Porzeczki dojrzały i przyszła pora na oberwanie czerwonych. Czarne jeszcze kilka dni spokojnie wytrzymają, białych mam jeden krzaczek- poszło na jedzenie. Z czerwonych robię galaretkę, kompot, a dzisiaj poszły też do bezy.
Bardzo lubię harmonię koloru porzeczek z zielenią liści, choć czerwone nie pachną tak ładnie, jak czarne. Białe są delikatne, bardzo winne, takie trochę jak oranżada;)
Bezy i naleśniki zdecydowanie zyskują na kontraście smaku - kwaśne porzeczki są przepyszne ze słodkim mascarpone i bita śmietaną;) Koty połamały mi największa lilię, to poszła do wazonu. Pojęcia nie mam, co to za odmiana, ale kwiaty sa wielkie jak duże talerze. Zapach bardzo mocny.
Teraz jest czas na lipcowe bukiety. Słoneczników jeszcze nie ma, ale rudbekie i ostróżki pysznią się w świcie Pani Lato. Zawsze mi szkoda zrywać, szukam tych nadłamanych:) Prawda, że na dworze im piękniej, w zieleni?
Mama zawsze mówiła, że porzeczki się osmykuje. Ładne słowo, chyba z maminych stron, spod Sandomierza- nigdy tu u nas nie słyszałam tego zwrotu. Osmykiwałam więc sobie porzeczki, słuchając Doris Day i Nat King Cole'a, upał, kanikuła, wszystko skąpane w blasku. W ogrodzie motyle, koty zipią w cieniu. Rudy pomyka po drzewach, to nasz najbardziej zuchwały drzewołaz, był i na sośnie, i na czereśni, nie straszna mu nawet róża na pergoli i karagana.
Nagietki zostały na skraju skrzyni, dostaną teraz do towarzystwa po bobie sałaty i endywię.
A to dzisiejszy urobek. Doszło potem jeszcze 10litrowe wiadro wiśni - wydrylowałam i zasypałam na noc cukrem.
Miły zrobił nam meble tarasowe, jest gdzie pić kawę.
I tak powoli lipiec sobie lipcuje.
Od wschodu do zachodu.
A my z nim.




















.heic)

