Łagodnie, powoli, bez pośpiechu, cicho, niekomercyjnie, niezobowiązująco, bez fanfar, tak po prostu, przyszła wiosna.
Jak bardzo kojące jest to, że nie zmienia kolorów z każdym rokiem, że zawsze ma ten sam sprawdzony zestaw i mogę z ufnością powierzyć serce dzwoneczkom przebiśniegów, fioletowym kubraczkom kurdybanków i żółciom krokusów. Będą w tym samym miejscu, jak co roku, jak te same od lat kubeczki w kuchni babci. Kilka ciepłych dni i wynurzą się spod płaszczu burych liści, pod dzikim winem, obok hortensji. Tak jak dzisiaj.
Jak dobrze, że wiosna nie ma stylisty, który oznajmiałby: tego roku biele, kurdybanki zejść mi z oczu, schować forsycje, ma być jasno, przejrzyście, co to za pstrokacizna, to jest passe!
Jak dobrze, że taka sama trawa wysuwa już ciekawskie nosy spod tej samej olchowej ściółki, że pączkują identycznie jak rok temu pączki wiśni i dzikich śliwek, powtarzalnie powtarzalne, nucące ten sam refren ze stoickim spokojem.
Pomidory wzeszły w doniczkach, sałata i oberżyna. Powoli grabimy ogród, jeszcze tydzień i wygrabimy do końca. Jak dobrze, że mogę sobie grabić nieśpiesznie, zadzierając głowę, gdy gęsi lecą. Krzaki mogą być spokojne o swoje czupryny, a mech na trawniku nie musi się kurczyć ze strachu, gdy przechodzę obok. Za to nowa szklarenka powinna powstać w ciągu miesiąca, bo jak nie, będziemy nocować wśród sałaty i pomidorów.
- Mały, za godzinę jedziesz do dentysty - oznajmiłam dziecku w sobotę.
- Trudno, trzeba się cieszyć chwilą - odparł, nie odwracając się od oglądanych pingwinów.
Ma rację, jak dobrze cieszyć się chwilą, na przykład wywożąc zmurszałe liście na kompost, wyciągając z forsycji nawrzucane z ulicy butelki i fotografując na kolanach dzwoneczki przebiśniegów i puszyste futerka bazi. W różowych crocsach!
I jak co roku, to samo zdumienie, pełne podziwu: czego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne dary?



