15 czerwca 2017

Czerwiec

Czerwcowe deszcze były za krótkie, zbyt skromne - jedna większa burza, może kilka kałuż, wszystko wsiąkło w podlaskie piaski.
Sucha trawa, suche, leśne zarośla. Poziomki dojrzewają niewielkie, noce są chłodne, ranki jeszcze skąpią ciepła. Szarpie nas trochę wiatrem, przegania obłoki.
Ale zieleni jest  do pasa, została ze skrzyni posagowej maja,  dzisiaj z kawałwczka pielonej grządki całą taczkę ziela wywiozłam. Mały bobruje w trawach, wspina się po czereśni - jeszcze niedojrzałe. Ale żywica do skrobania z pnia jest. 
Brzozy bardzo piękne, białe, wtulam głowę w miękką korę. Moje ulubione. 
Jeszcze trochę. Jeszcze.
W czerwcu mimowoli  smutnieję, czas umyka mi przez palce, nie umiem już tak hojnie go marnotrawić. Bo życie wzywa. Ciągle za mało. I pielić trzeba, i podlewać, i monitorować podstawę programową, i robić statusy frekwencji - to nawet okropnie brzmi przy tych brzozach i trawach... a muszę. A chciałoby się tam, w zieleń, w brzozy. Jak dorosłość za bardzo zaboli...
... uciekam. Na pole, na ugór, rowerem. W zachwaszczony koniec ogrodu chociaż. Gdzie stara szklarnia i rusztowania po folii przegrywają walkę z biedrzeńcami i przyjemnym chaosem zieleni. Zgodną symfonią lata i leśmianady. W biedrzeńce, w dzwonki, w zachwyt. Róże kwitną. Jaśmin wystrzela zapachem. Brzozy są. Jeszcze trochę... i zacznie się księga wakacji.





















Noce czerwcowe, Wiktor Hugo

Lato, kiedy umknął dzień, kwiaty się okryły
Daleko po równinie rozniosły zapach upajający;
Oczy zamknięte, ucho uchylone na szmery,
Kiedy ktoś jest w półśnie, jest tylko drzemiący.

Gwiazdy są czystsze, cień bardziej dominuje;
Półdniowa mgła lekko barwi wieczne sklepienia;
I słodki blady świt, który swej godziny oczekuje
Niczym wszystkie wędrówki nocy na dole nieba. 

08 czerwca 2017

Sezon truskawkowy.

I oto nadejszła wiekopmna chwila! Są. Zaczęły się i u nas. Z pobliskiej wsi Miły przytargał pierwsze dziesięć kilo, częśc już pod cukrową pierzynką, resztę zjadamy, obłędnie szczęśliwi. Kilo chyba sama zjadłam.



Truskawki z cukrem, truskawki ze śmietaną, truskawki soute, truskawkowy koktajl, truskawkowe naleśniki, gofry z truskawkami...
Nigdy nie smakują tak, jak teraz.
Palce po obieraniu z szypułek  pachną, unosze je i wdycham ten cudny zapach lata.
Truskawki, nie z obcego kraju, własne, pachnące,  dorodne, piękne. Jak można bez nich żyć? Nie można. Będa truskawkowe konfiturki, truskawkowy sok.
Ciasto z truskawkami i rabarbarem.
Miny dzieci bezcenne. Moja taka sama. Cały stół pełen dobra.
Jutro zagotuję, popakuję w słoiczki, pod serwetkę. Najszybciej znikające dżemy zimą, to truskawkowe, zaraz po nich wiśnie i powidła ze śliwek. Ale na wiśnie przyjdzie lipcowy czas Bullerbyn, a na śliwki już przedjesienny.
Teraz, w tym szkarłatnym, wesołym tańcu czerwca, Jej Wysokość Truskawka nie ma konkurencji.
No, do czasu poziomek... ale o nich cyt, jeszcze potem. Jeszcze czekają w paprociowych parowach. Teraz radujmy się z truskawek.



 






05 czerwca 2017

Trzy kolory: biały, żółty, różowy


Z rozkwitnięciem dzikich róż zaczęliśmy wczesne lato. Wiem, że to niesprawiedliwe, dopiero co była wiosna, ledwie bzy skończyły swoją liliową paradę, ledwie zakwitły irysy... ale już jest, już Pani Lato za progiem, w trójbarwnej sukni.
Idziemy za zapachem Dzikiej Róży, z Gałczyńskim.

Za Dzikiej Róży zapachem idź
na zawsze upojony wśród dróg —
będzie cię wiódł jak czarodziejski flet
i będziesz szedł, i będziesz szedł,
aż zobaczysz furtkę i próg.




