23 lipca 2014

Dom Edwarda, pan Musztarda i Oda do słowika.


Zdjęcie stąd

Kto nie czytał z drżeniem serca, jak Joanna ze  łzami w oczach patrzyła na wyłaniającą się z mgły wysepkę, gdy miała ją ujrzeć po raz pierwszy? I z wypiekami na policzkach przewracało się kartkę, by wyśledzić słowo po słowie - jak, jak wyglądał dom Edwarda, jak wyglądał wyśniony Joannowy Błękitny Zamek? Dla tych, co czytali i kochają i dla tych, co nie czytali, będzie teraz wycieczka do domu Edwarda. Póki co, wirtualna, bo na Muskoka dopiero się wybiorę za jakiś czas, a i wtedy zobaczymy tylko brzeg, sosny, wodę i ciche przystanie. Ale dzisiaj jest cichy, łagodny wieczór, dopiero co chodziliśmy oglądać szopy czyli rakuny nad strumyk, a teraz mam chwilę dla siebie, by zanurzyć się w ulubioną powieść. A zatem; Błękitny Zamek.

- Gdzie on mieszka? - zapytała Joanna.
- Tego nie wie nikt(...)


"- Opowiedz mi o swojej wyspie.
- To najpiękniejsze miejsce na świecie. (...) Dawniej wysepka należała do starego Toma McMurraya. Zbudował chatę i mieszkał w niej zimą, a latem wynajmował przyjezdnym w Toronto. (...) Jak tam cudownie! Lasy wprawdzie należą do rządu, lecz nie płaci się podatków za oglądanie krajobrazów, a księżyc jest własnością wszystkich(...) Nie ma tego dużo; jedna obszerna bawialnia i mała sypialnia, ale porządnie zbudowane. Belki sufitowe są cedrowe, a krokwie sosnowe. Okna bawialni wychodzą na wschód i zachód. Nie masz pojęcia, jak wspaniałą sprawą jest mieć pokój, w którym można oglądać wschód i zachód słońca. Mam też dwa koty - Banjo i Szczęściarza."

Oglądając archiwalne fotografie znalazłam zdjęcie Lucy, stojącej z ukochanym kotem. Wiecie jak się nazywał? Good Luck:)


Tak lubiła koty, ze obrazek kota pojawia się nawet w jej podpisie:)





Pisałam też już o tym, że według autorów TEJ strony wysepka Edwarda inspirowana była autentycznym mieszkaniem Johna Mustarda z Muskoka, gdzie Lucy z rodziną spędzała wakacje w Bala. Kim był John? Musiałam to sprawdzić. Co znalazłam? No cóż...  Dawniej był jej nauczycielem... i admiratorem. Inteligentny, suchy i surowy. Lucy zwyczajnie dała mu kosza... Po latach wspomina:

“I never could understand why John Mustard endured it.  I was a pretty girl, but I was never such a distracting beauty that a man would be involved in such an infatuation because of my face; and in no other way did I try to attract him.  Yet he kept up the crazy pursuit until he had to be flatly refused.  There have never been any pleasant memories in connection with this one of my lovers.  I have always felt queerly ashamed of the whole incident…”

Matka Lucy wcześnie zmarła, ojciec ożenił się powtórnie  w kwietniu 1887 roku z Mary Ann McRae. Postać macochy przewija się w pamiętnikach pisarki w niezbyt korzystnym świetle. Tu znalazłam fragment, w którym - ta dam! - odnajduje się i pan Musztarda:) Cytuję za tą cudowną stroną.

