Hotel, w którym się zatrzymaliśmy nosił dumną nazwę Kosmos. W zasadzie centrum, po drugiej stronie ulicy wejście do metra, stacja WDNH. Cena przystępna - 3500 rubli za pokój ze śniadaniem. Biorąc pod uwagę, że dojazd aeroexpresem to 840 rubli za pół godziny jazdy w obie strony, a wejście na wieżę Ostankino całe 2000 za dwie osoby (mniej więcej nasze 140 zł) hotel okazał się strzałem w dziesiątkę. Przed hotelem stoi de Gaulle.
Mieliśmy pokój na 22 piętrze, widok w nocy godny Wolandowego spojrzenia. Pokój w standardzie, materace bardzo miękkie, wifi, ale brak suszarki do włosów, niestety. Za to śniadanie okazało się szaleństwem, szwedzki stół, ale uczta lukullusowa - było wszystko, co dusza zamarzy, od gorących kiełbasek, sałatek, różnych rodzajów omletów, jajecznic, po serniczki polewane mlekiem skondensowanym, sosami owocowymi, wędliny, sery, dania na gorąco, na zimno, rozmaite pieczywo, owoce, desery, kawa, ciasto... śniadania od 7 do 10, przy wejściu do hotelu bramki jak na lotnisku, trzeba chodzić z kartą gościa, jak się opuści pokój, bo boy nie wpuści do wind na piętra. W hotelu pełny luksus - sala koncertowa, gdzie byliśmy wieczorem na spektaklu kabaretu Uralskije Pielmieni, sklepy, restauracje, spa i inne cuda, co kto chce.
Hotelowy hol
Pokój
Widok z okna, niżej sala koncertowa.
Restauracja śniadaniowa nazywała się Kalinka i wyglądała tak:
Na antresoli nad holem dziesiątki sklepików. Do wyboru, co kto lubi. Jajka a la Faberge w horrendalnej cenie od 3 tys rubli do 5 tys za sztukę (cały nocleg kosztował 3500 ze śniadaniem!)
Wszędzie patrzy Putin.
O metrze, Kremlu, Gagarinie jednak w następnej części. Za dużo zdjęć!
- Powiedz mi, zacny Fagocie - zapytał Woland - twoim zdaniem mieszkańcy Moskwy bardzo się zmienili?
Mag popatrzył na ucichłą, wstrząśniętą wydobyciem fotela z powietrza publiczność.
- Tak jest, messer.
- Masz rację. Ludność tego miasta bardzo się zmieniła... zewnętrznie, mam na myśli... zresztą i samo miasto... O ubraniach nawet nie ma co mówić, ale pojawiły się te... jak im tam... tramwaje, automobile...
Myślałam o tym fragmencie "Mistrza" stojąc na wysokości trzystu paru metrów, na wieży Ostankino. I o tym drugim. O tym, jak Woland i Asasello siedzieli na tarasie.
"Wsparłszy na pięści trójkątny podbródek, podwinąwszy nogę, skulony na taborecie Woland nieprzerwanie patrzył na nieograniczone skupisko pałaców, wielopiętrowych domów i malutkich, skazanych na rozbiórkę ruder."
Moskwa jest ogromna. Moskwa jest inna, zarazem bliska, swoja, dysząca słowiańskim językiem, rytmiczną muzyką, podobnym układem ulic, a zarazem zupełnie obca, dziwna, pełna kontrastów. Sklepy Gucciego obok bezdomnych w metrze, wszechobecna policyjna kontrola obok niefrasobliwości zabawy. Wybraliśmy się na weekend, zabrakło mi czasu, by pójść śladami Bułhakową na ulicę Sadową, Patriarsze Prudy czy Worobiowe Góry. Ale zobaczyłam, co mogłam i teraz nie mogę zasnąć, mając pod powiekami dyszącą duszę miasta.
Tak wyglądały przedmieścia z góry, przy lądowaniu. Olbrzymie połacie lasów. Także w środku miasta. Pogoda podobna jak w Polsce, tylko wiatr zimniejszy, przenikliwy. Z lotniska Szeremietiewo da się dojechać do centrum bardzo wygodnie, aeroexpresem, bez przystanków po drodze. Standard bardzo dobry, pani z przewoźnym barkiem oferuje w trasie przekąski, jak w samolocie i gorący czajczyk. Ten czajczyk będzie wszędzie.
Ulica moskiewska w pochmurny, lutowy poranek wyglądała tak.
Ludzie jak ludzie, domy jak domy. Śnieg. Nosy ukryte w kurtkach, futrach i szalach. Dopiero bliżej centrum przywitała nas muzyka, kolory i inny świat. Na rynku, w okolicach Placu Czerwonego, odbywał się festyn. No i zanurzyliśmy się, z zachwytem...
Dziesiątki kramów, udekorowane wstążkami choinki, gałęzie brzóz o kolorowych sznurkowych dekoracjach, zapach smażeniny, muzyka, bębny, piszczałki, przebierańcy, bractwa rycerskie, tańce przebranego misia, konkursy, gorące kiełbaski, bliny, czajczyk z wielkiego samowara...
