30 sierpnia 2015

Lato z Bullerbyn i o niesieniu się jesieni.

Skończyłam podlewać, kiedy było już ciemno. Tak dziwnie, że ciemnieje już o ósmej. Andrzej Poniedzielski napisał kiedyś o słonecznych sadach słów. Dobrze, że one są odporne na końcowosierpniowe ciemnienie. Mogę sobie zaszyć się w słonecznym sadzie słów i przypominać sobie lato.

Przemijające lato dorosłych jest inne niż lato dzieci. Stwierdziłam to, obserwując Małego z gromadą bosonogich przyjaciół, którzy niesłychanie zajęci zajmowali się w tych ostatnich dniach wytrwałym celebrowaniem rzeczy przyjemnych  choć zbędnych. Takie lato z Bullerbyn. Długimi patykami z leszczyny wyławiali glony z oczka, odbywając potem  pojedynki Don Kiszotów z kopią ozdobioną zielonym wisiorem. Walczyli z niewidzialnymi potworami, ukrytymi w chwastach. Skakali na skakankach.  Kopali dziury w piasku na drodze i zalewali je wodą. Wspinali się na drzewa i przeskakiwali na trawie przez niewidzialne przegrody. Leżeli na plecach i liczyli chmury. Dostali od babci cukierki za podlewanie szklarni doprowadzając niemal do małej powodzi. Bawili się świetnie, a dzień Mały zakończył wąchaniem pomarańczowego mydełka od cioci Dorci i czytaniem Baśnioboru.

W tym czasie ja drylowałam śliwki, robiłam przecier, myłam słoiki,  robiłam chutney, karmiłam króliki,  zmywałam podłogę, robiłam zapiekankę z cukinii, podlewałam ogród i starałam się nie myśleć o nienapisanych planach. Uważam, że to niesprawiedliwe z tą dorosłością, dużo mniej zabawy. Już sobie wyobrażam wzrok rodziny lub sąsiadów, która przyłapałaby mnie, walczącą z niewidzialnym wrogiem kijem z proporcem z glonów. O kopaniu na drodze dziur nie wspomnę.
Ale za to poszliśmy z Miłym na spacer, celebrować ostatnie sierpniowe wieczory. Świerszcze, na niebie fiolety i róże, sosny nad głową, a na polu czmychające z gracją sarny. Radości posiadania czmychających saren tudzież pól towarzyszy niejasna melancholia, że one, te sarny, nie mają pojęcia, że czmychają wieczornie w przedostatnim dniu wakacji, a polom to w ogóle wszystko jedno. Bardzo samolubną istotą jest człowiek, koncentrując się na własnym bólu istnienia:)

Mój ulubiony Poeta, pan Poniedzielski napisał kiedyś:

Powolnym maleniem
Ilości "się rozanieleń"
I wzrostem ilości, niestety, "się zbiesień"
Niesie się jesień


No i chyba właśnie się niesie powolutku. Odezwę się już wrześniowo, wkrótce:)



29 sierpnia 2015

Mały odkrywa świat przy zbieraniu śliwek


Zbieramy z Małym nasze złote śliwki. Pokazuje mi pomarszczony, niedojrzały i zasuszony owocek.
- Mamo, czy to jest mózg mirabelki?
Potem przychodzi pora na pająka. Dłuższą chwilę Mały zastanawia się, czy pająk ów ma żonę i małe pajęczątka, dla których w pocie czoła zbiera żywność. Wysłuchuję traumatycznej historii o ludzkich olbrzymach, zagrażających małemu pająkowi i o niebezpieczeństwach pajęczego żywota. Wśród opadłych mirabelek mój badacz przyrody odkrywa też włochatą liszkę.
- Mamo, czy gąsienica ma twarz z dwóch stron? - pyta ciekawie, przypatrując się obiektowi badań z zapałem - Czy tylko z przodu i z tyłu?
A ja? No cóż. Ja tylko zbierałam śliwki, podczas gdy Mały poznawał przy okazji świat i odkrył tyle ciekawych rzeczy:)


28 sierpnia 2015

Czy to wystarczy?

Patrzę sobie na gałęzie jaśminu za oknem sypialni, w bladym, bezzłotym świetle poranka. Zostało mi kilka dni wakacji. Wczorajszy spędziłam w większości na pisaniu czterdziestu jeden stron planu wynikowego dla klasy czwartej, zawierającego cele i wymagania z podstawy programowej oraz dwa rodzaje osiągnięć, podstawowe i ponadpodstawowe. Jeszcze dwa takie plany przede mną. Pokreślona na czerwono podstawa programowa leży na biurku, obok szklanki z mirabelkowym kompotem. Za oknem jaśmin, żółknący. I ten świt, jak z wiersza Roberta Bly:


Teraz śpiewamy i tańczymy drobiąc po kuchennej podłodze.
Całe nasze ciało jest jak port o świcie.
Wiemy, że nasz Pan zachował nas, byśmy dożyli tego dnia.