Poniedziałek, 27 kwietnia 1891 roku

Zaprosiłam Laurę, ponieważ spodziewałam się wizyty pana Musztardy. Niewątpliwie dostał za swoje. Ojca i pani M. nie było w domu, więc mogłyśmy dokuczać mu do woli. Ponadto udało mi się przestawić zegar o pół godziny naprzód, więc gdy pan M. wyszedł, była dopiero 10.00, a nie – jak mu się wydawało – 10.30.
Latem mam zamiar wrócić do domu. Przez pewien czas uważałam tę sprawę za beznadziejną, lecz teraz to już postanowione. Przykro mi będzie opuścić ojca, Laurę, Willa i paru innych przyjaciół, ale tylko ich żałuję. Cudownie będzie wyrwać się z tej atmosfery podejrzliwości, drobnych złośliwostek i szykan, jaką stwarza pani Montgomery. Po prostu czuję, że się duszę. Urabiam sobie ręce do łokci dla niej i jej dzieci, ona nie sili się nawet na uprzejmość wobec mnie. Robię w tym domu wszystko, z wyjątkiem prania, do którego ona zgodziła pewną Indiankę. Jest zadowolona jedynie wówczas, gdy może wyrwać się z domu. To ostatnie wcale mnie nie zasmuca, ponieważ żyję w tym domu tylko wtedy, kiedy jej nie ma. Bardzo lubię wspólne posiłki sam na sam z ojcem. Możemy cieszyć się naszym koleżeństwem i nikt nie zerka na nas ponuro ani nas nie wyszydza.
O zachodzie słońca przyszli państwo McTaggart i zabrali Katie i mnie na przejażdżkę faetonem. Było cudownie. Gdy jechaliśmy do Goschen, zapadał miękki, wonny zmierzch, a na zachodzie widać było jeszcze blade smugi, odbijające się w szerokiej rzece.
Lucy Maud Montgomery, Krajobraz dzieciństwa. Pamiętniki 1889–1897, tłum. Ewa Horodyska, Nasza Księgarnia 1998, s. 71–72.

Ale nudzisz się, czytelniku, moimi dygresjami... wracajmy na wyspę Edwarda! Czy to ten John, czy nie John miał domek na wysepce w Muskoka, ważne, że wyspa powstała w powieści razem z drewnianym, cedrowo - sosnowym domem. Potrzebujemy opisów... oto one!

"Nad wysepką unosiła się delikatna, różowoliliowa mgiełka, z której, niczym wieże, wynurzały się pnie dwóch starych sosen. Ich wierzchołki stykały się akurat nad domem Edwarda. Za tym wszystkim było niebo, jeszcze różowe od poświaty zachodu i jasny, młody księżyc"

"Obszerna bawialnia miała trzy okna z widokiem na jezioro. Okno wykuszowe z witrażem, który Tom McMurray przywiózł ze zrujnowanego kościółka, wychodziło na zachód. Na przeciw okien znajdował się prawdziwy kominek na drwa, nieskażony gazowym płomieniem. Przed kominkiem leżała skóra szarego niedźwiedzia. Okropną czerwoną kanapę okrywały srebrzyste, wilcze futra i poduszki, wykonane przez Joannę. W rogu pokoju leniwie tykał stojący zegar, jeden z tych, które się nie śpieszą, miarowo odmierzając godziny. Był niesłychanie zabawny, przysadzisty, z wymalowaną na cyferblacie męską twarzą."



"Na ścianach wisiały jelenie poroża, stare, wygodne fotele zachęcały do odpoczynku. Małe krzesełko z poduszką należało do Banjo. (...) Przy jednej ze ścian stały proste półki sosnowe zapełnione ksiażkami. Między oknami wisiało lustro w poczerniałej, złoconej ramie. (...) Koty z niewinnymi i poważnymi minami siadywały na werandzie. (...) Maleńki wodospad, szemrzący obok na wysokim brzegu wyglądał jak kobieca postać."

Szukam zdjęć z epoki - cottage Edwarda nie może być kobiecy, jest męski, surowy, złamany tylko romantyzmem Joanny - stawiała róże na stole, kładła poduszki na kanapy... Dom koniecznie z bali. Cienie rogów jelenich... ogien w kominku. Joanna czyta, wyciągnięta na skórach wilczych... Tak łatwo to zobaczyć pod powiekami.

