12 stycznia 2015

Małe dziewczynki wewnątrz dużych dziewczynek



Myślę, że ta nasza wewnętrzna mała dziewczynka nigdy nie dorasta. Owszem, ta zewnętrzna poszerza się tu i tam, trochę marszczy w uśmiechach czy smutkach, liczy siwe włosy na grzywce i płaci podatki. Ta wewnętrzna ciągle wierzy we wróżki, cieszy się wiankiem z kwiatów i bawi w dom. 
Zabawa w dom jest bardzo przyjemna. Ustawiam filiżanki jak panna Lawenda na swoje zmyślone przyjęcia, zaściełam na łóżko kapę z falbankami, hiacynt przenoszę z szafki na stół, zastanawiając się, gdzie lepiej pasuje jego figlarny, rokokowy róż. Potem bawię się w gospodarstwo; idę po siano dla królików, biorę szuflę i czyszczę klatkę, bo zwierzątka starają się jak mogą, by użyźnić mój ogród. W ogród też będę się dzisiaj bawić, a jakże, pora zaplanować wiosenne wysiewy i rozrysować to i owo. Megi kiedyś pięknie pisała o tych naszych zabawach - nawet w zachody słońca można się bawić. W szare poranki. W samotne śniadanie, celebrowane na najładniejszym talerzu. W spacery. Całkiem sporo lat spędziłam i dalej spędzam, bawiąc się w nauczycielkę. Wymaga to noszenia obcasów, dziennika i wczesnego wstawania, ale czego się nie robi dla dobrej zabawy.



Zabawa w dzielną dziewczynkę. Patrzcie, jak sobie dobrze radzę, szykując wszystkim kanapki i dźwigając torby z urwanym uchem. Mleka zapomniałam kupić, muszę znów wrócić do sklepu. Wspominam tatę i prawie wcale nie płaczę, tylko wtedy, jak widzę kogoś, jadącego z wędkami na starym skuterku. Czasem myślę, że to on i że jeszcze zdążę go dogonić i powiedzieć mu wszystko, czego nie powiedziałam i odbyć tę najważniejszą rozmowę, która wszystko wyjaśni. Nigdy go nie doganiam, ten skuter zawsze jest za szybki. Więc zostaje zabawa w zbieranie kaczeńców nad rzeką i milczenie na moście, podczas gdy fala śpiewa o łodziach Jadźwingów i snach tysiącleci. Z rzekami tak jest, są jak koty, przestają się bawić, gdy stracą ochotę i możesz wtedy ile chcesz szeleścić papierkami, nawet okiem nie spojrzą.


Czasem bawię się w Kalinę, która ma dużo przyjaciół. Otwieram stare listy, pamiętniki nawet, wyciągam fotografie i pocztówki, notes z numerami telefonów. Wspominam herbatki przy kominku i czułe prezenty. Ale w tej zabawie trzeba uważać, by nie przypomnieć sobie, że wiele z tych telefonów w notesie milczy, na wiele listów nie otrzymało się odpowiedzi, a co się stało z naszą klasą, to już każdy wie. Jola z kucykami jest po drugim rozwodzie, Stasiek pije, a Marka już nie ma. Z lustra wtedy wygląda zmęczona duża dziewczynka, więc ta mała podchodzi do niej i obejmuje mocno. Trzeba pocieszyć ją czym się da, ciepłem kominka, wełnianą skarpetą, gorącą herbatą, szeptem, że nie jesteś sama, naprawdę. Damy radę, kochana. W końcu jesteśmy tu dwie, a co dwie kobietki, to nie jedna, prawda?



