Konfiturę z dzikiej róży trzymałam właśnie na ten dzień. Dzień smażenia pączków.
Pączki w Kalinowie robi się według tradycyjnego przepisu, z żółtkami ucieranymi na ciepło z cukrem, z przesianą mąką. Nie podaję przepisu, bo w sieci jest ich mnóstwo, choćby tu, ja z części wyrośniętego (trzy razy!) ciasta upiekłam też całkiem smakowitą chałkę. Bo w pączkowym łasuchowaniu sama już zjadłam trzy sztuki, a podejrzewam, że chłopaki moją normę przekroczą ze dwa razy. I potem już sporo dni nikt na pączki nie spojrzy, więc chałka dla odmiany jak znalazł.
Dzika róża rośnie niedaleko, całymi żywopłotami nie do zdobycia, z Małym wyprawiamy się zawsze najpierw po kwiaty, potem po owoce. Nie wiem co takiego jest w pączku z różą, ale jest pyszny. Pączkowa, czwartkowa kwintesencja błogości. Do pączków mamy faworki, upieczone przez moją mamę i z uznaniem chrupane przez całą familię. Czyli czwartek odświętowany.
A chałka wygląda tak. I na ciepło, z masłem, do mleka, jest pysznością świata. Zimą jakoś bardziej mnie ciągnie do słodkiego i ciepłego jedzenia. Do zup i ciast. I gorącego chleba. Pewnie przez chłody. Ale za to przypomina mi się zawsze magdalenka Prousta:)
(...)Machinalnie podniosłem do ust łyżeczkę herbaty, w której rozmoczyłem kawałek magdalenki. Ale w tej samej chwili, kiedy łyk pomieszany z okruchami ciasta dotknął mego podniebienia, zadrżałem, czując, że się we mnie dzieje coś niezwykłego. Owładnęła mną rozkoszna słodycz (...). Sprawiła, że w jednej chwili koleje życia stały mi się obojętne, klęski jako błahe, krótkość złudna...
Chlebek drożdżowy robi się tak - na jeden bochenek taka ilość świeżych drożdży ile objętościowo mieści się na dnie kubka, pokruszonych, zalanych ciepłym mlekiem z cukrem. Jak mi w kubku urosną, wlewam do miski, dosypuję dwie szklanki mieszanej mąki, jaką kto lubi, ja zrobiłam głównie żytnią z kokosową i trochę pszennej, ale bardzo mało. Szczypta soli. Mnóstwo pestek, siemienia, czarnuszka, kminek. Kiedy wyrośnie w misce, smaruję naczynie żaroodporne - mam okrągłe - masłem, zapakowuję do niego drożdżowe ciasto, zostawiam trzeci raz do wyrośnięcia w lekko podgrzanym do 50 stopni piekarniku. Kiedy jest już w miarę podrośnięte, smaruję mlekiem, posypuję z wierzchu pestkami i zwiększam temperaturę na 180. Piekę 30 - 40 minut, zaglądam, czy złoty. Najlepszy ciepły, smarowany masłem.
Kiedy Babcia uczyła mnie piec, powiedziała, że wszystko, co drożdżowe ma rosnąć trzy razy. No to się trzymam tego i zawsze wychodzi:)
Mamy znowu zimę, minus 13 dzisiaj rano, śnieg chrzęści, uwierzycie? Tęskniłam za tym dźwiękiem i oto jest. Skrzypiący pod butami śnieg. Zaraz idę do pracy i narobię zdjęć po drodze, a teraz tylko pokażę wam Zdjęcie Numer Jeden tego miesiąca. Oto Ciąganie Brata Pogrzebaczem. W rolach głównych Duży - twórca genialnego pomysłu i Średni - ofiara, na której wynalazek można wypróbować. Średni w filmie braterskiego życia zawsze odgrywał rolę sierżanta Garsii - Duży był Zorrem, to jasne - Lolka - Duży był Bolkiem, oczywiście - więźnia Winnetou - Duży był Winnetou, chyba nie wątpicie - oraz wszelkich ochotników do eksperymentów - Duży był organizatorem eksperymentu i obserwował.