Archiwalne zdjęcia i późniejsze inspiracje:
(swoją drogą jest przypuszczenie, że swoje imię Joanna - Walencja zawdzięcza Isabelli Valancy Crawford, kanadyjskiej poetce, dobrze znanej Lucy Montgomery)


"Joanna czytała lub marzyła, leżąc na wilczej skórze ze Szczęściarzem przy boku. "
"Gdy nocny wiatr przybierał na sile, Edward zamykał drzwi i zapalał lampę."




Każdy ma swój Błękitny Zamek - zdjęcia znalazłam w sieci, sporo TU, ale to tylko malutkie inspiracje. W końcu cała przyjemność z fikcji, to przenoszenie jej w prawdziwe życie i odwrotnie, więc wyobrażajmy sobie, ile się da:)


"Talerz pełen jabłek, ogień na kominku i dobra ksiażka - to całkiem niezła namiastka raju - zauważył Edward"

Śladami Lucy Montgomery, cz. V - przyjaciółki, róże, dżemy i weranda, czyli życie w Norval

 

Zobaczyłam ją, tę werandę, jak należy, z jednej strony oblaną złotym syropem słońca, z drugiej zacienioną, z wiklinowymi, białymi meblami, z oleandrem pieszczonym przez wiatr i od razu stanęła mi przed oczyma Nora Lefurgey, dawna przyjaciółka Lucy. To tutaj, w 1932 roku odwiedziła ją, tu piły razem smakującą letnim wieczorem herbatę, po okolicznych łąkach i zagajnikach wędrowały, szukając dzikich truskawek. Nora była nauczycielką w Cavendisch, ale znały się już od dziecka. W archiwach Uniwersytetu w Gualph znajduje się  pamiętnik, pisany  przez Norę i Lucy od stycznia do czerwca 1903 roku, będący ogromnie łakomym kąskiem dla wszystkich badaczy literatury. Tu spotykamy Norę po raz pierwszy, dziewczyńskie żarty, podwiązki, pierwsze flirty. Ale są i szczere, głębokie smutki: "Jestem zmęczona życiem, bo w ostatnich pięciu latach życie było dla mnie firmą"
(I am tired of existence, life has been asorry business for me these fast five years".
Nora -  (1880-1977), urodzona na Wyspie Księcia Edwarda, była wyjątkową osobą. Jej ojciec był reporterem parlamentarnym, a sama Nora była bardziej śmiała i zuchwała, niż kiedykolwiek odważyłaby się Lucy. Wczytuję się w pracę Irene Gammel z Uniwersytetu Ryersona, Life Writing as Masquerade: The Many Faces of LM Montgomery, która pisze, że Nora była androgynicznym uzupełnieniem Lucy.  Nora nosiła spodnie. Ścigała się konno. Paliła papierosy, była czarująca i wyrafinowana. Z nią Lucy mogła być sobą - i śmiać się. Kupiłam dzisiaj"Aunt Maud's Recipe Book" i odnajduję tam taki oto fragment dziennika Lucy z 1932 r:

"Nora i ja zrobiłyśmy dzisiaj dżem truskawkowy, a potem wybrałyśmy się na długi, zachwycający spacer i rozmowę. O, ile rozmawiałyśmy i jak dobre to było! Nazbierałyśmy dzikich truskawek i objadłyśmy się nimi, nigdy przedtem, zanim przybyliśmy do Norval, nie widziałam dzikich truskawek. (...) Opowiadałyśmy sobie różne rzeczy i śmiałyśmy się, to było tak dobre dla mnie...Zapomniałam już jak to jest śmiać się, prawdziwie śmiać się."

Taka bliska mi jest ta Lucy, pokazująca prawdziwą siebie spoza fasady czcigodnej pastorowej, podpory miejscowego chóru, towarzystwa kobiet, zaangażowanej, poukładanej, idealnej gospodyni, żony, matki. Lucy było czasem ciężko. Lucy zapomniała jak to jest śmiać się. Tęskniła za swoją przyjaciółką z dzieciństwa. Taka zwyczajna, podobna do nas. Na wspólnym zdjęciu Nora obejmuje Lucy, przytula jej policzek, jakby zwierzała jakieś sekrety; jedna ubrana na biało, druga na ciemno, zdjęcie bardzo kobiece, bardzo intymne, bliskie... Nie mogę go teraz znaleźć, ale oto biała Lucy i ciemna Nora, patrzą na nas z innych fotografii:


Siedmenastoletnia Lucy

Nora pstryka zdjęcia w pobliżu Cavendish...