07 stycznia 2015

Każdy ma swoją zimę

Pęka skorupa lazurowego jaja i rodzi się świt, jak ognisty feniks. Jest minus szesnaście i wszystkie skrzypce nowego dnia grają na wysokiej nucie, smyczkiem z błękitu i skrzypienia śniegu pod butami Miłego, wychodzącego do pracy. Chucham na szybę, która wydaje się zimniejsza, niż jest - po mojej stronie ciepła wanilia herbacianej kuchni, po drugiej stronie mróz, malujący niebo  ogonem feniksa i brzozowe haiku nad śpiącymi wachlarzami jeżyn.
Moja czterdziesta druga zima.
Pamiętam te białe, gdy śnieg sięgał okapów dachów i wykopywano tunele, by dojść do obórek i stodół. Te kuligowe, gdy pod łapami świerków piekliśmy kiełbaski na ognisku, a gwiazdy tańczyły jak Fred i Ginger. Te mroźne, gdy mama kładła nas do łóżka w paltach i czapkach i zamykano szkołę, bo w klasach zamarzał atrament. Te śmigające na łyżwach, gdy woziłam tacie bigos nad przerębel pod Kuraszewską Górę. Rzeka rozlewała aż pod cmentarz i cały świat był jedną ślizgawką, na której byłam Gerdą w czerwonym płaszczyku, tańczącą w piruetach wokół zastygłych w lodzie wierzb.
Według legendy na Kuraszewskiej Górze stał zamek królowej Bony, a ona sama pojawiała się o północy, gdy Jaś Grajek zagrał na skrzypcach, by spełnić mu trzy życzenia. Mógł brać z zamkowych lochów złota, ile zapragnie, ale nie wolno mu było niczego wziąć bez pozwolenia - biedny Jasiek skusił się na nowe, czerwone buty i następnego ranka, nad rzeką przy kościele jaśkowego trupa ze spalonymi nogami znaleźli. Diabelskie buty spaliły mu nogi do kości.
Jadę ostrożnie na swoich łyżwach ze wspomnień, żeby nie ominąć żadnej wierzby, żadnego lodowego przejazdu, którym jechały przez rzekę wozy i sanie. Jesiony wokół starego kościoła, most, zatoka - gorący bigos grzeje mi ręce w wełnianych rękawiczkach. Wczoraj szłam do mamy Wietnamem przez łąki, wieczór pisał już na niebie zapowiedź nocnego mrozu, a ja byłam sobą wszystkimi, każdą swoją zimą, każdą parą rękawiczek, parą z oddechu i gałązkami wierzb, ogławianych właśnie pracowicie przez sąsiadów.
Dla was, jedna z zim Średniego. Bo każdy ma swoje zimy:)


05 stycznia 2015

Krajobraz po bitwie



Prolog:
Pod sosną, wpodle krzaku głogu, ustawiono tron, cały z szczerego złota - tam siedzi król władnący słodką Francją...




Pod kominkiem, wpodle gubiącej igły choinki, rozstawili swoje armie grający. Zajęli cały stół, obchodzę go delikatnie, aby nie strącić żadnego pionka. Każdy z nich może przecież właśnie tulić do piersi zacnego Durendala. Pole bitwy zroszone jest łzami Małego, któremu Średni postawił piracką łódź na jego morzu. Są i kubki po wzmacniającym odwagę kakao, jak srebrzysta księżycowa poświata nad owym bitewnym polem migoce cynofolia po czekoladzie gorzkiej pomarańczowej. Cyt, nikt nie widzi, jak przysiadam na brzegu krzesła. Kto to widział, wzruszać się, patrząc na planszówkę zostawioną przez dzieci.

Miłość to nie staw, w którym można zaw­sze od­na­leźć swoje od­bi­cie. Miłość ma swo­je przypływy i odpływy. Ma też swo­je roz­bi­te okręty, za­topione mias­ta, ośmior­ni­ce, burze i skrzy­nie złota i pe­reł. A perły leżą głęboko.... szepcą do mnie plastikowe pionki szeptem Remarque'a. Przesuwam piracki statek po tekturowym oceanie.

„Któż pojmie? - prócz tych samych, którzy
Pląsali z falą rozigranej burzy;
Tę pełność życia, ten żar krwi, co pali
Serce żeglarza na bezdrożnej fali..."


