31 maja 2015

Kompilacja rozweselająco - wspomnieniowo- dzieciowa.

Z okazji Dnia Dziecka, życzę sobie, Miłemu i moim chłopakom, abyśmy zawsze mieli w sobie te dzieci, które potrafią wzruszyć się i ubawić do łez.





I oto nadszedł.
Ten dzień, o którym marzyłam.
Jako matka rozumiałam, że muszę poczekać,
ale wiedziałam, że kiedyś jednak skończy się to
 beztroskie dzieciństwo
i tak dalej,
ale- przyznam się- tęskniłam, czekałam.
I oto przyszedł ten dzień.
nadejszła wiekopomna chwila.
- Kup mi dezodorant, mamo.- powiedział Duży.



Wielgachny księżyc w nowiu
wschodzi nad prawosławnym cmentarzem.
- Wygląda jak rogalik.- mówię.
- Jak kawałek plasterka sera. – Średni.
- Albo jak ciasteczko.
-Takie kruche, jak ty robisz.
- Można jego zjeść?- wtrąca się poważnie Mały.
Śmiech.
- Nie można, bo jest za wysoko.- mówię w końcu, no bo co?
Mam mu powiedzieć, że to satelita, że w synchronicznej rotacji, że pływy, że z tlenu, krzemu, żelaza, że pył…
- A jakby był nisko, to można jego zjeść?- Mały nie daje za wygraną.


Wczoraj Mały pokazał mi kąt w sypialni z poważną miną:
- Mamo, tam jest duch!
- Nie ma żadnego ducha.- pokręciłam głową.
Nie zareagował, bawił się dalej spokojnie,
rzucając w kąt spojrzenia pełne zadumy.
A chwilę potem pytam go:
- Chcesz zupki?
A on na to:
- Ja nie, ale zapytaj tego ducha w kącie….


- Dlaczego mamusiu Pan Bóg nigdy się nie ożenił?
Aha, pomyślałam, jedno z tych trudnych pytań.
Ale Średni sam sobie odpowiedział:
- Chyba nie znalazł kobiety na swoim poziomie, prawda?



Dzisiaj, kiedy obierałam rabarbar
( Ach, kompot z rabarbaru! Poezja lata!)
a więc, kiedym go sobie obierała, usłyszałam żałosne zawodzenie.
A jakże, wlecze się drogą moje nieszczęście i zawodzi. Pewnie po ostatnich zawodach sercowych.
Usiadł przy mnie na ławce i zwrócił ku mnie umorusane łzami pyszczątko:
- Ja już mam dość tych ran!- oznajmił grobowo i z rozpaczą.
Spojrzałam ze współczuciem na rabarbar.
- Już żadnej rany więcej nie zniosę!
Rabarbar i ja współczuliśmy i rozumieliśmy doskonale.
Nie ma nic gorszego niż zranione serce…
- Muszę sobie szybko jakąś babkę znaleźć.- powiedział, pociągając nosem.
No cóż. Szybko się pociesza, pomyślałam.I zapytałam z zainteresowaniem:
- A gdzie będziesz szukał?
- A tam, przy drodze.- wskazał kępę zielska.
Po czym pokazał mi skaleczenie na nodze.
- Nie wiesz, że babka jest dobra na rany?
Dopiero jak sobie poszedł, wybuchnęłam śmiechem.
Nad swoim przerostem romantyzmu.
A kompot wyszedł doskonały, bo wrzuciłam kilka truskawek do rabarbaru.

*

Niebacznie wzięliśmy Średniaka do Makro.
Zamienił się w żonę Lota przy stoisku z zabawkami.
A potem zaczął mówić.
Chciał zestaw z orkami,
atakującymi plastikowy zamek ,
chciał grę w okręty, chciał chodzącego dinozaura,
chciał pieska, chciał motor, chciał konsolę….
Delikatnie zaznajomiony z realiami portfela rodziców obraził się śmiertelnie.
- No bo ty się lenisz!- wybuchnął przy kasie,
zwracając się do mnie z purpurowym oburzeniem
- Mogłabyś wziąć udział w jakimś teleturnieju, na przykład na lodzie i zarobić pieniądze,
ale nie, ty się lenisz!
No więc, po namyśle, czekam na propozycje….