Port o świcie. Czuję się jak port o świcie, zaraz wyruszą w drogę moje statki, moje ładowne karawele pakują już kufry, napełniają się dobrem, już załoga szykuje żagle, już na rejach biega bosonogi wiatr. Zbieram swoje plany, podstawy programowe - owszem, są ważne, ale to nie one napełniają bogactwem moją nauczycielską armadę. To nie z nimi wyruszam w swój kolejny rejs- w tym roku minie dwadzieścia lat mojej nauczycielskiej pracy...

Myślę o tych trojgu, którym pozwolono warunkowo zdać do następnej klasy. Mała Z Kucykami ma z sześcioro starszego rodzeństwa i nie wiem ile młodszego. Nikt tam nie pracuje. Mała Z Kucykami nie ma pojęcia o okolicznikach i polach figur, pewnie znowu nie będzie mieć podręczników. Marzy, żeby mieć telefon i przyjaciółkę. Mama pije.
Na korytarzu, w kącie druga mama, ta od Pasiastych Rękawiczek. Krzyś też zdał warunkowo. Jest taka szczęśliwa, obiecuje, on zaliczy wszystko, napisze wszystkie testy, pani, będzie się uczył. 
Trzeci warunkowy ma tylko mamę i brata. Jak ktoś przezywa, potrafi uderzyć, mocno. Czasem za brata. Zna dużo interesujących słów, bynajmniej nie z łaciny. I jest chudziutki, jak przestraszony ptak, zbyt oskubany przez los już na starcie. 

Co załadować do ładowni nauczycielskich karaweli, do moich galeonów wiedzy? Kapitanie, mój kapitanie... czy wystarczy nam współczucia, cierpliwości, żalu? Czy myśl o tym, że te dzieci nie mają jaśminu za oknem, kryształków na żyrandole, chwytających poranek, świec i baśni Andersena, mirabelkowego kompotu i kogoś, kto stoi za nimi jak mur - czy to wystarczy?

Wraca Piotruś, raz już odebrany rodzicom razem z resztą rodzeństwa, czasem gryzący jak zwierzątko, plujący na inne dzieci, mający gdzieś wszystkie przymiotniki świata - czy to wystarczy?
Czy moje cytaty, wiersze, posiadywanie w klasie, obejmowanie ich, gniewanie się na nich, czasem łzy, sprawdzanie zeszytów, nieustanne tłumaczenie, bycie obok, czy to wystarczy?

Biorę was na okręt, Aniu z Avonlea, Bracia Lwie Serce, Ronjo, Winnetou, Aniele Stróżu Mój. Ciepłe łapki moich synów, ich  malowane obrazki, wspomnienia o babciach, dziadziusiach, o ciepłym domu, o dobrych nauczycielach, o mądrych ludziach. Musicie być ze mną, kochani, bo to nie podstawa programowa uratuje nas, gdy runie sztorm.
Zabieram wiersze księdza Twardowskiego - o dzieciach co nie nudzą się w czasie kazania, o aniele białym, co lubi kawały. O miłości. Makuszyńskiego. Emily Dickinson. Czarliego i Fabrykę Czekolady. Matyldę.  Korczaka. Może to wystarczy?

Schludne gazetki, kwiaty na biurku w klasie. Wytarta tablica, czyste zeszyty. Pani, nasza pani. To jabłko jest dla pani. Pani wróci? Jutro pani wróci?

Nie zauważyłam, pisząc ten post, że już minął świt. Jaśmin zbłękitniał- to Makuszyński napisał, że z daleka wszystkie szkolne godziny błękitnieją. Zostało mi kilka dni wakacji, pół drzewa mirabelek, mnóstwo pomidorów, usychający ogród, niekupione zeszyty, książki, buty dla własnych dzieci, koszulki na wf, nieskończone plany wynikowe. I wiecie co - ciągle dużo nadziei. Bo może jednak, to wystarczy?



25 sierpnia 2015

Ich Śliwkowa Złocistość, Mirabelka


  Oto ona,  Mirabelka, Ich Śliwkowa Złocistość. Teraz ona najpiękniej pachnie z sukni lata, z niekoszonych traw na ugorach i ogrodach, z przydomowych sadów. Złoci się w łaskawej obfitości. Zawiera wapń, potas, żelazo, fosfor, magnez, polifenole i błonnik. Witaminę C. Antyoksydanty.