Dzisiaj rozebrałam choinkę. Ubierać jest komu, to czynność romantyczna, figlarna, twórcza, radosna, efemeryczna,  ale rozbierać to już musi Kalina Waleczna, bo to krew, pot i łzy. Idą pod papierową pierzynkę anioły, renifery filcowe, szyszki, bombki, w sen zapada gwiazda słomiana. Potem nadlatuje smok, Ryczący Z Igłami, Wciągacz Kurzożer, Pochłaniacz Mocarny. Benedykt Chmielowski w Nowych Atenach napisał: Smoka pokonać trudno, ale starać się trzeba. Nic to, dzisiaj moc jest z nami, ja i smok pokonujemy zaścielającą dywan szaroszafirową armię igiełek, które już nie pachną baśniami i wigilijną ciszą. Kiedyś było mi smutno, gdy trzeba było stanąć po ciemnej stronie mocy i tak racjonalnie, bez serca, duszy, jak szkieletów ludy  rozebrać choinkę. Piękno odeszło, elfy Bożego Narodzenia odleciały, czy mamy winić wiatr, że niesie nowe obłoki przez błękit? Dzisiaj... dzisiaj jest inaczej. Uśmiecham się do dywanu szarzejących igiełek na podłodze. Idź zimo, idź, Iglasta Wróżko, puszczam cię wolno, leć Dzwoneczku Blaszany. Wsuwam rurę Smokodkurzacza pod ramię i zaczynam porządkowanie.  I po niedługim czasie wszędzie jest czysto, pachnie praniem,  przez otwarte okno wpada chłodny wiatr, gładzi rozgrzane skronie plastikowych rycerzy, wzburza fale na tekturowym morzu, niesie zapach marznącego deszczu . Tak jest dobrze. Tak być powinno. Porządek jest przyjemnością rozsądku, a nieład rozkoszą fantazji.


Epilog:

Ale na wszelki wypadek klasnę w ręce. Tak, nadal i nadal wierzę we wróżki. I nie tak dawno, wydaje się, wykręcałam się jak mogłam, gdy mama wołała mnie, by rozbierać choinkę.






04 stycznia 2015

Stowarzyszenie pomarszczonych selerów

Lubię selery. Lubię brać je w ręce, powąchać, mają taki sennospróchniały zapach, są jak pomarszczeni mnisi zen, zagrabujący żwirek. Co do zen, to bardzo podobał mi się obrazek początkujących zen- istów. znaleziony gdzieś w sieci.


Dobrze sobie czasem takiego orła zrobić, jak ten pan po lewej na obrazku,  choćby w śniegu. Albo w trawie wiosną. Dobrze to robi na równowagę spraw ważnych i nieważnych. Cudnie relaksuje. Co do selerów - wczoraj w poczekalni u dentysty poczytałam takie poczekalniowe gazety, a w jednej był felieton Agaty Passent o zajęciach z przygotowania do  życia. Poleca, by uczyć dzieci i młodzież, żeby brać w ręce warzywa, zwłaszcza te pomarszczone, bo potem jako dorośli cierpią na fobię, żeby się nie pobrudzić, nie odczuć, nie obcować. Uprawa roślin ogranicza się do klikania w farmę na fejsbuku, co jest higieniczne i czyste, ale niestety, nie daje możliwości obcowania z takim małym, absolutnie cudownym, pomarszczonym, selerowym continuum.
Co do mnie, zawsze lubiłam się pobrudzić. Ziemia po pracy w ogrodzie wchodzi w linie na dłoniach tak głęboko, że nawet ręczne pranie nie domywa. Obieranie kartofelków tak samo. Kiedy jeździłam na podyplomowe studia plastyczne do O., moim ulubionym przedmiotem było lepienie w glinie. Wyobraźcie sobie widok dorosłych kobiet, często z manikiurem, stojących w osłupieniu przed wannami pełnymi moczącej się gliny. Trzeba było taką bryłę nabrać rękoma, osadzić na podstawie z płyty i lepić, formować, kleić... Czy według teorii pani Agaty Passent, mam dzięki temu mniejsze szanse, by skończyć z dotykofobią? Mam głęboką nadzieję. Bo co to za życie, gdy boimy się dotknąć świata, chropowatej kory, drożdżowego, rosnącego  ciasta, herbacianych fusów, wygarnianych ręką z czajniczka, o kompoście nie wspominając... ale nie wiem. Może na wsi jakoś łatwiej. Moi chłopcy całe lato ganiają boso, grzebali się w każdej dostępnej ziemi, wyciągali z niej dżdżownice, lepili kule z błota... nie sądzę, by Mały zadrżał na widok selera, choćby najbardziej pomarszczonego. Ani tym bardziej ja. Przecież z selera można zrobić cuda, pasztet, kotlety, ugotować go, pokroić w plastry, obsmażyć w jajku i bułce, zapiec pod beszamelem, pod serową pierzynką, ze szpinakiem, z sezamem, z dynią...
Można mu powiedzieć, tak jak bohater Into the wild mówi do jabłka (ten cudny cytat podrzuciła mi kiedyś Liadan)

