29 grudnia 2013

Emeryt Christmas

- Łi łisz ju emeryt christmas, łi łisz ju emeryt christmas...- podśpiewuje Mały, malując z zapałem po tablicy, którą dostał od  Mikołaja w osobach reprezentantów rodziny. Staję obok, przyglądając się kredowym dziełom i kryję uśmiech - bardzo mi się to emeryt - christmas podoba.
W wełnianych skarpetach, popijając z Miłym herbatę, celebrujemy jeszcze wolne po emeryt- christmas chwile. Spokój, Nat King Cole, drożdżowe bubliczki, już ostatnie i prawdziwa czekolada od Lindta. A słuchając  piosenki Małego,  kucam obok i obejmuję go mocno.
- Nie puszczę cię do końca życia! - oznajmiam mu. Mruga do mnie, uśmiechając się szelmowsko, wcale nie stropiony:
- Wiesz, mamusiu, ja mam tego życia więcej!
Wygadane te dzieciaki...
Aha, i przegrałam w planszowego talizmana, którego Średni dostał na gwiazdkę. A przedtem zostałam zamieniona w ropuchę, a przez klątwę wiedźmy uciekli ode mnie wszyscy przyjaciele. Wygrał Średniak, ale odegramy się jeszcze z Małym.
Choinka zaczyna się sypać nieodwołalnie. Na palcach pod kalinowe brzozy i okna skrada się już wiosenny dziwnie sylwester.
Króliki mają się dobrze ;)



27 grudnia 2013

Synku niebo się chmurzy

Mam syndrom opuszczonego gniazda - Duży wyjechał do przyjaciół na Sylwestra, a ja zmywam naczynia, sprzątam jego pokój i słucham muzyki, którą skomponował. Jakby we mnie były te wszystkie dni, miesiące, lata od początku, pamięć pulchnych rączek, pierwszych kroków, jego uporu, żywotności, zachwytów nad światem. A ze zdjęć patrzą na mnie tak piękne, brązowe oczy roześmianego, dorosłego już mężczyzny. Siadam, wycierając dłonie w fartuszek z jabłkiem na kieszeni - czuję się  mamusią Muminka, która przemierza w swoim sercu za długie i za ciemne korytarze.
Synku, niebo się chmurzy
zasłonię cię od burzy...
Zrobiłam pachnącej kawy i słucham muzyki Dużego. Jak wiele czyjeś dzieła mówią o nim, o tych niezbadanych galaktykach wewnątrz. Kiedy stał się wędrowcem, rycerzem tych niewidzialnych krain, w które uczyłam go wierzyć i w które wierzę sama, nadal, mimo wszystko?
Uch. Chodzę po domu. Patrzę za okno. Na gałązkach brzóz i jaśminów żółte kubraczki sikorek, tak wesołe, tak urokliwie chochlikowe. Sikorki, chochliki zimy.
Dzieci są lepsze od nas, piękniejsze od nas, z taką radością idą ku tym drogom, nad którymi my zastanawiamy się, jeszcze wahając. Duży, Średni, Mały,  moi rycerze... I z tak wieloma rzeczami trzeba się nieodwołalnie pogodzić, mój domku, moje sikorkowe fraczki,  kuchenne królestwo, muzyko chmurnego dnia, gdy brak jednego śmiechu w domu jest jak wycięcie drzew baśniowego lasu...


23 grudnia 2013

Jasnych, ciepłych Świąt

Wszystkim czytaczom jasnych, ciepłych,  pogodnych Świat, choćby za oknem zawierucha. Dziękuję, że spotykamy się przez ten most liter i emocji, a teraz niech nadejdzie z dzwoneczkami czas najcudowniejszych wzruszeń. Do napisania!



19 grudnia 2013

Coventry carol. Coraz bliżej świąt.



Dni zakrzątania. Wyciszam się, patrząc w okno, patrzę jak wiatr maluje na jedwabiu nieba zimowe pejzaże z mgłą i chłodem. Zrobiłam wianki z gałązek brzozowych. Pachną.
Pora swetrów, rękawiczek wełnianych, szalików, rumianych policzków dzieci. Śniegu nie ma, znikł w oddechu chwilowej odwilży. Za to gorąca herbata zmywa smutki, i pachnie cynamon, i pieczone jabłka. W najkrótszą noc rozpalimy wielki ogień w kominku, żeby się przełamała ta ciemność wieczorna, te wycia wichru na mokradłach za domem, na zamarzniętym ługu aż do sinej krawędzi poważnej puszczy. Wiecie co, cieszę się, że nie wiem, jaka jest zima w mieście. Wpadam tylko na zakupy z Miłym,  ogarnia mnie zgroza, a potem wracamy szybko do naszych lasów, wiatrów, zmarzniętych bagienek nad Narwią... Tak, cieszę się, że nie wiem, jaka jest zima w mieście. Nawet  niosąc naręcze drzewa do pieca się cieszę.
Mały śpiewa kolędy. Zajął pierwsze miejsce w czytaniu legend polskich. Ostatni dialog:
- Mamo, już wiem, co chcę od Mikołaja, te okulary do grania, co pokazują jak się zjeżdża kolejką w 3D.
- Ale one kosztują ponad tysiąc złotych...- jęk.
Patrzy na mnie pobłażliwie.
- Ale ja nie chcę od ciebie, tylko od Mikołaja!