Wiosną jest cudownie miododajna, kwitnie jako jedna z pierwszych, baśniowa stołówka dla wygłodniałych pszczół i trzmieli. Latem daje miły cień. A w sierpniu owoce - słodziutkie, złote, opadające w trawę, napełniające powietrze tęsknym aromatem, a serca przyjemnym poczuciem, że szykują się zapasy. Takie pękate słoiczki, pełne złota - czy nie są piękne?



Z mirabelki robi się pyszne kompoty, przecierowy dżem - wystarczy rozgotować, aż się rozpyrkoczą, przetrzeć, dodać cukru i w słoiczki.  Można robić sok. Kompot. Galaretkę. Co zamarzymy. Poza tym mirabelki są wszędzie. Hojne, łaskawe. Ich kwaśniejsze siostrzyczki ałycze wyciągają do nas ramiona na byle jakich parowach, pagórkach, na brzegach lasów i pól. Królowe dolin i łąk,  cygańskie, złote kasztelanki sierpnia. Niech żyją les mirabelles.





24 sierpnia 2015

Traktat o łuskaniu lata


Smyk, smyk. Kiedy obłe, suche ziarna spadają do emaliowanej miski, to tak, jakby przesuwały się jakieś zapadki, zębate koła czasu i za chwilę wskazówka przejdzie niewidzialną granicę. I zagra melodyjny kurant, ciche bam, bam, diri, diri, ach panie, panowie, czemu ciepła nie ma w nas?
Mama łuska bób na tarasie, ja zasypuję podkop, który wykopały króliki w drodze do upragnionej wolności. Pachną spadające z brzóz liście, spieczona ziemia, suche wrotycze, osty, płowe trawy, zasychające na krzakach jeżyny. Piękne jest lato, a my łuskamy je do końca, do ostatniego ziarna w strączku. Jeszcze przecier z pomidorów, jeszcze dżem z mirabelek, jeszcze ostatnie spacery, bukiet nawłoci, jabłko spod jabłoni. Małe, dobre, jasne rzeczy, które tworzą lato. Rodzinne spotkanie przy okazji chrzcin. Rozmowy pod leszczyną. Jak w sześćdziesiątym dziewiątym mama z tatem i wujkiem  kupiła telewizor Topaz i adapter Bambino, wioząc je autobusem z Bielska. Myśli uciekają i w zamyśleniu, z czułością.  Liście opadają, w filiżance z kawą odbija się niebo i senne obłoki. Trzeba podlać w szklarni, nakarmić uszatych uciekinierów. Myślę o łuskaniu lata. Tyle się zdarzyło. 
Ślub Dużego i Elfa. Chrzest Średniego. Nasza dwudziesta pierwsza rocznica ślubu. Chrzciny Ady, maleństwa Tini. Inne rocznice, urodziny, spotkania. Każdy miesiąc jak strączek, każdy dzień jak ziarno,  pełen, wyłuskany do końca, skończony, przeżyty. Pożegnania, powitania. Tylu gości,  tyle herbat, szarlotek, opowieści. I oto ostatnie strączki sierpnia, miska prawie pełna, a ja czuję się taka młoda, jak dwadzieścia lat temu, jakby ten czas był tylko suchą łupinką. Kolejne lato odbija się we mnie, jak niebo w filiżance.
- Jestem twoim synkiem na dobre i na złe - oznajmił wczoraj zadowolony Mały.

20 sierpnia 2015

O nocnych łowach, suszeniu glonów i domowych różnościach.

Lubię stać na schodach i patrzeć, jak nad brzozami ściemnia się niebo, a znad ługa i ugorów, spod sinej ściany lasu wysnuwa się wieczór.



O dwudziestej jest już prawie ciemno, głosy ptaków cichną. O tej porze myślę Szekspirem.

Światło dokoła ziemskiego przestworu
Przygasa, wrona pociąga do boru,
Wdzięczny dnia orszak mdleje, chyli głowy,
Natomiast nocna czerń zaczyna łowy. 