Z dzikiej róży robimy cukier różany. Pora jest piękna - leśmianowski maj przewędrował nam snami. Mały biega w każdej wolnej chwili po drogach i ugorach, w szkole ostatnie zapracowanie, Średni przynosi kolejne szóstki, zapowiada się nieziemskie świadectwo, tym bardziej podziwiane przez rodzinę humanistów, że w końcu te szóstki są z fizyki, informatyki i matematyki, a nie, jak dotąd u nas bywało, z polskiego czy sztuk artystycznych... Nawet pierwsze miejsce w konkursie programowania zespołowego wpadło, co przyjęliśmy z rozczulonym zachwytem. Ścisły umysł! W naszej familii! Coś niezwykłego.
Poza tym, rozkwitły na różowo piwonie.




Z rzeczy różowych, letnich i wytęsknionych to już truskawki i rabarbar. Szejki truskawkowe, rabarbarowe - te ostatnie z dodatkiem kardamonu i imbiru, z sokiem z cytryny (ciut), mlekiem. Do truskawek tylko mleko i szczęście. Smakują bajecznie, pite na tarasie, na niebieskiej ławce, przy różowych pelargoniach.

  


 


Ciasto z rabarbarem. kruszonka na kruchym, bezowa pierzynka, rabarbarek. Cały rok czeka się na ten smak, odpuszczam wszelkie diety^^





A na łąkach złoto i biel. Biedrzeńce na Wietnamie utworzyły królewską drogę - jeżdżę tam codziennie dla samej przyjemności przejechania się, w powodzi bieli, zieleni i tego niebieskiego baldachimu nad głową. Do bukietu lata jaskry, złote, złotogłów odchodzącej wiosny, płaszcz złotolity, splendor skarbca Zielonej Pani.







Na ogrodzie słabo mi rośnie, powoli. Może z powodu chłodnych nocy? Może z tego, że deszcz dopiero wczoraj spadł porządnie, burzą z grzmotami, pobłyskiwaniem i grożeniem palcem zza ciemnej ściany lasu?
Ale bób wzeszedł, buraczki, trochę ogórków, kartofelki. Marchew. W szklarni za to pięknie, rośnie aż szumi


01 czerwca 2017

O byciu dzieckiem



Kiedy byłam mała, myślałam, że bycie dzieckiem jest czymś najlepszym na świecie. I wiecie co? Nadal tak myślę.

Mały też.

- Dlaczego bycie dzieckiem jest lepsze od bycia dorosłym - zapytałam go dzisiaj. Dumał, dumał. W końcu oznajmił:

- Bo dzieci biegają, i zbierają szkiełka, i patyki, i bawią się, i uczą, a dorośli tylko pracują i siedzą. I ma się rodziców, którzy się opiekują i kochają.

Mały potrafi się bawić kawałkiem patyka i sznurka. Nazywa dżdżownice Stefanami i jest szczęśliwy, kiedy znajdę w torbie zapomnianego cukierka. Prosi o trzydzieści groszy na oranżadkę. Rzuca plecak, łapie pod pachę swoją deskorolkę i leci z kolegami na starą szosę. Nie ma pojęcia o polityce - nie, z tym nie do końca, bo dzisiaj mnie zapytał, jakie buty nosi prezydent Trump.

- Jakie? - pytam zaciekawiona.

- Trampki! - pokazał szczęsliwy uśmiech.

Kiedy lecieliśmy samolotem i stewardessa pokazywała spektakl edukacyjny o użyciu kamizelek, szepnął mi poufnie:

- Jak spadniemy, nic się nie bój, mamo, mam na sobie kąpielówki!

Średni pisze najpiękniejsze wiersze, Duży rysuje kruki tak, że prawie wylatują z kartki, a Wrzosowy Elf napisał mi takie życzenia, że pogubiłam kapcie z wrażenia. Nasze dzieci uczą nas wrażliwości - że każdy ma prawo mieć swój ulubiony kubek, chrupki, kolor, muzykę i jedyny w swoim rodzaju sposób popełniania błędów. Gubią skarpety, zapominają o ważnych sprawach, śmieją się wniebogłosy, robią sobie szejki i zapominają odnieść kubki, dyskutują o Barańczaku, przynosza piątki z egzaminów i rachunki do zapłacenia, a wszystko to jest ich absolutną składową, cudem, moim nieustannym zadziwieniem.

Że kochają pędzelki modrzewi. Biedronki. Że robią zdjęcia mrówkom i puszczają mi soundtracki z Wiedźmina Że świat ich przerasta, a jednak próbują, jakoś sobie radzą, zachowując niewinność.