Pogrzebacz zahacza o kosz po praniu, z Chętnym Ochotnikiem Na Eksperyment wewnątrz.
Czy te oczy mogą kłamać? Nic ci nie grozi, eksperyment z pewnością się uda. Tak. Z pewnością...
I retrospekcja z 2008 roku, tak było!
- Mogę wziąć ten fioletowy koc?- zapytał Średni.
Ponieważ smażyłam tysiąc pierwszy naleśnik, a czynność ta wymaga skupienia, odparłam machinalnie:
- Tak, jasne.
Ale ponieważ jestem matką Średniego (i Dużego i Małego) podskórnie wszczepiona czujność kazała mi zapytać:
- Ale po co?
- Rozetnę go na pół i zrobię sobie kostium druida - odparł Średni z prostotą, zwodniczą, naturalnie.
Średni jest tak prosty jak Marchewa Prtachettowy, tak prosty, jak tylko ktoś bardzo wyrafinowany może być prosty.
- Nie, nie! Nie tniemy koca! Koc jest babci! Babcia nas zabije!
Średni przemyślał sprawę i wzruszył ramionami:
- Może być coś innego…zasłona….
- Nie, zasłona nie!
- No to z czego mam zrobić kostium druida?
- A po co ci kostium druida? - zapytałam chytrze.
- Na karnawałowy bal przebierańców.
Spojrzałam na kalendarz. Każdy by spojrzał.
- Jest czerwiec.
- No to co?
- Karnawał jest w styczniu.
Średni wzruszył ramionami. Zwodniczo.
- Kostium można wcześniej przygotować, no nie?
- Dam ci starą płachtę.
- Nie chcę. Jest różowa.
- No to co? Druidzi nie chodzili w różowym?
Spojrzał na mnie miażdżąco i pogardliwie.
Poprawiłam się.
- No, może nie chodzili. Może niektórzy. Czasem. A musisz być druidem?
- Ja teś ciem być dlujidem! - oznajmił z mocą Mały, przysłuchujący się rozmowie w napięciu od pewnego czasu.
- Nie możesz być druidem - odepchnął go Średni - Dzidziusie nie mogą być druidami!
Niedoszły adept druidziej mocy rozryczał się rozpaczliwie.
Dałam mu naleśnika, żeby się wyłączył i rozwiązałam problem gładko jak Aleksander, zwracając się do Średniego druida:
- Porozmawiamy w styczniu. Przed balem. Teraz bierz naleśnik i zmiataj.
Średni druid zmiótł się, nadąsany. Adept poszedł chlipać i żuć naleśnik.
Urodzinowa zagadka. Ile mam lat na tym zdjęciu? 😊Dzisiaj jest ten dzień, w którym bardzo cieszę się, że jestem na tej planecie. Jakie cuda. Wiosny i zimy, wróble i domowy chleb. Rodzina i dom, przyjaciele, ogrody i wiersze. Chcę jeszcze więcej. Czytaliśmy z Miłym dzisiaj, że człowiek wesołego usposobienia ma ustawiczną ucztę. I to z pewnością o mnie! A reszta zdjęć i retrospekcji jak wrócę z pracy. I rozwiązanie zagadki.
Ta dam. Jest już zwycięzca. Świeża dziewiętnastka. Taka jak tutaj, ten sam dzień, ten sam śnieg, ta sama radość. Zimowe urodziny.
I oglądam sobie zdjęcia, od małej Kaliny do dużej i dorosłej, zawsze mnie to wzrusza, bo mi się babcia Lida przypomina, która po siedemdziesiątce powiedziała zdziwiona: przecież ja jestem taka sama w środku, tylko na zewnątrz coś mi się zmieniło.
Było się małą Kaliną...
I większą...
