14 października 2017

O niedotrzymanych postanowieniach, zabawie w jesień i rzeczach przyjemnych

Od czasu do czasu próbuję dotrzymać swoich noworocznych postanowień. Przypomina mi się w środku roku i wyciągam z szafy te ciężarki do ćwiczeń, planer z dietą i ćwiczeniami i naprawdę próbuję. Czasem nawet dwadzieścia minut.  Przechodzi mi całkiem szybko, bo Mały rzuca od laptopa, że napiłbym się kakao, mamo, co uznaję za świetny plan, Miły się podłącza z drugiego pokoju, że on by też, ale takie gorące! A do kakao mamy suszone owoce, a przy okazji znajduję w kuchni sernik.
Poza tym, racjonalizuję sobie, ćwiczenie na jesień to zły pomysł, na jesień to nawet koty grubasieją, zwłaszcza koty, przyroda opracowała idealny plan i nie warto walczyć z naturą.



Owoce suszę w suszarce do grzybów, eksperymentuję, co jeszcze da się ususzyć i chyba da się wszystko. Jutro spróbuję winogrona. W ogóle, sobotę mamy bardzo przyjemną, a są to przyjemności domowe,  ta część bawienia się w jesień, którą bardzo łatwo zrealizować, na przykład biorąc przykład z kotów i dzieci.




Mały w ramach sobotniojesiennych przyjemności postanowił usmażyć naleśniki. Odebrał instruktaż i prawie wyszło, tylko pierwszy naleśnik się zepsuł. Ale wyjaśniłam mu, że istnieje tak zwane Prawo Pierwszego Naleśnika, i że nie ma sensu walczyć, tak jak z jesienną grawitacją w strone koca i książki. I ciepłych skarpet. Tu wersja Mama - Syn. W wyroby ocieplające zaopatrzył nas Miły. Mąż, który zakupuje żonie skarpety jednorożcowe godzien jest pieśni. To dowód absolutny na znajomość kalinowej duszy i jesiennych pragnień. Ada, moja dwuletnia siostrzenica też ciocię rozumie, bo zażądała zakupienia diademu. Postanowiłam kupić dwa, dla niej i dla siebie. Dziewczyny mają swoją strategię przetrwania na jesień.



Zabawa w jesień jest też bardzo przyjemna na dworze. Prawie nie było mżawki. Fotografowaliśmy kolory. Orzech taki złoty, że Gałczyński by zakrzyknął:

             " o godziny pełne złotych szmerów!o, natchnienia jak kolumny złote! 0, kantaty!"





Przyczajony wąż, ukryty smok. Obiecywałam sobie tym razem, w TYM ROKU schować ogrodowego węża, nie porzucić na zimę, ale taki ma ładny kolor w tych liściach, że no...
Sumaki. Teraz nawet wybaczam im, że istnieją i mnożą się jak wyrzuty sumienia po nieschowanym wężu. Jakie piękne z tymi kolorami. I berberys, i kokoryczki, paprocie, porzeczki, wszystko.










A w Kalinowie jest park. I teraz ten park jest bardzo piękny. Chodzę i fotografuję liście, mija mnie mój uczeń i mało  nie wyszedł drzewem, tak głowe odwracał, co pani robi, kucając w kupie liści.  Prawie jak latem, gdy zbierałam jabłka z przydrożnej jabłonki a jakiś litościwy czwartoklasista zatrzymał się i oznajmił:
- Jak pani chce, to ja zapytam babci i damy pani jabłek!


Dwie drogi.  Jak u Roberta Frosta!


Po wielu latach, z twarzą przez zmarszczki zoraną,

Opowiem to, z westchnieniem i mglistym morałem:

Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano

Dwie drogi; pojechałem tą mniej uczęszczaną-

Reszta wzięła się z tego, że to ja wybrałem.







Nie mogę jednak zawinąć się w koc, muszę iść do sobotniej pracy w Domu Kultury - biorę parasol, będę iść Wietnamem i wspominać Annę Szałapak, idącą pod jesiennym złotem Gdzie Indziej.
Jesienne odloty. Są tacy, co odchodzą i tacy, co zostają. Trzeba pamiętać.
Słuchawki w uszy i w deszcz, z garścią suszonych owoców w kieszeni.
I muzyka na drogę.