Ale wracamy do werandy. Oto ona.






 Dom jest teraz prywatny, nie można go zwiedzać - zazdroszczę w ciepły sposób tego, że mieszkańcy  mogą tu pić herbatę, patrząc na ganiające się po jesionach wiewiórki tak samo, jak robiła to Lucy. 

Z kościoła i plebanii wędrujemy do ogrodu Lucy. I znajduję tu różę z Norval - ta sama kwitła w ogrodzie cesarzowej Józefiny. Są też słoneczne zegary, w tym jeden unikatowy: jesli stanie się na linii z nazwą obecnego miesiąca, cień głowy wskaże aktualną godzinę. Nie muszę wspominać, że każdy z naszej wesołej kompanii wypróbował zegar po kilka razy...



Róża z Norval
 

 Słoneczny zegar


A w piekarni Crowfordów odwiedziliśmy malutkie, zagracone muzeum, tam nabyłam książkę kucharską i filiżankę w chabry:) I oczywiście babeczki z malinami i kokosowymi wiórkami, według przepisu cioci Lucy.


Moje dzisiejsze źródła:

http://www.ryerson.ca/mlc/inside40.html
http://images.ourontario.ca/uoguelph/results?fsu=Friends

21 lipca 2014

Co robimy, jak nic ważnego nie robimy? Czwarta niedziela i Port Credit. I obcokraiści.



Naprawdę, czasem leniuchujemy, choć może na to nie wygląda, bo nie piszę na blogu o wszystkim. Dni toczą się i dzisiaj minęła nasza czwarta niedziela na wakacjach. Co robimy, jak nie robimy niczego ważnego?  Duży fotografuje, na przykład pomidory i jabłka...



 ... Mały ze Średnim ganiają po parku, obrzucając się rzepami, jemy lody kupione w Ice Trucku, oszukujemy kaczki, karmiąc je próchnem, bo ciastka w torbie się skończyły. Pijemy latte w The Guilty Dog Coffee House, włóczymy się po okolicy, jeździmy do Port Credit na skały, dzwonimy do domu, tęsknimy, zamawiamy pizzę. Doświadczam nieważkości i ciężaru czasu, jak Borges napisał: 

Czas jest substancją, z której mnie ulepiono. Czas jest rzeką, której prąd niesie mnie w dal, ale to jestem tą rzeką...  

 W portowej kafejce w Port Credit  nad jeziorem Ontario przeglądam album o First Canadians, patrząc jak zachodzące za szybą słońce maluje niebo w liliowy batik. W domu, tysiące mil stąd, Wielki Wóz przesuwa się już pewnie nad głowami naszych brzóz, które tęsknią za nami tak, jak my za nimi. Ale póki co, Port Credit i nasza czwarta niedziela...


- Strasznie dużo tu obcokraistów, prawda, mamo? - oznajmił Mały, po czym z właściwą sobie logiką dodał - Ale dla nich to my jesteśmy obcokraiści, co nie?

PS. Duży jest już studentem socjologii:)

19 lipca 2014

Klejnot na wzgórzu, czyli Foster Memorial

Wracając z Uxbridge i Leaskdale odwiedziliśmy Foster Memorial - grobowiec, pomnik i architektoniczną perłę w jednym. Przedziwne miejsce. Cisza, otulająca wszystko, lazurowe niebo, podkreślające każdy kontur wielosymetrycznej, jakby narysowanej ręką Adsa z Melku budowli. Jestem świeżo po lekturze Imienia róży, więc mimowolnie myśli tańczyły wokół symboli liczb, kształtów, wielości geometrycznych figur, splatających się w nieskończone symbole. Ale jakby to Adso napisał, wróćmy do chwili, kiedy to Kalina podziwia grobowiec, toczą się rozmowy o tym, że mundus senecit, a przewodnik Travis pokazuje nam nóż, którym oskórowano apostoła Barłomieja. Za mną, czytelniku!