"Jesteś pyszne. Jesteś tysiąc razy lepsze od jabłek, które dotąd jadłem.(...)  Jesteś takie smaczne, takie organiczne, takie naturalne. Jesteś jabłuszkiem mojego życia"

 Mówienie do roślin, tak jak dotykanie ich, to bardzo miła terapia tak w ogóle. Można recytować wiersze, podczas gdy strużynki selera lecą do wiaderka, wtedy mamy dwa w jednym, piękne z pożytecznym, takie stowarzyszenie pomarszczonych selerów. Chwytajcie dzień i uczyńcie swoje życie niezwykłym! W sumie zaczynam z selerem mieć bratnią (siostrzaną?) wieź, z powodu zmarszczek mimicznych. Jeszcze parę lat i będę jak selerowy akolita zen. Poza tym nie lubię pracować w rękawiczkach. Tylko do wydzierania najgorszej darni zakładam. I kocham pomarszczone twarze, są żywe, są opowieścią o tysiącach uśmiechów i smutków.

Z wieści domowych: Mały zrobił test na osobowość i od wczoraj twierdzi z powagą, że jest emocjonalny i kieruje się mową serca. Poza tym kupiłam pierwsze podpędzone hiacynty, jutro rozbieram choinki, a dzień dzisiejszy był już dłuższy o 9 minut. Czyli same powody do radości:)


Seler smażony:

- seler obrać, ugotować z przyprawami do smaku, pokroić w słupki
- każdy kolejno maczać w rozbełtanym jajku i w bułce tartej, smażyć na złoto
- to samo można zrobić z marchewką, a potem pogryzać

03 stycznia 2015

O obcowaniu roślin z człowiekiem




Nie myślicie, że gdzieś zagubiło się nam przyjazne obcowanie człowieka z roślinami? Każdy może sięgnąć po wiedzę, ile witamin, mikroelementów i antyoksydantów zawiera pietruszka czy awokado, ale zostały uprzedmiotowione jak prawie wszystko, stały się tylko elementem żywienia, zbiorami kalorii z metką i ceną. Skoro człowiek jest klientem, a zdrowie jest towarem, to dodatkowo dostajemy w pakiecie sporo manipulacji kupców od żywności, bo teraz jedzenie jest towarem, a jak jest towar, to jest marketing i takie magiczne słowa jak jakość czy ekologia, moda czy świadomość.

Gotuję dzisiaj fasolę i przypominam sobie, że przywędrowała do nas ponoć z Ameryki, ale bobowate i przedfasolowe protoplastki wędrowały już dawno po kontynentach. Ziarna bobu miano znaleźć w ruinach Troi. A jednak ludzie wiedzieli: że istota fasoli jest sucha i ciepła, że dobrze wpływa na wesołość i żwawość ducha. (to pewnie te wszystkie wesołe efekty uboczne trawienia:) Fasola nie była anonimowym towarem z metką: zdrowe. Była przyjacielem ciała człowieka, obcowała z dłońmi, łuskającymi strąki, miała bogatą rodzinę z wujem Grochem i ciocią Cieciorką. A taki orkisz? Hildegarda pisała:

„Orkisz jest ciepły, tłusty, mocny. Da temu, kto go spożywa, dobre ciało, dobrą krew i wesołość. W każdej formie, czy to chleb, czy gotowany, jest dobry i przyjemny. "

Już widzę ten rubaszny, radosny jak Colas Breugnon orkisz. Nie podkradli jeszcze Hildegardzie cytatów chytrzy kupcy od marketingu, może na szczęście. Hildegardzie zawdzięczam znajomość tak fascynujących nazw jak galgant i wszewłoga. Lubiła koper włoski. Uważała, że szczaw wywołuje smutek. Obcowanie z roślinami, odkrywanie ich natury - czemu kiedyś ludzie potrafili to robić i widzieli w tym sens, a dzisiaj tylko kupujemy, sprawdzając cenę i ewentualnie, czy zawiera gmo czy nie zawiera?