Jutro napiszę o metrze, matrioszkach, Kremlu, jajkach Faberge, hotelu i reszcie. Idę odsypiać - pozdrawlaju was:)
Wczoraj Szymek z klasy VI wypisując na tablicy znane mu części mowy, z powagą dołączył do zestawu coś takiego: wspólnik.
- Co to jest wspólnik, Szymek?
- No... no to taka część. Mowy.
Patrzyłam na wspólnika z namysłem. Podobał mi się. Wyglądał na weselszego krewnego ponurego spójnika, który tylko spajał, a wspólnik się stowarzyszał! Przyjęłam wspólnika więc do klasowej gromady, uświadomiłam Szymka jeszcze, że dopełniacz zawędrował do części mowy przypadkiem z innej bajki, a ożywienie też. Poza tym się zgadzało. Kompania części mowy się trochę rozruszała nieznajomymi twarzami, trochę świeżej krwi w szeregach, dopełniacz się przeleciał i rozruszał kości, a ożywienie z wiersza wylazło i poczuło wiatr we włosach.
Ale wspólnik wygrał zdecydowanie wczorajszy dzień. Razem z tą piosenką:
Gramatyka w szkole bywa fascynująca. I dzieci też. Bo Szymek ma ogryzione paznokcie, chudą, zmęczoną mamę, brata w okularkach o szkłach tak grubych jak denka od słoików, ale za to nie ma taty. Więc wspólnik czy spójnik, jesteśmy w dobrej komitywie, bo grunt to dobra kompania, z którą wędrujemy rok po roku, przecierając bolesne ścieżki polszczyzny.
Marta przy sklepiku pokazała mi stary portfelik.
- Trochę mi się drobne wysypują, bo tu jest porwane. Babcia mi dała portfelik, pani wie?
- Bardzo ładny - czerwona portmonetka wyglądała na tak wiekową jak wspomniana babcia. Marta wydziubała ze środka siedemdziesiąt groszy na bułkę. I jeszcze na cukierka starczyło. Miła pani w sklepiku sprzedaje cukierki na sztuki. Dzieci mówią do niej uniwersalnie Babciu, bo jest siwa, uloczkowana, w dzień pracuje w sklepiku, po lekcjach odwozi dzieci jako opiekunka w autobusach, robi na drutach szaliki, które tez sprzedaje w sklepiku, prowadzonym przez jej syna i synową.
- To co zawsze? - mówi do mnie, wyciągając baton z żurawinami i sok pomarańczowy. Babcia pamięta upodobania swoich klientów. I pozwala brać na kreskę, zapisując dłużników w dużym notesie.
Gruby na lekcji o wspólnikach nie pisał. Nie przepisał z tablicy nic, ani tematu, ani jednego zdania. Oglądal coś pod ławką na telefonie z rozbitym szkłem, z westchnieniem poprosiłam, by mi oddał, położyłam sobie na biurku.Gruby powtarza już drugi rok szósta klasę.
- Nie zamierzasz dzisiaj pisać na polskim?
- Nie.
Położył głowę na przedramieniu, wyciągnął się na ławce. Nie uśmiechał się, nie patrzył na mnie. Dzisiaj świat Grubego bolał. Prawa rodzicielskie do Grubego ma babcia, nie pytajcie, czemu.
- Ani jednego zdania?
-Nie.
Podsunęłam mu długopis, nie wziął. Wychodząc z lekcji, zapomniał rozbitego telefonu z mojego biurka. Kolega pobiegł za nim, niosąc cenny skarb.
Wracałam sobie ze szkoły myśląc o wspólnikach, portfelikach, ogryzionych paznokciach, grubych okularach. O creme brulee, które robię swoim chłopakom, o grzankach.
O tym, że nadejdzie wiosna, a ja znowu kupiłam nalepki, tym razem z samochodzikami, żeby je dawać za prawidłowe wykonanie jakiegoś zadania.
Szymek za części mowy też dostał.
To co, że ożywienie z dopełniaczem zawędrowało do innej kompanii. I wspólnik.
Zakwitły moje ałyczki w wazonie.
Dzień jest dłuższy o godzinę i 55 minut od najkrótszego. To niesamowite - prawie dwie godziny światła więcej. Przecież to bajka.
Jestem stęskniona za światłem. Stąd te białe wisienki, jasne koszule, pastele w kuchni.
Tęsknota zaczyna się już rano, gdy pomrukuje piec, czajnik, paruje mgiełka nad filiżanką.
Jaśniej.
Paradoksalnie, czytam Mroki Jacka Borszewicza, jakoś mi tak w ciszy poranka trochę Stachurę przypomina, trochę Krainę Chichów, ale czaruje, potrafi zabrać w las myśli, maluje mi sobotę zamyśleniami i uśmiechem, gdy patrzę za okno. Co przeczytałam dziś?
szukam świata w którym jedna jaskółka czyni wiosnę gdzie szewc chodzi w butach gdzie jak cię widzą to dzień dobry
O ósmej jest ciemnawo, na tyle pochmurnie, że zapalamy lampkę. Jakby ktoś słońce przykrył białym abażurem chmur. Jeszcze nasze poranki są zimowe, leniwe, feriowe. Kot wie, jak się wita dzień.