Thomas Foster był najpierw synem hotelarza, potem rzeźnikiem, potem politykiem, posłem, burmistrzem Toronto, biznesmenem i chyba trochę mistykiem, a przynajmniej człowiekiem wyraźnie mającym mistyczne tęsknoty. Umarł w 1945 roku, w grobowcu - pomniku pochowany jest on, jego żona i dziesięcioletnia córka. Tak nam opowiedział młodym uprzejmy, uprzedzająco grzeczny wolontariusz Travis, który oprowadzał nas po budowli, tłumaczył symbole, pozwolił zagrać na organach Bacha, a prywatnie studiował muzykę, miał szeroki, bardzo biały uśmiech i ścięte na wesołego jeżyka włosy. Miał też koszulkę z napisem"Czekoladki Hersheya" i naprawdę sporo wiedzy. Także tej o liczbach i alegoriach.




Cztery wielkie łuki wsparte są szesnastoma kolumnami z litego marmuru, sprowadzonego z Włoch. Podstawa budowli jest ośmioboczna, ma 87 metrów szerokości i 92 metrów długości. Kopuła jest wysoka na 60 metrów, ma 23 stopy szerokości. Portyk spoczywa na trzech łukach. Wewnątrz symboli jest tyle, że oko się gubi. Symbole nieskończoności na kapitelach kolumn. Rzeka Styks na podłodze, do tego korona cierniowa, wieniec laurowy, alfa i omega, wodne lilie. Siedem stopni do budynku, powtarzające się koła, dwunastu apostołów, symbolizowanych alegorycznymi płaskorzeźbami.  Gdy niebacznie zapytałam Travisa o sens jednego wizerunku, usłyszałam dogłębny i szczegółowy wykład o wszystkich. Drzwi i okna z brązu, podłogi i kolumny z marmuru, mozaiki zdobione prawdziwymi płytkami złota, ściany z wapienia z Indiany, dach miedziany, utrwalony specjalną techniką. Travis wyjaśnił nam, dlaczego nóż do ryb oznacza Bartłomieja, a dwie ryby ze skrzyżowanymi ogonami - Andrzeja. Powiedział o symbolice chrześcijańskiej i nie tylko, pozwolił siąść za zabytkowym pianinem i przy organach. Zaprowadził nas też do piwnicy, wyjaśnił, że budowlę budowano rok, że kosztowała straszliwie wiele. a milioner Foster część swego majątku zostawił potem dla Toronto, na przykład na karmienie ptaków, sadzenie drzew czy na utrzymanie gazeciarzy.



Stojąc tam, na zewnątrz, w gasnącym południu, czuje się smutek i słyszy się szeptanie rzeki czasu. Zdjęcie dziesięcioletniej Ruby, która spoczęła tu z ojcem i matką, chwyta ze serce. Pomnik miał być wzorowany na Tadż Mahal, wyrażać miłość i małość człowieka zarazem. Potężna inskrypcja na kopule głosi: "Take this my body for it is done and I have gained a new life, glorious and eternal".


Smutno, że zmarł nie zostawiając rodziny, która by odziedziczyła jego wieli majątek. Że nie mógł cieszyć się dorastaniem swego dziecka, nie oglądał wnuków, a majątek nie dał mu szczęścia. Przymykam oczy, łapiąc ciepły wiatr we włosy, gdy opuszczamy to dziwne, nostalgiczne miejsce. Ostatnie zdjęcie przy bramie.


Cichy cmentarz i groteskowo obca wśród tych drzew, pagórków, letnich kwiatów i małych wioseczek budowla zostają za nami. Ciekawe, że ludzie urządzają tu śluby i wesela...

Korzystałam z tej strony i z tej.