Mała dygresja: moją ulubioną zielichą jest zapomniana już słowacka zielarka, Ludmiła Thurcova, wyrosłam na książce, spisanej na podstawie jej porad zielarskich ( Maly atlas lecivychg rastlin, wydany na pamiątkę Ludmily Thurzovej, rod. Lilge, (21.2.1881 - 3.1. 1971) Potem przebiegałam ugory i łąki, szukając tego, co ona wiedziała już tak dawno. Mądry człowiek, dobry człowiek.

A wracając do przyjaznego z roślinami obcowania: na ból głowy miał pomóc miód gruszkowy, kompres z szałwi i majeranku i jodłowa maść. Fiołkowe wino zwalczało depresje - mnie już sama nazwa się podoba:) Na migrenę nacieranie pąkami jabłoni - wiosną wypróbujemy na Elfie, myślę, że pąkojabłoniowa terapia może być przyjemna, tak jak i terapia pierwiosnkami. Wszystkie łąki i pastwiska, wszystkie lasy i góry – są aptekami, te słowa przypisuje się Paracelsusowi. Ale ja w tej roślinnej przyjaźni widzę szczególnie rękę kobiet, gotujących obiady, suszących zioła, zbierających len czy rumianek. Mam wielką ochotę na książkę "Apteczki domowe w polskich dworach szlacheckich. Studium z dziejów kultury zdrowotnej", jeszcze jej nie czytałam, ale postaram się zdobyć, autorstwa pani Iwony Arabas. Chciałabym nie tylko zdobyć wiedzę, ale i odnaleźć w sobie tę przyjemność, jaką daje poczucie, że jesteśmy w ogrodzie świata, pełnym czekającej na odkrycie bliskości, gdzie zielone listki ruty, mięta czy wierzba o chropowatej korze mają nam do opowiedzenia tyle historii...

A my, wyposażeni w aparaty fotograficzne, naszą wiedzę, sceptycyzm, internet i cały ten pseudowszechstronny bałagan w nim zwyczajnie nie mamy cierpliwości, by posadzić sobie bób, patrzeć jak rośnie, a potem zebrać go i wypróbowywać, jak i na co jest dobry, i dlaczego lepiej do niego tymianek niż rozmaryn albo odwrotnie. Nie mam jakichś specjalnych ambicji, nie jestem zielarką czy profesjonalną ogrodniczką, ale chciałabym, ogromnie bym chciała pogłębiać swoją przyjaźń z roślinami, uczyć się od przyrody i nie chorować na roślinny czy ziołowy analfabetyzm, skoro już nasze babcie czy prababcie wiedziały, do czego liście malin i sok brzozowy. W tym roku na zagonku chcę posadzić bób, pasternak, może nawet brukiew - nie znam jej smaku, nigdy nie jadłam. Aż wstyd.

"I wtedy brukiew przemówiła ludzkim głosem, który brzmiał jeszcze piękniej niż głos kaszy jaglanej i drewnianego chomika:
- Księżniczko! - mówiła brukiew. - Jutra nie znasz, a wczoraj zapomnisz tylko, jedno wiedz: pranie na sznurze prędzej usycha, kiedy wiatr wieje, a wiadro jest puste."


Pozdrawiam was więc wesoło, styczniowo, orkiszowo, fasolowo, fiołkowo  i tymiankowo. Sadźmy, zbierajmy i uczmy się:)