Z ostatniej chwili - wiadomość od Macierzanki, operacja małego Dawidka powiodła się!

29 maja 2015

O kochaniu latarni, dzwonkach, paprociach, gościach i obrączkach.

Szósta rano, miejscowy spożywczak, przede mną w kolejce starsza pani tak urocza, że od razu mam uśmiech od ucha do ucha. Strój bardzo niezobowiązujący, jakiś fioletowy dresik górą, jakieś pumpki dołem, adidasy, opaska na nastroszonych siwych włosach, okulary ze zwisającymi po bokach twarzy łańcuszkami, głos dziarski, domagający się paróweczek. I ta torba, w której zakochuję się od razu - Kochajmy morskie latarnie!- głosi napis. Jestem za, jak najbardziej. Kochajmy! Pakuję bułki na śniadanie dla chłopaków, selery, ser, jadę do domu z tym uczuciem pogody, które pojawia się, gdy nowy dzień sprawi mi przyjemną niespodziankę.



W ogrodzie rozkwitły dzwonki i orliki i takie dziwne, fioletowe cosie z żółtym środeczkiem, których nazwy nigdy nie mogę zapamiętać. Dla mnie to znak, że wiosna staje się już stateczną białogłową, a nie łąkową podfruwajką. Paprocie po deszczach są takie, że człowiek za dinozaurami się rozgląda, bo może to jura czy kreda. Przyleciała pierwsza część rodziny z dalekiego kraju, Kalinowo zaczyna tętnić gośćmi powoli. Już niedługo, już wkrótce...troszkę ponad miesiąc do weseliska. Prace podwórzowo - ogrodowo - domowe ruszyły pełną parą, odbywa się malowanie, sprzątanie i remontowanie. Między filiżankami w maleńkim pudełeczku czekają obrączki. A tu trzeba pomidory podwiązywać, lewkonie wąchać - wczoraj Średniak niuchał na kolanach tę różową słodycz i oznajmił, że lewkonia pachnie jak ciasto. Na tarasie pojawił się stół z niebieską ceratką, znak, że nadszedł czas na popijanie porannej herbatki i popołudniowych kompotów na dworze. Dużemu zaczyna się sesja. Pies sąsiadów ukradł mi zuchwale ze szklarni plastikową doniczkę i dokonał dzieła zniszczenia z pasją mistrza, zostawiając smutne szczątki między piwoniami. A w ogóle zapowiada się urodzaj, gruszek zatrzęsienie, czereśni też, poziomki i truskawki jak piana, całe w kwiatach. Są już zielone porzeczki, na ogrodzie ogórki i kartofle wyrosły ślicznie, trzeba pielić po niedzieli bo zielsko jak las. I tak się toczy dzień za dniem. Jakby co, pamiętajcie o latarniach i pogodzie ducha:)