Własnie, niewinność. Jakbym chciała to jeszcze mieć, ten zachwyt nad światem, w takiej skali. Próbuję, naprawdę. Czytam, co napisałam 10 lat temu, w 2007 roku:

"A jednak- to dziwne- jak teraz o tym myślę - moje dzieci  są…są niewinne…W bałaganie z klocków, książek, dinozaurów i kaset, w porwanych spodniach, butach, z siniakami na chudych kolanach. Niewinne. W zdrowym śmiechu, pokrzykiwaniu, wspinaniu się na drzewa, wyrywaniu piór kogutowi na pióropusz. Niewinne. Jak Tomek Sawyer. Jak w tej piosence:

Tak jak Bolek i Lolek Tytus Romek i Atomek Dzieci z Bullerbyn Tomek na tropach yeti
Tak jak król Maciuś pierwszy Asterix i Obelix Jak załoga G McGywer i Pippi…"

Niewinni i prawdziwi.

Serce Mamy czuje to przez podarte portki codzienności.
Odświętną koszulę Dnia Matki i Dnia Dziecka uprasujemy i schowamy do szafy.
Nasza codzienność jest wystarczająco prawdziwa i niewinna. I niech tak zostanie. Kochani, kochani moi, uczcie mnie tego nadal, bo nie wiem, co by było, gdybym przestała mieć w sobie choć odrobinę tego niewinnego dziecka. Byłabym starsznie smutną Kaliną.
Dzisiaj, wy, dla mnie:) Najpiękniejsi:)



Kiedyś i dziś: Mały




Duży:




 I Średni:




I na deser, cytat ze Średniego, jak był jeszcze Mały:

- No chodźże szybciej! - po raz setny pociągnęłam Średniego za rękę, odrywając go od wyjątkowo interesującego kamienia.
Powlókł się za mną z niechęcią.
- Czemu dzieci nigdy się nie śpieszą?- zajęczałam.
- Bo mają co robić, a dorośli tylko idą i idą - odburknął.
Faktycznie, miał co robić.
Najpierw znalazł dżdżownicę.
- Mamusiu, dżydżownica! - zawołał radośnie.
- Mówi się dżdżownica - poprawiłam. (Kompleks polonistki).
- A dlaczego nie dżydżodżydżownica?
- Chyba, żeby się jąkała. Po co ci ta dżdżownica?
- Po nic - wyjaśnił wesoło.
Po kilku minutach wypuścił dżownicę,  ale znalazł jakiś marcowy, nędzny wytwór roślinny.
- Po co ci ten chwaścior? Chodźże szybciej!
- To nie chwaścior. To roślinka. Posadzę ją na lepsze miejsce.
- Tam jej było dobrze.
- Nie, niedobrze. Znajdę lepszą ziemię.
I mimo moich protestów, wlekliśmy się noga za nogą,  bo on szukał lepszej ziemi, mitycznego Kanaanu.
Znalazł· pod reklamą kotłów c.o. i z dumą posadził roślinkę.
- Czy możemy już iść szyciej?
- A kupisz mi batona?
- Kupię w Rolmaku (sklep spożywczy po drodze)
- Ja chcę w Arhelanie (sklep spożywczy nie po drodze).
- Baton jest taki sam w każdym sklepie 
(Średni uwielbia wyłącznie 3bit)
- W Arhelanie jest fajniej.
I zwizytowaliśmy sklep.
A potem Średni szukał miejsca, gdzie mógłby wyrzucić papierek.  W małej wsi poszukiwanie kosza na śmieci  przypomina poszukiwanie Graala.
- Chodź szybciej!
Jeszcze znalazł żuka, jeszcze patrzył na kota, drapał wapno na murze cerkwi, znalazł mech i przesadził go na asfalt, mimo moich zapewnień, że mech nie wyrośnie na asfalcie
 (ale może wyrośnie mamusiu, skąd wiesz?)
Zobaczył koleżankę i zamachał ręką:
- Eliza, a Patrycja mówiła, że już ciebie nie lubi, wiesz? Bardziej lubi Martynkę!
Upomniany przeze mnie, żeby umikł, bo robi przykrość koleżance, zdziwił się:
- Ale to prawda, tak mówiła! I powiedziała, że złożyła przysięgę, że więcej do niej nie pójdzie!
Powiedziałam, że nie wolno przysięgać i pociągnęłam go za rękę:
- Chodź szybciej!
I już byliśmy przy domu. Ale on skręcił do sąsiadów,  zobaczyć co Pati robi.I powiedział, że będą się bawić w motyle i pić nektar z krokusów, ale z takiego koloru, jaki mają kolor
(rozumiesz, mamusiu, niebieski motyl tylko z niebieskiego kwiatka pije)
I tak wracaliśmy ze szkoły godzinę, zamiast 20 minut, 
albowiem dzieci mają co robić, a dorośli tylko sobie idą.