 Co do tej nocnej czerni, zaczynającej łowy, to mamy  jej całkiem sporo, na wyciągnięcie ręki nawet. Do miski, w którą mężowa mama zanosi resztki okolicznym psom i kotom schodzą się jeże. Są  grubiutkie, widać lato im służy, podobnie jak i stołowanie się u nas. W oczku wodnym widzieliśmy zaskrońca, a drugi, albo i ten sam, czmychnął mi z wdziękiem spod nóg, gdy wynosiłam obierki na kompost. Mamy żaby, ważki, jaszczurki, przez ogród wędrują swobodnie kociska sąsiadów, okazując nam kompletny brak zainteresowania. W szklarni pojawiły się mączliki, traktujemy je opryskami z czosnku, pokrzywy i sody, walka póki co wyrównana. Dokwita lawenda, stołówka dla trzmieli i pszczół. Nasz podwórzowy wróbel Franio wyprowadził z gniazda podchowane potomstwo i latają stadkiem, kucając po pergolach i wykłócając się jak włoska rodzina. Są też prawdziwi nocni łowcy, nietoperze. Z zapartym tchem można obserwować ich zakosy i zwroty na szafirowiejącym granacie nocnego nieba.
Przyłapałam dzisiaj Małego na wyciąganiu z oczka glonów i rozkładaniu ich na trawniku. Na moje zaciekawione pytanie, po co, odparł poważnie:
- Będę je suszyć.  Wujek mówił, że ludzie jedzą glony!
Nie wiem, czy Mały suszy glony w celu konsumpcji osobistej, czy na przyszłościowy handel bądź zaopatrzenie rodziny, ale cel jest szczytny.
Jutro wraca z wakacyjnych wojaży Duży z Elfem, upiekłam wegański chlebek z musem dyniowym, na mące jaglanej. Zrobiłam trzy słoiczki konfitury z dzikiej róży, co się pesteczek nadrylowałam, to moje, ale smak nieziemski.
W salonie bukiet z nawłoci, wrzosu i wrotyczu.
A w nocy mieliśmy plus siedem. Podobno nad Biebrzą mieli prawie przymrozki:))
I nadal sucho. Mama grabiła dzisiaj liście w wielkie sterty. 24 będzie Bartłomieja, a gdy koło Bartłomieja liść opada, prędko zima bywa rada. Zbieram surowce na dżem z żywopłotu, jakby co. Coby nie było, zapasy muszą być:)



19 sierpnia 2015

O odchodzeniu lata

Właśnie spokojnie i po cichu nadeszła ta pora, kiedy lato zaczyna pakować czarodziejskie kufry. Zdałam sobie z tego sprawę rano, wychodząc na taras i ze zdumieniem odkrywając, że jest zimno.  Pierwszy raz od bardzo dawna musiałam wciągnąć sweter. Pierwszy raz wieczorem wyciągnęłam szufladę rzeźbionej komody i wydobyłam wełniane skarpety. Nagle zaczęłam myśleć o tym, że dobrze byłoby rozpalić takie wielkie ognisko i pośpiewać przy gitarze. Noc wygwieżdżona nieziemsko, niebo sklarowane jak kryształ. W dzień na schnącym przymiotnie i nawłoci pajęczyny. W lesie wrzosy, archipelagi wrzosowych wysp. Liście pomidorów schną i skręcają się w brzydkich plamach. Zebrałam nasiona sałaty, wykopaliśmy ostatnią partię kartofli. Za kilka dni wracam do pracy i te ostatnie dni mają smak jeżyn i konfitur z dzikiej róży z antonówkami.

Przypatruję się wypalonemu suszą i upałami ogrodowi z poczuciem zrezygnowanego spokoju. Nic na to nie poradzę. Aronie, jagody kamczackie, borówki - wszystko wyschło. Pachnący groszek i róże, japońskie zawilce, hortensje, maki, nawet ziołowy ogródek. Odleciały bociany, na polach rżysko. Jakby zamknęły się ostatnie kartki niefrasobliwej, letniej powieści o okładkach z zieleni i złota, z poziomką w herbie. Nadszedł czas zimnych nocy, jasnych gwiazd, błękitu, późnego złota jałowców, wiatrów i cykorii. I dobrze mi z tym, łatwiej zamknąć tę książkę, gdy doczytała się sama do końca, gdy to, co miało ucichnąć ucichło i zostaliśmy postawieni przed faktem dokonanym. Lato spakowało pierwszy kufer.  Jeszcze co prawda trochę tych bagaży mu do spakowania zostało, tych zielonych sukienek, szafirowych szali, złotych kolczyków, maków we włosach,  hamaków, plażowych piłek, poziomek i świerszczy. Ale to tylko kwestia czasu, gdy owinięta śliwkową, wełnianą chustą stanie w naszych drzwiach ona, melancholijna pora, oczu oczarowanie, w bagriec i zołoto odietyje liesa...

Jakby co, to nasze kosze na grzyby już czekają, jarzębinowy i wrzosowy bukiet wylądował w zielonym dzbanie, a szuflada z wełnianymi skarpetami została otwarta. Czekamy spokojnie,  tu, w Kalinowie.

"Coś mu mówiło, że coś się kończy. Nie świat. Tylko lato. Będą jeszcze inne lata, ale nie będzie już takiego jak to. Już nigdy."

T.Pratchett