26 maja 2015

Moc jednego marzenia - pomoc dla Dawidka

Należę do ludzi, którzy nieuleczalnie wierzą w  marzenia. Jestem gotowa przekopać hałdy ziemi, bo oczyma duszy widzę tam kwietnik i malwy. Nie jest problemem dla mnie skrobać i malować starą ławkę, bo wyobraziłam sobie na niej namalowane róże i siebie, popijającą kompot z rabarbaru. Nie przeszkadza mi, że będzie długo i trudno, widzę szczęśliwy koniec i wcale mi potem nie przechodzi, gdy już dostanę, czego pragnęłam. Las posadzony na naszym ugorze przez Miłego i mnie już szumi brzozami, bukami, modrzewiami i sosnami. Chciałam mieć swoje kukułki i gołębie grzywacze, szpaki i kosy, i oto są. Widziałam naręcza bzu na stole, gąszcz drzew wokoło, stary sad i nadchodzą, krok po kroczku, upragnione. Czasem jednak spełnianie marzeń napotyka pewne trudności;) Kiedyś marzyliśmy, że nadejdzie czas, gdy Duży usiądzie z nami przy stole. Zawsze był tak energicznym i żywotnym dzieckiem, że spędzenie minuty w pozycji siedzącej i jeszcze jedzenie przy tym, było ponad jego siły.  Nadejdzie czas, gdy urośnie, uspokoi się i usiądzie, marzyliśmy. Cóż, teraz, po dwudziestu latach, często słyszę: już, już, tylko skończę rysować oko! (Powstaje arcydzieło portretowe).
Ewentualnie: już, tylko prezentację o Platonie. Tylko skończę grać. Moment, akurat gitarę stroję. Obrabiam zdjęcia. Albo, najczęściej - nie jestem głodny, dzięki.
Tak więc marzenie o nieśpiesznym posiłku pod starą jabłonią w otoczeniu kompletnego wianuszka dzieci ciągle jeszcze czeka na swój czas. Na szczęście moje marzenia są malutkie i jasne. Jest kochana rodzina, dom, kukułki i brzozy. Róże i sny. Ale nie wszyscy tak mają.

Dzisiaj proszę o pomoc w spełnieniu czyjegoś marzenia. Ludzi, którzy marzą o tym, by pewien maluch mógł być sprawny. Jego rodzice zginęli w wypadku, w którym on sam został bardzo poszkodowany. Historię Dawidka przeczytacie TU. Jeśli ktoś może pomóc w spełnieniu marzenia, bardzo proszę w imieniu ludzi, których znam i którym głęboko współczuję. Ten maluch już nie ma taty i mamy. Nie napisze nikomu laurki na 26 maja, nawet jedną łapką. Pomóżmy, by miał sprawne dwie. Choć tyle.



22 maja 2015

Zajęte sobą życie



Deszcze, od trzech dni. Potargały sady, zdarły koronki z jabłoni, przetrząsnęły wiśnie, grusze. Śliwy w zielonych halkach pochowały się w buduary ogrodów, jak urażone damy dworu, którym ktoś ukradł peniuary. Chodzę po ogrodzie, zdumiona szybkością tych przemian - już zielone wisienki między liśćmi, już po tulipanach, ametysty dzwonków, orlików i irysów połyskują w zielonym atłasie mokrych, bujnych gąszczy.

Trwa moja prywatna epopeja oczkowa - po zakupie kilku roślinek do stawu i zapoznaniu się, jakie to owe tataraki/grzybieńczyki/moczarki mają cenę, przerzuciłam się na rower, wiadro, łopatkę, reklamówki i gumowce. Odwiedziłam łąkowy strumień, zdobywając cenne łupy, o których co prawda nie wiem, jak się nazywają, ale prezentują się w wodzie całkiem nieźle. Niby niezapominajki, trochę jaskrów, kępka firletek, jakieś szczawie, wielkouche jak zające liście z dużym kłączem. Przy okazji w oczku pojawiły się owady - fascynujące, sunące  jak na nartach wodnych długonogi, małe żuczki, jakieś ważki, zygzakujące nad powierzchnią jętki. Patrzeć na to można godzinami, na to całe bujne, zajęte sobą życie. Szpaki latają z dziobami pełnymi robaków. Wróble tam i z powrotem, taszcząc żywność w pocie czoła do gniazdka pod okapem. Jaskółki. Pszczoły z migdałków przerzuciły się na karagany syberyjskie. Mrówki budują swoje wieże babel z uporem pozytywistów.