Nosiło się kucyki i robiło Miłemu kanapki - 1992 rok!
A teraz jest się taką Kaliną
I ciągle tą samą, bzową, łąkową, domową i leśną, w środku:)
Tak w ogóle, to jesteśmy już w domu. Nie zdążyłam wam powiedzieć wszystkiego, pokazać i opisać. Nie zobaczyliście Calton Hill, kolcokrzewu koło Nelsona i zaułków Pani Schodów. Nic nie poradzę, to jak z życiem - nie damy rady zjeść wszystkich czekoladek. Ale dzisiaj jest sobota, lot trwał o pięć minut mniej, niż zaplanowano, o czym z dumą poinformował nas pilot, na bezlistnych różach w Kalinowie są krople rosy, na brzozach mgła, a ja piekę moją własną wersję szkockich scones.
Tak, ulepszona wersja - ulepszona o kruszonkę, bo nigdy za dużo kruszonki! I na drożdżach zamiast proszku do pieczenia, żeby były pulchniejsze i, jak to babcia mawiała, nuzdrate.
Tak wyglądają nuzdrate, polskie scones, czyli śniadaniowe bułeczki.
Chorągiewki w tle nabyłam sobie drogą kupna w Edynburgu i bardzo jestem z nich zadowolona. Zawsze chciałam mieć takie chorągiewki, a szyć nie umiem! A urokliwa maselniczka to prezent przedurodzinowy od mojej kochanej szkockiej rodziny, czyli Docika z mężem i mamy, bo to już za dwa dni Kalina wskoczy na 45. Tyle szczęścia, smacznych rzeczy i kolorów. Dom, pachnący bułeczkami. Bardzo miło się wraca, bo wszystkie rzeczy są tylko cieniami Amberu, jak mawiał Roger Zelazny, a moim Amberem, punktem określenia i północą mojego życia, na którą zawsze mam kurs, jest Kalinowo i dom. Uczucie, gdy przekracza się swoją furtkę, gdy wita nas uścisk Średniaka, kot, ocierający się o nogi jest lepsze od wszystkich bułeczek świata.
Miętowy królik też przyjechał z nami, już na wiosnę.
Hura, chorągiewki!
Cały kuchenny kątek.
A w Edynburgu w sklepach już przedwiosennie, kolorowo i króliczo. Lubią króliki. Ostatniego dnia wędrowaliśmy już leniwie, bez pośpiechu, oglądając witryny i smakując pożegnanie. Proust pisał "W stronę Swanna" tak:
Miejsca, któreśmy znali, należą nie tylko do świata przestrzeni, w który wstawiamy je dla większej wygody. Były one jedynie cienką warstwą pośród ciągłości wrażeń, tworzących nasze ówczesne życie;wspomnienie jakiegoś obrazu jest jedynie żalem za pewną chwilą; i domy, drogi, aleje są ulotne, niestety, jak lata.
Czułam tę ulotność, patrząc na kolorowe mydełka w mydlanym sklepie, na wypchane króliki, na toczące się nad głową ołowiane, brzuchate chmury. I tak bardzo tęskniłam za domem, w którym choć na chwilę ulotność miejsc, rzeczy i ludzi jest mniejsza, a jak bardzo, bardzo wierzę i pragnę, to prawie jej nie ma. Jakbyśmy trwali wszyscy, mocno wtuleni w siebie:)
Z rzeczy smacznych, to były jeszcze cukiernie. Nie dziwię się, że oni mają tyle pubów, kawiarenek i kafejek, skoro pogoda zmienia się kilkanaście razy w ciągu dnia, gdzieś trzeba się chować przed deszczem i wiatrem. A przy kawie, herbacie, scones, sernikach i babeczkach schować się jest zawsze przyjemnie.
No to ostatnie spojrzenie na pozostawione już we wspomnieniach miasto. Było pięknie, poruszająco, bajkowo. Dziękuję mojej cudownej rodzinie:) I witaj, domu.