13 października 2017

Dzień Nauczyciela

No więc mieliśmy Dzień Nauczyciela. Tradycyjnie jak co roku z gimnazjalistami odśpiewaliśmy popularne pieśni szkolne - przeróbkę pana Młynarskiego "Było jak na wczasach w gimnazjalnych klasach" oraz niezwodny przebój "Hej, hej, hej uczniowie!"
Były uściski, laurki, kwiatki, porozumiewawcze: chyba nie zada pani pracy domowej w Dzień Nauczyciela? Aż mi się przypomniało, jak Duży kiedyś zjadł czekoladki, co miał je dać Pani, bo twierdził, że Pani nie znalazł, a co się miały zmarnować.
Mała z warkoczami złapała mnie na przerwie, ściskając w pół jak rasowy kulturysta, a autystyczny Kubuś siadł sobie przy mnie, kiedy miałam dyżur w szatni i pomilczeliśmy.
- Masz elegancką koszulę, Kuba - oznajmiłam po pięciu minutach obserwowania wchodzących i wychodzących z szatni.
-No - zgodził się Kuba z zadowoleniem.
A potem poszedł.
Klasa mi odśpiewała sto lat, potem czytaliśmy Jana z Czarnolasu. I tak minęło, spokojnie, przyjemnie. Nie zadałam pracy domowej.
Wczoraj Mały był w operze. Prawdziwej. Co prawda, ważyło się na włosku, bo dzień wczesniej na wuefie  dostał piłką w kostkę u nogi i okulał, a kostka spuchła mu trochę. Smarowaliśmy altacetem.
- Jak będziesz kuleć jutro, nie pojedziesz do Opery - powiedziała matka. Czyli ja.
To przerażenie w jego oczach. Przeszedł przez cały pokój, defilując mi jak chiński żołnierz:
- Zobacz, mamo, już PRAWIE nie kuleję!
Opera. Prawdziwa. Musiałam. No i PRAWIE nie kulal nazajutrz.
Odczułam dzisiaj dumę ze swoich uczniów, bo Bartek z siódmej wiedział, co to człowiek witruwiański, a Kacper z piątej, zapytany co znaczy słowo "rozterki" odparł lekko:
- Och, to taki dylemat.
Tak! Radość nauczyciela. Pamiętają. Wiedzą. Michał zgłosił się do poprawy testu z Balladyny, sam, dobrowolnie, a Młody z szóstej, który niedawno spisał opis jesieni z internetu przyniósł mi nową pracę.
- Sam teraz napisałem - wyznał wstydliwie. Młody jest wysoki, milkliwy, trochę za duży, nawet na swoją klasę i ostatnio Poważnie Rozmawialiśmy o tym jak było mi przykro czytać trzy takie same prace, w tym jego.
Czytam ze wzruszeniem uczniowskie, wymęczone  zdania:

"W ten cudowny czas liście są rozmaicie ubarwione a woda w pobliskich rzekach jest zimna jak nasze chumory(...) Uczniom nie chce się chodzić do szkoły. Nie można brać kompieli bo rzeka jest zimna."
I tak cała strona, z mozołem, ale samodzielnie!
I dopisek na samym dole - najcudowniejszy.
"Bardzo mi przykro żę ściągnołem tamten opis z internetu".

Kolejna praca. Ola.
"Gdy wyjdziesz na podwórek będzie ci bardzo zimno. Ludzie będą senni jagby chcieli przespać całą jesień.  Gdyby nie było tej cudownej pory nic by nie bylo takie same."

I Diana:

"Czasami pochmurne dni nie przeszkadzają. Smutno, gdy patrzymy jak ptaki zbierają się do odlotu. Bardzo lubię jesien, bo jest kolorowa i szeleszcząca. Mimo to ta pora roku jest czasami smutna."
I rysunek na odwrocie - odlatujące ptaki.

Będę pamiętać ten Dzień Nauczyciela. I Moje Dzieci.

10 października 2017

O domach, domkach, wciskaniu się jesieni i zapachach.

Przyjemnie jest zebrać wszystko, co się ma, tuż przy sobie, możliwie najbliżej, zmagazynować swoje ciepło i myśli i skryć się w głębokiej dziurze, w samiutkim środku, tam gdzie bezpiecznie, gdzie można bronić tego, co ważne i cenne, i swoje własne. A potem niech sobie sztormy, ziąb i ciemności przychodzą, kiedy chcą. Niech się tłuką o ściany szukając po omacku wejścia, i tak go nie znajdą, bo wszystko jest zamknięte, a w środku siedzi ten, kto był przezorny, siedzi i śmieje się, zadowolony z ciep­ła i samotności.
Dolina Muminków w listopadzie


Nie ma jesieni bez tego cytatu. I bez tej książki. Podczytuję sobie, grzejąc się w swetrze i skarpetach wełnianych, z parującą herbatą. Dzisiaj zmęczył mnie dzień i zaszywam się w domu, oglądając dzikie wino za oknem, mokre liście i nie robiąc nic ważnego. Taka pauza, jak w muzyce.
Małemu ktoś ukradł w szkole pieniądze, trzech wędrowców z krainy literatury z szóstej klasy  skopiowało identyczne  wypracowania o jesieni z internetu, pół godziny spędziłam na rozmowach i cierpliwym tłumaczeniu, dlaczego wolę krótsze, może mniej ozdobne i osobiste opisanie koloru jesiennych liści o pracy ze strony coś tam coś tam.pl
No, możliwe, że nie na cierpliwym. Ale tłumaczeniu. Dlaczego jest mi przykro. 
Poza tym był deszcz, próby na 11 listopada, upodobnienia fonetyczne, jedna mała Zosia w sklepiku, próbująca coś kupić za siedem groszy, Średni potrzebuje butów, trzeba wykopać w sobotę buraczki i marchew z ogrodu. Przynieść ciepłe kurtki i wyciagnąć czapki i szaliki.
Kupilismy węgiel, trzeba jeszcze drzewo przywieźć. Słoje z miodem już puszą się na półce.  Czas magazynowania.