Bzy są mokre, ciemnofioletowe, kępiaste, tuwimowskie, targamy je w naręczach. Na różach już małe pączki. Niedługo Mały wybiera się na wycieczkę, Dużemu zbliżają się egzaminy, Średniemu prezentacje. Czuję się jak Eliza z baśni o dzikich łabędziach, jak Alicja, oglądająca pod światło buteleczkę z magicznym eliksirem, jak Joanna z Błękitnego Zamku, odchylająca świerkowe gałęzie, by wyjść na jasną polanę. Wiosna, zwłaszcza ta już w pełni siebie,  ciągle ma dla mnie tę nieuchwytną magię, melancholijną i słodką. Pracy jest bardzo dużo, nieustannie. A przecież zawsze jest czas na to, by stanąć nieruchomo i śledzić wzrokiem srokę, tę Audrey Hepburn podwórza, wdzięczącą się na brzozach czernią i bielą. I uśmiechać się do wschodzącej radośnie gromady słoneczników pod szklarnią.
 

 

20 maja 2015

Wszystkie zdjęcia, których nigdy nie zrobiłam.


Zdjęcie, którego nie zdążyłam zrobić dzisiaj, gdy jechałam moim czerwonym rowerem, w strugach deszczu: staruszka w fioletowej kurtce, wspierając się o drewnianej lasce, idzie swoim podwórzem, między kępami kwitnących bzów, starszych od niej samej.
Kolejne. Ślimak, pełznący wytrwale po puszce red bulla na polnej drodze.
Leżąca w kałuży gałązka czeremchy, gałęzie brzóz odbijają się w wodzie alternatywnym, postawionym na głowie wszechświatem.
Dzieci w czerwonych kurteczkach między biedrzeńcami, sójka na bramie cerkwi.
Dom, którego już nie ma, a który miał takie drzwi, którymi przechodziłoby się do Narnii.
Kondukt, idący na cmentarz między sosnami, a pod jednym z pni, nic sobie nie robiąc z ludzi i ich żałobnego śpiewu, wiewiórka, zajęta szukaniem czegoś w trawie.
Szare, zadziwione życiem  oczy trzymiesięcznej Ady, która siostra unosi do policzka.
Bizantyjski splendor bzów nad odrapaną, zieloną furtką mamy, ociekających deszczem.
Starzy ludzie na drewnianej ławce, pod domkiem, którego dach zapada się w środku, u ich stóp rudy pies, z głową wspartą na łapach.
Drewniana kładka do skitu pustelnika Gabriela.
Poziomki pod Hajdukowszczyzną.

Zamykam oczy i zapisuję w pamięci, tak, jakby to miało moc, która ochroni całą tę kruchość. Jak piekne są te rzeczy małe, które stają twarzą w twarz z wielkim nic, mając tylko cztery kolce do obrony przed całym światem. Dawidowie codzienności przeciw Goliatom przemijania. Bzy i zgarbione plecy staruszek. Oczy dzieci i łapki kota. Lipa dziadziusiów. Niezapominajki przy kaczym dołku. Tata z wędką nad brzegiem Lety. Szydełkowa firanka mamy. Świece, zapalane w ciemności.

Trochę zdjęć na szczęście udało mi się zrobić.  Teraz te zrobione i niezrobione mogę oglądać i z całej siły pamiętać.



A to fragmenty pięknego filmu o Podlasiu, o którym pisała już Jagoda, też po to, by pamiętać.




18 maja 2015

Elf majowy, kasztelanki i konwalie




Teraz, kiedy rozkwitły,  czuję się tak, jak dziecko, otwierające prezent w dzień urodzin. Albo jak nauczycielka po dwudziestu latach pracy, budząca się rano w pierwszy dzień wakacji. Uczucie pełnej słodyczy i absolutnej adekwatności świata i siebie w nim.
Duży fotografuje Majowego Elfa i konwalie. Ja powtarzam sobie Demla, jak modlitwę.


Konwalio, kruche marzenie korzeni dębu

o kasztelankach z trzynastego stulecia;

również my pragnęlibyśmy zatracić się w dąbrowach

i brać w ręce drobniutkie przedmioty z alabastru...