18 lipca 2014

Plebania w Leaskdale - śladami Lucy Montgomery, cz. IV

Nawet dzisiaj Leaskdale wydaje się drzemać. Małe miasteczko, z prezbiteriańskim kościółkiem, skąpane w syropie złotego, lipcowego słońca, w brzęczeniu pszczół w ostróżkach, w wianku z białych obłoków na błękitnym kapeluszu nieba. To tutaj Lucy Maud Montgomery spędziła 15 lat swego życia, wychowując dwóch synów; Chestera i Stuarta, mieszkając wraz z mężem, Ewanem Mcdonaldem na maleńkiej, cichej plebanii Leaskdale. 


Oryginalny dom, z żeliwną pompą, używaną przez rodzinę Montgomery, wyposażony jest w klimacie epoki od stóp do głów, od progu po strych. Przed wejściowymi drzwiami wita nas kępa dzwonków, rumianków i ostróżek, wietrzyk trąca brytyjską flagę, farba łuszczy się z wiekowego krzesła, które aż kusi, by przysiąść, patrząc na łagodne pola, zagajniki i las po drugiej stronie rozgrzanej, asfaltowej drogi.


Gazeciarz wychyla się z okna samochodu i rzuca na chodnik "Uxbridge Times", miejscową gazetę. Idziemy za śliczną Megi z dołkami w policzkach, wolontariuszką, która oprowadzi nas po muzeum - wygląda jak Diana Barry, nieodparte skojarzenie. Witamy w Leaskdale Mansion!


Plebania została zbudowana przez prezbiteriańskich parafian w 1886 roku. Stolarzem był William Gordon Udora, dom był ceglany początkowo, w 1970 pokryto żółte cegły białym stiukiem. Teraz oglądamy go w przywróconym pięknie. Jest to piękno skromne, łagodne, wnętrza bardzo kobiece, oddychające czystością, dopracowane w szczególe. Mogłabym tu mieszkać, powiedziałam do Megi i naprawdę - nie czuć tu wcale atmosfery muzeum, dom wygląda tak, jakby gospodarze wyjechali tylko na jakiś wiejski cottage, a my wpadliśmy pod nieobecność. Lada chwila skrzypną drzwi, po schodach wbiegną dzieci, ktoś zapyta, czy nalać nam herbaty i podać kruchych ciasteczek...


Serwis w różyczki. Takiego używała Lucy, podejmując na plebanii gości...


 We wrześniu 1911 roku Lucy i Ewan zamieszkali na plebanii w Leaskdale.


 Ewan i Lucy, niżej zdjęcie z ich podróży poślubnej, rok 1911.


W tym miasteczku do szkoły chodziły jej dzieci, tu napisała 11 z 24 swoich powieści, tu gotowała z zapałem, pisała, zajmowała się rodziną, marzyła i była szczęśliwa. Tu, w 1926 roku napisała Błękitny Zamek. I wszystkie Emilki. I kilka części Ani...

Lucy z Gogiem i Magogiem, Lucy w ogrodzie:)


Zdjęcie trochę nieostre, przepraszam, ale chciałam pokazać cudowną tapetę na parterze, Megi powiedziała, że długo na podstawie zdjęć szukano takiej, która najbliższa byłaby wyglądowi tapety, którą posiadała Lucy Montgomery. Schody prowadzą na górę, do kilku sypialni. Na dole jest kuchnia, spiżarnia, jadalnia i gabinet jej męża.


Obecny Gog i Magog, obok księga gości - wpisaliśmy się z rozkoszą;)

Obecnie stowarzyszenie lokalnych wielbicieli zbiera fundusze na odnowienie ogrodu i przywrócenie go do stanu z czasów pisarki. Tu nieco późniejsze ogrodowe zdjęcie... i Maud w swojej kuchni w Leaksdale.