Najlepiej powolutku, bez stresu, ostrożnie uchylając kocie oko.
Albo i nie uchylając.
Punkt obserwacji sikorek lubimy i ja, i kota. Ostatnio był z wizytą rudzik, pewnie przyleciał z Tajemniczego Ogrodu. Przeważnie różne sikorki, te ubogie i te bogate, wróble, raz wpadł dzięcioł, nie wiem skąd. Zima nas otuliła, a my otulamy się w biały kocyk. Kolejny ranek, już piątek. Dzień dobry, kocie. Wstajemy?
Jeszcze nie.
Ciasteczka owsiane, kawa z mlekiem,dzisiaj kończę zaczęty wczoraj obraz. Malowałam lato, strumyk i dużo zielonego. Tęskni nam się za zielonym. Dzisiaj piekę szarlotkę, dzisiaj przyjeżdżają dzieci, umęczone sesją, egzaminami i pisaniem prac. Będzie głośne bieganie po skrzypiących, drewnianych schodach, okupacja salonu na planszówki, herbata w ilościach hurtowych, Mały czyta Lirael, kpusta gotuje się na gołąbki. Ranek się rozkręca, a ja łapię ostatnie kadry, ostatnie minuty, ostatnie łyki.
Coś się dopełniło, coś nasyciło, minęły prawie dwa tygodnie domu, ciszy, świtów, wieczorów, w poniedziałek wracamy do pracy, z nadzieją na ten dłuższy dzień, na więcej ptasich głosów rano, na powolne obracanie się koła czasu. Miłosz to napisał, Czesław: znów czas obrócił granitowym kołem, znowu śpiewały ptaki, ale nie tak samo.
W niedzielę wasza Kalina skończy 44 lata.
Piękne, zachwycone 44 lata.
Wszystkiego dobrego życzę sobie, wszystkiego jasnego, no bo jak inaczej?
Kocham to zdjęcie. To mężowa Mama, ze swoim najstarszym synkiem, a moim dziewierzem Danielem. Dziewierz to brat męża, ale mało kto pamięta. Ale i tak wygrywa paszenóg - dla męża mojej rodzonej siostry Tiny, czyli mojego swaka, mój mąż jest paszenogiem. To jest tak cudne, że można się zakochać w polszczyźnie. I popatrzcie na te stylowe gumowce w tle. Kadr jest cudowny, jak cudowny jest paszenóg, dziewierz i szurzy. Szurzy to brat żony. Nie mam szurzego, mam same siostry, ale jakbym miała, to byłoby też pięknie.
Jest pierwszego lutego, wstawiłam do wazonu gałązki ałyczy i czekam na pączki. Trzy tygodnie, może zakwitną? Nadal są ferie, nadal zajmuję się cudownościami małopożytecznymi, ale niezbędnymi dla kalinowej równowagi ducha. Pisze piosenki, oglądam zdjęcia, próbuję dżemu z żywopłotu. Czytam wiersze Średniaka:
Gubię się w czułych rękach i objęciach delikatności
tam, gdzie jeszcze czuwa w piecu płomień
a na zegarach wybija wciąż Wieczność.
Pachnie herbatą, czuć cynamon, czekoladę
truskawki, choć do sezonu jeszcze daleko
Ale zostawmy tajemnicę nietkniętą, niech
dojrzewa w spokoju, wsiąka w stare ściany,
w tylko trochę obite filiżanki,
w szczere słowa i szczere twarze
Ta sama dzielna dama, tym razem z moimi dwoma dziewierzami. Kto mówił, że w Kalinowie nie było techniki kiedyś? Twarze dzieci są najszczerszymi twarzami o najszczerszych uśmiechach.
No to jeszcze pradziadek Antoni i prababcia Mania, również z pozującym dziewierzem Danielem i ciocią Halinką. Jest rok 1961, w tle nasza ulica, o asfaltach nikt nie słyszał.
Mężowy tata z lewej i rodzinny uśmiech. Posiaduszki z sąsiadem Kolą. W tle mistrz drugiego planu, niestety, mama nie pamięta imienia... tak jak i imienia przedszkolanki, która przyszła z rowerem. Ale podobno kochał się w niej wujek z Warszawy:) I na koniec mężowy Tata nad naszą rzeką, zawsze tą samą.
Patrzę na twarze, uśmiechy, na życie, zawsze takie samo, z całym zakrzątaniem, zgiełkiem, dojrzewającymi jabłkami i kobietami o spracowanych rękach. Wrzosy wtedy kwitły im tak samo, jak dla mnie niedawnej jesieni, prawda? To pocieszające. Więc niech Średni zakończy:
Za zmarzniętymi szybami szemrze cicho świat
białe świerki chylą się nad białą drogą, a ja
kartkuję tylko stare gazety, historie minionych lat