Bardzo podoba mi się słowo: kasztelanka. To w zasadzie od castle, prawda? Zamek. Panna na zamku. Ale nasz kasztel jest bardziej zamkowy, czuć w nim te kamienie i wysokie wieże, to trzynaste stulecie, dęby wokoło i konwalie pod dębami. A kasztelanka jest taka jak konwalie, wiotka, słodka, jasna, silna, krucha i alabastrowa. Turkocą wozy, jadące przez stary las, parska koń, szczupła dłoń w rękawiczce unosi się, by przyjąć lądującego sokoła... Pozwolę sobie w celu dalszego smakowania kasztelankowej magii przywołać zdjęcia  z Drewutni Emila, bardzo demlowskie, magiczne i po prostu piękne, autorstwa Ani Kondraciuk. Reklamują - nie pasuje tu to słowo, bo bardziej o idealną harmonię tu chodzi - cudnej urody drewniane szpile do włosów, w których  zakochałam się kasztelankowo i leśnie. Cudności. Postanawiam hodować włosy, a co.


Co poza tym? Truskawki kwitną. Rabarbar jest. Maj nas pochłania. Małe zieloniutkie wisienki już cieszą oczy, gruszek zawiązało się obfitość, a dzisiaj widziałam rozkwitły dzwonek i pierwsze biedrzeńce. Co oznacza, że powoli, ale nieuchronnie przełamuje się maj w drugą połowę i cygański tabor czerwca już turkoce gdzieś tam, po gwiezdnej drodze. Ale póki co, kasztelanki, konwalie i nadal baśnie. Choćby i takie:)



16 maja 2015

O zieleni i różnych poetach.

Nigdy nie ma tylu odcieni zieleni, co w maju. Uwielbiam ten soczysty, słodki i pełen zachwytu jak wiersze Whitmana odcień, jaki mają młode przyrosty świerków. Chciałoby się o tym napisać szeroką frazą, z wykrzyknikami i Wielkimi Literami Co Bardziej Znaczących Wyrazów - o jakże błoga jest ta Zieleń Świerkowa, napełniająca serce radością, jak Wiara w Upór Człowieczy Pracującego Ludu, Wyrywającego Topinambury!
A mięciutkie łapki modrzewi? Pędzelki, którymi wieczór maluje sobie powieki?
A zieleń liści bzów, ta nasycona, zielonowróżkowa, jak butelki absyntu na obrazach Van Gogha?
A zielenie łąk, na których dmuchawce lecą do nieba, mieszająca się z zielenią lasów na horyzoncie, podmalowaną szafirem i turkusem, z diademami obłoków? Zamykam oczy i śpiewam sobie Joni Mitchell na zmianę z wierszami Blake'a.
Nic nie poradzę, w maju bardziej niż zwykle mówię i myślę poezją. Na widok konwalii nawet pień mówiłby sonetami, moim skromnym zdaniem. Albo Gałczyńskim. O zielony Konstanty! O srebrna Natalio!
Użyłam więcej wykrzykników niż we wszystkich ostatnich postach razem wziętych, co świadczy o skali zielonego zachwytu:)
W szybkim, roboczym skrócie: posadzone wodne roślinki w oczku, może doczekam się swojej pierwszej białej lilii w tym roku. Rzodkiewka osiągnęła kaliber jadalny. Sałata musztardowa też. Umyłam okno w kuchni, upiekłam placek bananowy i muffinki, skosiłam część trawnika, część druga po weekendzie.  Kotka przynosi myszy jakby chciała wyrobić plan pięcioletni w miesiąc. Są deszcze, są i mszyce, walczymy. Trawa, trawa, skromna i boska, rośnie błyskawicznie, jak to w maju.W zielonym wazoniku, w którym były kiedyś przebiśniegi, teraz stoją konwalie, sypialnia pachnie baśniami, za oknem mam jaśmin, a na jaśminie wróble i szpaki. W ogrodolesie mamy też kosy, wilgi, a nawet kukułkę. O gołębiach gruchaczach nie wspominając.
Pozdrawiam majowo, zielono, gąszczowo i weekendowo. 
I lecę po narcyzy do kuchennego bukietu do opuszczonego ogrodu dwa domy dalej. Leśmian by tam koczował i pisał Topielca Zieleni, bez dwóch zdań.