16 sierpnia 2017

Piąta wyprawa. Trześcianka - Soce. Kolory drugiej połowy sierpnia.

Macierzanka mi powiedziała, że Soce są piękną wsią. A po drodze miałam mieć Trześciankę, w której była kiedyś stara szkoła.  Tak więc zapakowałam się na rower i wyjechałam rano,  12 km w jedną stronę. Jedna z najpiękniejszych tras rowerowych, jakie ostatnio zrobiłam, naprawdę.


Trześcianka jest dużą wsią, bardzo piękną, w zasadzie typowa ulicówką, ale nagromadzenie urokliwych domków jest tam szczególne. Z racji tego miejscowość nazywa się "Krainą Otwartych Okiennic". Oczu nie mogłam oderwać.
Kiedyś nazywała się Trościanicą, Trościanką, Tryścianką, a wiki o Trześciance mówi tak:

"Pierwsze informacje o miejscowości Trześcianka pochodzą z końca XV wieku, kiedy to istniał dwór Trościanica położony przy szlaku z Litwy do Korony. Założony został on między 1494 a 1504 rokiem, a obok niego osiedlono przed 1541 r. chłopów królewskich starostwa bielskiego."

Trześcianka jest urocza, piękna, sielska, w zasadzie każdy dom chciałoby się sfotografowac i wrzucić na okładkę jakiegoś czasopisma dla wielbicieli Podlasia. Możecie sami popatrzeć - naprawde, trudno bylo wybrać zdjęcia, chciałam fotografowac wszystko...




Te żółte będą wszędzie. Uwielbiam je, czy to złotlin?













Drewniana cerkiew św. Michała Archanioła z 1835 roku.


Szkołę znalazłam przy cerkwi - jest w niej teraz prawosławny ośrodek opieki dla starszych osób, Eleos.


Wieś jest tak długa, że przejechanie jej zabiera sporo czasu. I zatrzymywanie się przy każdym domku^^ Przed jednym siedziała na ławeczce babula, rozczuliła mnie, gdy zapytała gwarą:
- A szto to za takaja diewczynka, a?

Zostałam dziewczynką!

W miejscowym sklepiku nabyłam wodę i cukierki lodowe. A w jednym ogrodzie widziałam jako ogrodowe ozdoby - kolorowe parasolki. Umieszczone na tyczkach, wyglądały wesoło zza płotu...


 W końcu  pojechałam dalej, szlakiem rowerowym na Soce i Puchły. Bajka. Naprawdę, przepiękna trasa, pogode miałam cudną, nie za gorąco, ale sierpniowe barwy, zapachy, widoki, zmieniające się jak w kalejdoskopie, jak w kinematografie...



Na łąkach i polach już takie odcienie. Złoto, bursztyn, rudość, zgaszone zielenie. Nawłocie, chaszcze, w lasach przyrudziałe paprocie. Jeżyny. Jaki spokój - lasy takie godne, uroczyste, już taką jesienną uroczystą aurą drzewnej świątyni. Łaki jeszcze zielone, po skoszonym drugim pokosie, otawie.





Niektóre rżyska już zaorane. Pachnie sianem, ziemią, ziołami. Grzybami.



Taka droga. Nikogo nie spotkałam przez cztery kilometry, ani żywej duszy.


Siadłam sobie nad strumieniem. I nie chciało mi się wstać:) Ale w końcu dojechałam do Soc. Wioska malutka, ale przepiękna. Brukowana uliczka, jedna. I mnóstwo bocianów. I chatynki. Ale najpierw rozstaje, a na nich krzyże.



Jarzębina nad czerwonymi kokardami.


Schludne, zadbane gospodarstwa, skromniutkie, pełne krzatania starszych ludzi. I ogródki z malwami, daliami, floksami, złotem...







Dzień dobry, co pani robi w naszej wsi?



Jeszcze więcej żółtego.



Siadam sobie pod stodołą, na kamieniu, żeby odpocząc i sprawdzić drogę powrotną. Jak pięknie. Jakie szczęście, być tu, patrzeć, zapamiętać. 





A nasza rzeka wygląda teraz tak:



 Marniutko. To nie ta dumna, szeroka rzeka, jaką była kiedyś, nim nie ukradł jej wody zalew Siemianówka. Brzegi zarośnięte. Już nie ma dzikich plaż.


A w kuchni przyjemny chlodek i dzbanek kompotu. Nogi bolą trochę. W sypialni też zmiana dekoracji z lipcowych na sierpniowe. Inne kolory, inny nastrój. Cisza, zapach leniwego jeszcze snu. Odpoczywam, z powidokami wyprawy pod powiekami.