ronaldo, zjawią się też szczudlarze, będzie kącik ze zdrową żywnością w formie pieczonego przez panią Olę chleba i czterech słoików świeżego miodu, i kiszonych ogórków w kamieniaczku, i będą rozgrywki pokrzykujących, spoconych czwartoklasistów na wczoraj skoszonym nierówno boisku, i konkurs plastyczny, na który mamy całe 12 pudełek pasteli i 10 arkuszy szarego papieru, i  nad tym wszystkim popielate chmury, chłodny wiatr, zieleń już letnią wokół...! Ech, te pikniki:)
Kiedy to piszę, wróble i szpaki za oknem udają orkiestrę klezmerów, kawa w różowym kubku jest gorąca i dobra, na szczęście są ciepłe swetry na zimne poranki czerwcowe, bo pełnia czerwcowa zmieniła pogodę i wiatr gra wszystkim dzisiaj  na nosie zimnymi palcami.
Wszystkim dobrego dnia, zawijajcie się w sobotnią bliskość siebie, tulcie dobrym słowem.
Uśmiechnijcie się do owiniętej swetrem  Kaliny na pikniku, pogryzającej kiszone ogórki z grubiutkiego kamieniaczka.




A po powrocie z pikniku: był chlebek domowy, były koreczki...


I ciasteczka z ziarenkami, i pierożki wegetariańskie...


I było malowanie Ogrodu Zdrowia...


I wiązanie balonów, i malowanie twarzy.



I własnoręcznie robione potrawy. szaszłyki z truskawek, pani spróbuje, sama robiłam!


12 czerwca 2014

Jeszcze więcej róż



Nie mam ich dosyć. Patrzyłabym, wąchałabym, klękała niemal, marząc tylko o jednym; żeby było ich więcej. Każda róża jest jak szkatułka z sekretem, a w tym sekrecie tajemnica, a w tej tajemnicy marzenie. Są idealne, absolutnie. Każdy zwinięty pąk, każda rozkwitająca siostra przy siostrze, piękna pojedynczo, a w gromadzie piękna nieziemsko, piękna w świętej geometrii, w spiralach, okręgach, owalach, w nieskalanej delikatności.
Wyprowadziłam na różany podwieczorek filiżanki, koronkowy obrusik, żeby wypić herbatkę w towarzystwie Królowej. Takiego wieczoru już nie będzie, takich róż, takich czarów, które maluje na ciemniejącym niebie srebrzysta, łagodna pełnia.
Żegnam się z moim ogrodem, nieco ponad tydzień jeszcze i zacznę kalinowe wakacje Gdzie Indziej, ale o tym jeszcze sza, jeszcze cyt, niech na razie kwitną róże, płyną księżyce, a filiżanki nadstawiają malowane uszka na szepty czerwcowej nocy.



Tarta z kurkami i rozmarynem. I logika Małego.



Kurek czas!
Poczułam się zanęcona, widząc w środku lasu ciemnego, przy drodze, porannych obywateli sprzedających kurki świeżutkie, zebrane dopiero co,  takie jędrne, kruche, o miodowej barwie i leśnogrzybowym aromacie. Przez szybę samochodu prawie poczułam ten aromat, metafizyka. No więc nabyliśmy całe dwa kilo i zrobiłam z kurek to, co dla mnie najsmaczniejsze: kurki w cieście francuskim, kurki z sosem ziołowym i tartę rozmarynową, na którą przepisem chcę się podzielić.

Tarta rozmarynowa

Składniki:

- kurki, tak około dwóch szklanek na standardowej wielkości tartę

- dwie spore młode cebule

- wyjątkowo lepiej pasuje tu rozmaryn suchy niż świeży, tak więc troszkę suszonego rozmarynu na posypanie

- od 200- 300 g masła

- mąki tyle, ile masło "wypije" podczas zagniatania, średnio dwie czubate szklanki

- jedno jajko

- sól, pieprz, koperek



Kurki podsmażamy i dusimy potem do takiej średniej miękkości, aby nie za bardzo, żeby się nie "rozlazły". Muszą zostać jędrne i całe. Dodajemy podsmażoną na złoto młodą cebulkę, posiekaną dość drobno. Doprawiamy tylko solą i pieprzem, by kurki nie straciły aromatu.
Na maśle robimy zasmażkę, zalewamy śmietaną, robimy biały sos, mieszamy z kurkowym farszem, dajemy odrobinę świeżego koperku, drobno pokrojonego. Farsz odstawiamy, by nabierał smaku, w tym czasie robimy ciasto.

Mój przepis na kruche od lat jest ten sam: około 250 g masła, (kiedyś dawałam zimną margarynę, ale zimne masło lepsiejsze!) dwie szklanki mąki, jedno jajko, jak chcę twardsze, daję więcej mąki, jak chcę lżejsze, jeszcze łyżkę śmietany, jak się lepi za bardzo, dosypuję mąki, ale nie za dużo. Do tart nie daję cukru, za to solę. Masło musi być bardzo zimne, ścieramy je na tarce, łatwo się zagniata wtedy, a zagnieść kruche trzeba szybko,  aby aby, wtedy jest najlepsze. Wykładamy ciastem formę do tarty, na to farsz, na farsz paseczki kruchego, smarujemy jajkiem, posypujemy rozmarynem dość obficie. Pieczemy na złoto, plus minus 20 minut w 180 stopniach, z termoobiegiem. Czasem dłużej jak piekarnik ma humor na słabsze pieczenie, ale ważny jest ten kolorek - złocisty, nie za mocno przypieczony, nie za blady.