Wracając do losów Montgomery; mieszkała też w Norval 9 lat i w Toronto.Umiera w 1942, wcześniej, w 35 zostaje odznaczona orderem Impereium Brytyjskiego przez króla Jerzego. Oprócz wychowania dwóch zdrowych chłopaków, w Leaskdale dotyka ją tragedia; trzeci syn, Hugh, rodzi się martwy, byliśmy na cmentarzu, gdzie został pochowany, potem o tym napiszę.



 Pastor Ewan z synami


Scrapbook Lucy, niżej jej dziennik. Zdjęcia STĄD.



Maud była bardzo aktywną w Leaskdale osobą - kimś w rodzaju pani Linde:) Pracowała i w szkółce niedzielnej, była pastorową, odwiedzała parafian, zajmowała się misjami, pracowała w lokalnym Czerwonych Krzyżu, wspierając ofiary I wojny. Szydełkowała i szyła z pasją. Mnóstwo ubranek jej dzieci jej dostępnych do oglądania, wypożyczonych przez panią Wildę Clark.


Haftowano wstążką, robiono serwety i obrusy, zdobiono pościel. To replika oryginalnej, wykonanej przez Lucy narzuty.


Lucy miała pasję fotograficzną. Dzięki temu powstało mnóstwo zdjęć plebanii, pomagających teraz w rekonstrukcji. Używała aparatu Kodaka. Pisała nawet porady do gazety dla początkujących fotografów. Była też laureatką kanadyjskich konkursów fotograficznych, a raz wygrała aparat. Najchętniej fotografowała koty, swoje dzieci, krajobrazy i dom. Uprawiała ogród, robiła jego zdjęcia i dokładne zapisy księgowe, dzięki temu stowarzyszenie wie dokładnie, jak i co należy zasadzić, by odtworzyć oryginalny wygląd kwiatowego i jarzynowego raju Lucy.


 

Cudny malunek na wezgłowiu łóżka

Kandela do ogrzewania pościeli w zimne, kanadyjskie noce:)

Ciągle trwają działania konserwatorskie w budynku. Co w nim jeszcze znajdziemy? Pokój dla gości...


Sypialnię państwa Montgomery, toaletkę, przybory toaletowe, nocnik, buciki...



A jeszcze przypomniało mi się, że na zachowanych zdjęciach widać słoneczniki Maud sięgające okapu domu! Była genialną ogrodniczką. Wracając do domku. Mały sprawdza działanie Remingtona... tu powstawał Błękitny Zamek!


A to piec w kuchni Maud, maszynka do robienia lodów...


A w ogóle, to TU jest wirtualna wycieczka po domu Lucy! Wejdźcie za nami do tego niezwykłego miejsca...




Odwiedziliśmy też kościół, gdzie Średni grał na zabytkowym pianinie, Mały bobrował w ławach, a ja mogłam w ciszy patrzyć przez zmrużone oczy na kolorowe witraże i myśleć o tym, jak Lucy piekła ciasteczka, zwane tu scones i gawędziła na drewnianej werandzie z miejscowymi paniami Linde przy herbacie. I o tym, jak płynie czas, niczym wielka, chłodna rzeka. I o tym, jaka jestem szczęśliwa, będąc tu. Tak po prostu.
Mogłam zagrać sobie Amazing Grace, słuchać, jak głos się niesie nawami, dotknąć wyślizganego drzewa. Wspominać Joannę:
"Joannie podobały się proste, skromne nabożeństwa i żarliwe śpiewy. Chętnie siadywała przy otwartym oknie i patrzyła na sosnowy las. (...) Chodziła do tego kościoła, bo dobrze się w nim czuła."


Na zakończenie Megi zaparzyła nam herbatę i poczęstowała gorącymi scones ze słodką śmietanką i dwoma rodzajami dżemu. Zdjęcia i przepis załączam. A w następnym wpisie - Foster Memorial. Zapraszam!





Przepisy na scones znajdziecie TUTAJ i TUTAJ .Smacznego:)
Stowarzyszenie http://lucymaudmontgomery.ca/
Korzystałam też oprócz już wspominanych stron ze strony http://www.town.uxbridge.on.ca/
I z bloga: http://maggiemayfashions.com/sewingblog/