                                                                      Kalina

02 stycznia 2015

Wewnętrzny koc



To, co jest bardzo przyjemne w zimie, to naprzemienne marznięcie i grzanie się. Można pójść na spacer, tam daleko, za wrzosowisko i cmentarz, gdzie rzeka podmyła łąki i zamarzła w trzcinowe lodowisko, zmarznąć po drodze i zmoknąć, czuć w butach roztopiony śnieg, a na policzkach wiatr. I wydaje się, że już się nie dojdzie do domu - sporą część powrotnej drogi Mały spędził na plecach Dużego. A potem jednak się dochodzi, zdejmuje w drzwiach te mokre, zmrożone skorupy ubrań, wyzwala stopy z ciężkich, namokłych butów i z jękiem ulgi i zachwytu zakopuje się w koce lub zalega przed kominkiem. I wieczór rozpina herbaciany żagiel, kot bawi się z cieniami, na nogach wełniane skarpety, jest jeszcze resztka sernika i napar z malin. I to jest bardzo przyjemna część zimy, choć o wiele rozsądniejsze naturalnie jest nie chodzić nigdzie na spacery, nie moknąć i nie marznąć. Ale wszystko trzeba odkryć samemu i wszystko trzeba przeżyć samemu.

Wczoraj piekłam sernik, chłopcy grali w Osadników i Mały dzielnie nie rozpłakał się ani razu, choć to Duży wygrał, co było do przewidzenia. Duży jest maszyną do wygrywania, bo jest podstępny, dobrze planuje i nie ma skrupułów. Wiem to, bo mnie też ograł wiele razy, za nic mając fakt, że puszcza z torbami własną matkę. Odbierze ci ostatni kamień, wyłudzając go za absurdalnie zbędne owce, a potem wepchnie swoją osadę akurat w miejsce, gdzie planowało się zrobić swoją drogę, całkowicie blokując ci możliwość rozwoju. Dodatkowo uważa, że jest to dla mnie doświadczenie kształcące. Co do tego, zachowam własne zdanie:)

Tak więc jest drugi dzień młodziutkiego roku, choinka gubi już igły, z czego zadowolony jest odkurzacz, ostatnie świąteczne czekolady zostały już zjedzone, archipelagi prezentowych książek zdobyte, rolki odpoczywają w kącie, robię sok z selera, ogórków, jabłek i kiwi i myślę o wewnętrznym kocu.

Tak mi się dzisiaj wymyśliło rano: wewnętrzny koc. Owszem, dobrze jest owinąć się w ten wełniany, gdy zmarznie się na spacerze, ale konieczne jest też posiadanie wewnętrznego koca na podorędziu. Kiedy z różnych powodów życie przemoczy nam nasze duchowe nogi, kiedy ugniecie praca, zaboli jakaś samotność czy czyjś nietakt,  ugryzie mróz czyjejś obojętności, albo zwyczajnie, zimno nam w serce, bo za oknem serca wichrzyska problemów i lęk jak fioletowa Buka, zawijamy się w wewnętrzny koc i ogrzewamy zmarzniętych siebie. Mój wewnętrzny koc w dużej mierze utkany jest ze wspomnień, jasnych, ciepłych wspomnień. Z ukochanych wersetów, cytatów, malutkich celebracji, które nie pozwalają mi umierać z zimna. Przeglądam albumy i pamiętniki, obejmuję ciepłe ciałko Małego przez sen, wyszeptuję się Miłemu, parzę sobie herbatę w najładniejszej filiżance, wyciągam z szafy miękkie swetry, z półki tomik Tagore, garnę się do ludzi.  Wewnętrzny koc działa poza umysłem, nie chodzi o to, byśmy jak Kaj, składali lodowatą ręką potrzaskane litery, ale byśmy pozwolili zapłakać sobie, jak Gerda. To nie inteligencja i geniusz Kaja odmraża jego nieczułe serce, to robią ciepłe łzy siostry.



Wtedy zapłakała mała Gerda gorącymi łzami, które spłynęły na jego pierś, dostały się aż do jego serca, roztopiły kawałki lodu i wchłonęły okruszynę szkła. Kay spojrzał na nią, a ona zaśpiewała mu pieśń:

Różyczki kwitną tak pięknie w dolinie,
Pójdę pokłonić się bożej Dziecinie.

Wtedy Kay wybuchnął płaczem i odłamek szkła wypadł mu z oka, poznał Gerdę i zawołał radośnie:
– Gerdo, kochana, moja Gerdo! Gdzieś była tak długo? I gdzie ja byłem? – Rozejrzał się wokoło. – Jakże tu zimno! Jak pusto i rozlegle!
I przytulił się mocno do Gerdy, a ona śmiała się i płakała z radości, było to takie piękne, że nawet kawałki lodu zaczęty tańczyć, a kiedy się zmęczyły i położyły, utworzyły właśnie te litery, o których mówiła Królowa Śniegu, że jeśli Kay je ułoży, stanie się niezależnym panem, a ona podaruje mu cały świat i parę nowych łyżew.

