Przeszły deszcze. Wszystko pozieleniało, zmyło z siebie kurz i zmęczenie ostatnim gorącem, wypłukane życiodajną wodą. Teraz ogród wygląda zdrowo, jędrnie, liście są mięsiste, trawy i liście prężą się w przyjemnych dwudziestu stopniach, z lasu nawołują wilgi. Chodzę po wieczornym podwórku i nie mogę się nacieszyć.
Szczypiorek i kosmosy. Pierwsze poziomki nabierają rumieńca, pierwsze piwonie błyskają kolorem z zielonych pąków. Kwitną ziemniaczki, ogórki dostają wąsów, wchodząc w wiek młodzieńczy, zioła na skalniaczku kwitną, pomidory w szklarni kwitną. Przepiękna jest ta głęboka, szmaragdowa zieleń. Każdy detal nabiera piękna - wiklinowy badylek, stara konewka.
Sałata jest teraz najsmaczniejsza, krucha i słodka. Zawiązują się owoce na gruszach i czereśniach, rosnąc z dnia na dzień. Kwitną pierwsze dalie, pierwsze aksamitki. Maki już w kosmatych płaszczykach - zaraz błysną czerwonymi sukienkami. Pierwszy już jest. I pierwsza róża.
Splendor różanecznikowy. Co tam królewskie wesela, jak różaneczniki kwitną!
A ponieważ nie samym ogrodem człowiek żyje, to ostatnio jedliśmy taką kalinową wersję czebureków - smażonych, tatarskich pierogów z baraniną. Tylko u nas bez baraniny i połowę zrobiłam pieczoną. Dwa rodzaje farszu - puree z fasoli plus puree z ziemniaków, ze smażonym szpinakiem i szalotką, doprawione kminkiem, solą i pieprzem - i młoda kapusta z pieczarkami i czarnuszką.
Na deser miał być Malinowy Król, ale wyszedł Truskawkowy Król, bo mrożone maliny się skończyły.
Trwaj, maju.















































































