Po deszczach ochłodziło się, w ogrodzie nastąpiła zmiana barw. Maki straciły sukienki, zbite ulewą, ledwie pojedyncze tulą się gdzieś wśród zieleni. Zakwitły lilie św. Józefa - ich zapach zawsze kojarzy mi się z domem Dziadziusiów i z bukietem, stojącym w pokoju, na starej serwantce. Taki słodki i letni, zamknąc oczy i wsiadamy w przenośny wehikuł zapachów, jak z magdalenkami Prousta. W ogóle, ostatnio Proust bardzo mi smakuje, a kiedyś go nie lubiłam, tak jak z Czarodziejską Górą. Chyba do niektórych książek się naprawdę dorasta.
"We mnie też zniszczało wiele rzeczy, o których myślałem, ze powinny trwać wiecznie, i nowe wyrosły, dając początek nowym troskom i radościom, których wówczas nie byłbym mógł przewidzieć, tak samo jak dawne stały mi się trudne do zrozumienia. Możliwość takich godzin już się nie odrodzi dla mnie nigdy. "
Kolory połowy lipca są nasycone, jak obrazy flamandzkich mistrzów, niosą w sobie wiele pogodzenia się z czasem, spokojnego, dojrzałego mijania. Już rudbekie kwitną. Już jeżyny. Nic nie poradzę na przesuwania się tej wskazówki na niewidzialnym zegarze. Już po Szkaplernej. Już na palcach nadchodzi Anna...
Przy okazji kilka migawek z ogrodu warzywnego. Pierwszy raz w tym roku zmieniłam miejsce i mam malutki warzywniaczek, za ciężko było mi utrzymać ten ogromny zagon. Więc mam mniej, tyle, ile dam radę... i też się cieszę.
Pisałam o jagodowych przetworach - dzisiaj robiłam dżemik leśny, jagody z malinami i jeżynami. Wybrałam się na ugory i pod las na zbiory. Na skraju działki jabłonka, nazywam ją Pomoną. Pomona w tym roku obrodziła pięknie...
A to już nasz malinowy chruśniak.
I Kalina na zbiorach.
Niestety, oskoma. Połowę zjadłam. Ale na cztery słoiczki starczyło:)
Czy pisałam, że tamaryszek kwitnie? I koronki Królowej Anny?
No i na koniec - kurki. Czas kurkowy...Kocham. W sosie, na młodych ziemniaczkach. W krokietach. W pierożkach z cytrynowym pieprzem. Dzisiaj przyjechały, przyniesione rękoma zapracowanej kobietki, jednej z leśnych Babeczek, dorabiających pracowitym zbieraniem wszelkiego leśnego dobra. Przyjeżdżają na rowerach, pogawędzą, pijąc kompot, kiedy ważymy na wadze owoc ich trudu. Szanuję i podziwiam, całym sercem. Zawsze mam potem więcej siły do dźwigania świata, kiedy widzę, jak pracowite dłonie i ramiona radzą sobie z tym całym ciężarem. Bezcenna lekcja.
Uwielbiam siłę kobiet, piękno tego cichego trudu.
I na koniec znowu Proust:
"Czujemy w jednym świecie, a myślimy i nazywamy w drugim; możemy ustalić między nimi zgodność, ale nie możemy zapełnić dzielącej ich przestrzeni."
Coś zdecydownie za mało przetworów. Co będą spożywać uczone dzieci w czasie zimowym? Podejrzewam, że osłabną z głodu i nie będzie piątek na swiadectwach i w indeksach. Och Kalino, popraw się!
OdpowiedzUsuńRobią się, robią:)
OdpowiedzUsuńDopiero co zimnych ogrodników czekaliśmy, a tu już Anka na progu. Jak to pędzi! Dżemiki smakowicie wyglądają :)
OdpowiedzUsuń