A swoją drogą, bardzo lubię tę baśń:)

01 stycznia 2015

O zapachu porzeczek i o tym, że po starym jest nowe.

Wystarczyło przecisnąć się między bukszpanami, ominąć czereśnię, włoskie orzechy pod oknami sypialni, by znaleźć się na opadającej w dół łące - rzędy starych jabłoni stały w tej wonnej trawie do brązowych kolan. Pierwszy rząd, drugi, trzeci...w trawie pachnąca przytulia, mięta. Dziadziuś jeszcze nie wykosił, na szczęście. Wolałam jak sad jest niewykoszony. Koszenie jakoś płoszyło wróżki. No i w końcu jestem tam, w środku sadu, w rzędzie ósmym czy dziewiątym, gdzie między jabłoniowymi państwami gęsto od krzaków porzeczek. Kładę się natychmiast pod jedną z nich, naciągam firanki gałązek na twarz, zamykam oczy i wącham, wącham, pakując do ust porzeczkowe słońca...


 Średni i Zuza między bukszpanami Dziadziusia. Obok cała kompania z Mamą, ja się wychylam z tyłu. Zdjęcie mocno archiwalne;)


Porzeczki, moja miłość. Moje zagubione wenecje, gdzie gondolierzy w łódeczkach z liści żeglują po tym najdziwniejszym z zapachów, ni to cierpkim, ni kwaśnym, bajkowym zupełnie. Porzeczka, ribeza. Imiona elfów: ribes rubrum, ribes niger. Biała z Juteborga, holenderska, czarna Rosenthala,  wersalska, no i gigant z Boskoop...  jak to się stało, że pozwoliłam wam odpłynąć i nigdy nie wrócić? Sadu Dziadziusia już nie ma, ale porzeczki są wieczne, jak wszystko, co kochamy. Rękopisy nigdy nie płoną, a porzeczki nigdy nie przestają być porzeczkami. Muszę mieć stary krzak porzeczki, żeby położyła się kiedyś pod nim moja wnuczka, gdy między zielonymi liśćmi zamruga złote słońce. Tak więc mała Kalina niech wdycha zapach porzeczek, a duża Kalina wiosną posadzi swoje kochane krzaki. Patrzę za okno - topniejący śnieg, szarość nowego, młodziutkiego stycznia, młodziutkiego jak pączki porzeczek w maju.

 
Wstałam rano, zrobiłam sobie kakao, dom śpi, a ja wędruję po porzeczkowych snach z głębokim pragnieniem: niech tylko stopnieje, niech tylko wiosna wróci, to posadzę porzeczki.
Jaki nowy rok, taki cały rok, mawiała mama. Cóż, przede mną sterta prasowania do samego nieba, naleśniki do usmażenia i tak dalej. Ale najpierw pozwoliłam sobie pójść do ogrodu, którego nie ma, pod nieistniejące krzaki porzeczek, żeby zrozumieć, że wszystko jest dobrze. Nie ma starych jabłoni? Będą nowe. Po starym jest zawsze nowe, prawda? Chudziutkie jabłonki już rosną z nadzieją. To, co wycięte, może być posadzone znowu. Nie będą takie same, ale będą. Nie muszę ciągle wspominać i tęsknić, wystarczy łopatka, krzaczek, pełen nadziei i trochę wiary, że jest ciągłość, sens, że nie na darmo obraca się koło a  Uroboros gryzie się w ten odwieczny ogon.   Jest pierwszy dzień stycznia, imieniny Eufrozyny, Mieszka i Odysa, dzień dłuższy o całe pięć minut i księżyca przybywa. 5 stycznia będzie najbliższa pełnia. Jeszcze 77 dni zimy. A potem posadzę porzeczki.

Dzisiaj jest to jutro, o które martwiliśmy się wczoraj, i wszystko jest w porządku.