Grzyby pachną, suszą się, już ostatnie chyba transporty. Czas grzybów się kończy. Widzieliśmy z Małym przy drodze dziwne, hatifnatowe, czarnoszare stwory, w zimnej wilgoci, mokrej trawie rosną i kiełkują osobliwe dziwadełka. Grzyby, których nazw nie znam. Na pniach ociekające woda huby. Pod butami błyszczące, jak polakierowane klonowe liście. Z jesionów opadają jeszcze zielone, po nocnym chłodzie. 








W naszym domku ciepło i przytulnie, a na schodach spotkaliśmy lokatora z własną chatką na grzbiecie.


Mały był zachwycony.  Po drodze ze szkoły widzieliśmy takie zas domki:



Dobrze, że są wełniane szaliki. A w domu książki, suszone jabłka i miód. Posypałam jabłka przed suszeniem cynamonem. Zapach jesieni.




To akurat miodek gryczany, dla mnie trochę za mocny, lubię ten lipowy, łagodniejszy. Jesienne odwiedziny u Siostry, siostrzana szarlotka, podziwianie siostrzanego nowego nabytku - urodziwego dzbana. Herbata. Oswajanie nieprzyjaznej, zimnej przestzreni za oknem, "zwykłym ludzkim krzątaniem i zapachem jadła."



A w ogrodzie mamy tak. Deszczowo, kolorowo, chłodno - ledwie osiem, dziewięć stopni w dzień sięgnie, w nocy ledwie nad zero. Odrabianie pracy domowej. Mały opisuje jesień. "Lubię kolory jesieni i te wszystkie małe stworzenia, których zwykle nie widać."
Czas zaszywania się. Otulania. Czas domów.








30 września 2017

Dzień w kolorze śliwkowym



Kwitną marcinki. Fioletowo. Przyszła ta pora, kiedy fiolety i purpury, czerń jeżyny, liść kaliny.
Jesień, jesień już.


Rano zero. Pora szarych swetrów i szalika. Czekało się na to, bo dni dojrzały już do chłodów, do zapachu ostrego, czystego powietrza. Jesienne zawilce. Schnące baldachy hortensji. Berberys. Perukowiec. Śliwki.







Nie wyobrażam sobie jesieni bez śliwkowego dżemu. Może nie są to prawdziwe powidła z węgierek, dojrzałych od soku, słodkich, smazonych z odrobiną cynamonu. Ale rano, do grzanki, o szarym poranku będą dźwigać mnie trochę w górę, pozwolą uśmiechnąć się, smakując śliwkową tajemnicę. 






Zasypuję na noc cukrem i potem gotuję powoli, kilka razy zagotowując, aż będa ciemne i szkliste.


 

W ogrodzie coraz bardziej złociście. Tak wzruszają dziecinne, porzucone zabawki - piłka, której nikt już nie rzuca, zimna ślizgawka, stół od letnich herbatek już przytula tylko opadające na niego liście aronii i leszczyny. Jesień już. Czuję się starsza jesienią. Trochę trudniej znaleźć małą Kalinę, która zrywała latem papierówki, a teraz zgrabiałymi palcami zdejmuje ze sznurka pranie. Podobno  rzeczy ważne rzadko są pilne, ale rzeczy pilne często podszywają się pod ważne. Jesienią kilka rzeczy jest Ważnych - zrobiennie śliwkowego dżemu. Posadzenie żonkili i narcyzów. Poukładanie dzieciom w szafie swetrów, żeby miały na chłodny ranek, letnia zmiana już schowana w przepastne szafy, poczeka na przyszły rok.
Odwiedziny Mamy są ważne. Wypicie z Miłym sobotniej kawy.
Pilne jest sprawdzenie zeszytów, wprowadzenie wyników diagnozy, ale to poczeka.
Zaczyna się jesiennienie, jak nazwał tę fazę Andrzej Poniedzielski, mój ulubiony Poeta Użytkowy. Trzeba się nad tym stanem znacząco pochylić i w miarę bezbolesnie go przejść. Ataki przygnębienia bez powodu, brak światła rano, zimne stopy, niechęć do pracy, chęć do słodyczy,  stan zawijania się w kokony z koca, smutki, sentymentalne piosenki, dużo tęsknot, dużo herbaty. Oblężone pijalnie czekolady. Tak, trzeba się nad tym pochylić, wyciągnąć Muminki w listopadzie, przygotować dżem. Nie mysleć o podstawie programowej z polskiego. 
Smutno, bo odszedł Pan Michnikowski, nikt już tak jak on nie zaśpiewa Adijo Pomidory. Jesień go zabrała, zawinął się w ciepły koc Gdzieś Indziej. A u nas tak. Złoto. Szafirowo. Śliwkowo. 
Jutro październik.








Pierwszy przymrozek. Zdążyłyśmy z Elfem posadzić żonkile i narcyzy.