Powiedzieć, że to jest pyszne, to mało powiedziane.
Ten sam farsz daję też w pierożki z ciasta francuskiego, można zamiast sosu białego po prostu gorący farsz z kurek i cebulki zmieszać z potarkowanym żółtym serem, zwiąże się i będzie miał nieco pikantniejszą, serową nutkę.

Smacznego wszystkim, skuście się, czerwiec bez kurek jest dużo smutniejszy niż czerwiec z kurkami!







A co poza tym?

Jedziemy rowerami do sklepu, Mały pytaciel zagaduje mnie:
- Mamo, a skąd ślimaki biorą swoją skorupę?
- Rośnie im, tak jak tobie paznokcie.

Mały duma chwilę, a potem oznajmia:
- Pewnie w tej chwili jakiś mały ślimaczek pyta mamy, mamo, a skąd ludzie biorą paznokcie, a mama ślimakowa na to: rosną im, tak jak tobie skorupa!

10 czerwca 2014

Komarek

Mały przygląda się komarowi, który usiadł na jego drobnym przedramionku.
- Taki chudy ten komarek... niech się napije mojej krwi, taki biedny jest i malutki...




09 czerwca 2014

Suknia Lata

Tka się już suknia Lata, wielobarwna, mieniąca się kolorami, których nawet nie potrafię nazwać. Te maleństwa kwiatowe, wplatające swoje drobne piękna w wielki wzór, jednoroczne, żyjące krócej niż jedna myśl piwonii czy róży, teraz właśnie mają swoją chwilę. Trzeba się pochylić, by je dojrzeć, nie są natrętne, skromnie i cichutko wspinają się po wiklinowych płotkach, giną w trawie, pod liśćmi, mały, kolorowy ludek czerwcowy: smagliczki, maczki, onętki, bodziszki, facelia, rumianki...


Portretuję pasiastą piękność, mojego fałszywego Albrechta. Prawda, że jak malowany pędzlem?



I jaśmin. W sukni Lata jest jak złotogłów, razem z wiciokrzewem,  tojeścią i złocią żółtą. Jako koronka burgundzka kwitnąca aktinidia, wycałowana słońcem, pyszniąca się od południowej strony domu, na pergoli.


Brązowo - fioletowy irys, ze złotym pędzelkiem na aksamicie, bogato, dworsko, bajecznie... I arabeskami smuży się szczypiorek...



A dla wszystkich na deser Deml, magicznie.

Macierzanko, nie widzę cię,
tak bardzo zagubiłaś się w swym otoczeniu,

ale zda się, jakbyś tylko ty pachniała z sukni lata,

przyjaciółko pastuszków-

moja myśl nie jest odrobinę mniej zagubiona,

nie wiedziałem, że cię będę kiedyś nazywał siostrą.

07 czerwca 2014

Róże, piwonie, dzwonki. I zagadka.

Nad czym skupiają się dzwonki skupione? Czy nad wpływem księżyca na białość piwonii, a może nad tym, czy róża Pirouette robi piruety? A może nad tym, że czerwiec sypie już srebrem i szmaragdami w sny, na moich kokoryczkach dziwne, białe gąsienice urządziły coś w rodzaju lądowania w Normandii (ewentualnie konkurują z plagą szarańczy o efektywność pożarcia dowolnego liścia w mniej niż minutę.)


Dzwonki lubię ogromnie, wszystkie, te malutkie, leśne i te duże, campanule, i te Poszarskiego, i te skupione, które udają purpuratów ogródka, rozdając łaski i błogosławieństwa plebsowi rumianków i malw. Chciałabym zrobić sobie taką dzwonkowo- naparstnicowo- ostróżkową rabatę, to mój plan na rok następny, póki co, cieszę się tym, co jest.
A jest czas piwonii.




Różowe, jak buduar Marii Antoniny, karminowe i kraśne, i te najpiękniejsze, białe z ciemnoczerwonym sercem w środku, jakby anioł pocałował ją w sam środek i złamawszy piwoniowe serce, odleciał na zawsze. 


Właśnie teraz są najpiękniejsze, siadam przed nimi, urządzając sobie do zatracenia piwoniowe hanami, szukając tego jednego, jedynego ujęcia, które pokaże to całe piękno, bolesne, aż w dołku ściska. I nie znajduję. Piwonia jest jak tao, bo tao, które można opisać nie jest prawdziwym tao, a piwonia, którą można sfotografować, istnieje chyba tylko u Megi i Maszki, tylko one potrafią zamknąć w doskonałym kadrze to, co mi umyka. Poddaję się więc i idę do róż, które istnieją tylko z imienia, bo stat rosa pristina nomine...




Zaczyna się różane kwitnienie przy naszej zielonej bramce, z jednej strony moja Pirouette, różana, słodka i łagodna,  z drugiej karminowy, żywiołowy, witalny towarzysz nieznanej proweniencji, opisany tylko jako "Róża pnąca czerwona". Mam jeszcze pasiastego Albrechta Durera, tak twierdził sprzedawca, ale wydaje mi się to ciut podejrzane, bo szukałam tej nazwy w katalogu róż i żaden Durer nie miał pasków. Ale niech tam. Cudny jest, Durer czy nie Durer.

A na koniec zagadka; CO TO JEST? Mam tego dużo w  ogrodzie, Jagoda widziała na własne oczy, jest fioletowe, trochę ostowate ale bez kolców, krzewi się jak szalone, liście ma ozdobne, kwitnie właśnie teraz. Dostałam od kochanej Babci, która już odeszła, a kiedy mi rzeczone roślinki oddawała, powiedziała tylko, że to :"takie jakby chabry". Ktokolwiek wie?