18 grudnia 2013

Jesteśmy w coraz lepszym gatunku

Świeżo po lekturze przemądrego wywiadu Ewy Wilk z Elżbietą Narbutt- Eysymontt uśmiecham się ciut wzruszona do  monitora.

"Nie jestem taka głupia, żeby ktoś mi podpowiadał, co jest żartem, ironią."

Jak mi tego brakuje, tego dystansu do siebie u wielu osób. Tego wyczucia subtelnego, co jest żartem, co melancholią. Drażni nachalność mediów, reklam, manipulowanie, podsuwanie gotowych reakcji, sympatii politycznych i ekonomicznych, gustów.... Pierwsze wzruszenie, zgadzam się, też tak mam.

"Co jakiś czas piszę swoje refleksje(...) dla potomności. Ale kiedy je drugi raz przeczytam, to mi się wydaje, że potomność nie będzie miała z tego wielkiej pociechy."

Też tak mam! Co napiszę, to wydaje mi się gorsze, nie to miałam na myśli. Zaczynam bajki, powieści, a w połowie wątpię, czy to dobre, czy warto męczyć innych swoimi wypocinami? Drugie wzruszenie.

"Ludzie nie marzą dziś o chodzeniu, chodzą po coś".

Celowość. Brak czasu. Też tak mam. Poganiam małego, gdy wracamy ze szkoły, a on kopie bryłkę śniegu, a potem kolejną, a potem wspina się na brudną zaspę, a potem odrywa mech, a potem wrzuca śnieg do strumyka...
- Czemu ty tak musisz? - wzdycham - Czemu zwyczajnie nie idziesz?
- No wiesz, mamusiu, dzieci bawią się chodząc - wyjaśnia mi spokojnie. A ja oddycham i nagle sobie uświadamiam, że już nigdy nie będzie takiego mchu, takiego śniegu, takiego spaceru. I nagle pośpiech przestaje mieć znaczenie. Wzruszam się po raz kolejny.

"Mrożek napisał, że on na starość jest w coraz lepszym gatunku. Myślę, że ja też jestem w coraz lepszym gatunku."

To mnie urzekło, to właśnie zdanie. Bo jest prawdziwe, dla nas wszystkich.


17 grudnia 2013

Mężczyźni tak już mają

Przez poranne zaspane oczy dostrzegam stos naczyń w zlewie, stół, pełen talerzy, opakowań po chrupkach, kartony mleka ( aż trzy, w tym dwa puste); kolejne zdumienie tuż po tym, jak kapeć przykleił mi się do podłogi po drodze do pokoju Średniego. Okazało się, że sok jabłkowy na parkiecie działa lepiej niż klej kropelka.
- Jak wy to robicie? - pytam Dużego, który wyłania się już ubrany, gotowy do szkoły o brutalnej porze między 6 a 7 rano. Wciąga rękawiczki. - Wieczorem wszystko pozmywam, sprzątnę, a rano znowu pełno...
- Mężczyźni już tak mają - pociesza mnie filozoficznie- Plus 10 do generowania bałaganu. Zobacz, umiem odblokowywać telefon nosem!

Patrzę, jak faktycznie odblokowuje nosem dzwoniący telefon, nie używając dłoni w rękawiczkach. Mój 19 letni syn... Wychodzi do szkoły, a ja patrzę krytycznie na kuchenne pobojowisko. Plus dziesięć... Nic dodać, nic ująć.

PS.

- Mógłbyś od czasu do czasu wyjąć naczynia ze  zmywarki, gdy już je umyje?- proponuję Średniakowi.
- No wiesz, mamo - odpowiada poważnie - Ale jak rozpoznam, czy one już są czyste czy nie?

14 grudnia 2013

Barańczak, Ziemianin, Bojary i Cicha Karolina.



Śniegowa breja, szarość, zapachy igliwia, odwilż zamiast zimy. Dzień dzisiaj taki, jak z wiersza Barańczaka:

Milczkiem opadający, chyłkiem bielący się śniegu, 
cóż (...) za oknem, nad ranem może być w tobie jasnego 
I w tej szarości cichej, bezwietrznej, gdy spod śniegu wyglądają przymarzłe liście bergenii, badylki chryzantem, zuchwale czerwona błyśnie owocnikiem dzika róża - i nad tym wszystkim, roztrajdaną drogą, polami w szachownicę, bezlistnym smutkiem topoli, nagle zaczyna padać śnieg. Taki delikatny, nieważki, niewinny, jak oddechy aniołów, jak sny niemowląt, jak kocie mruczanki o zmroku. Patrzę zza swego okna, jak pokrywa świeżą warstwą puchu poręcz od tarasu, deski, dróżki, omszone trawniki. I słucham Karoliny Cichej, "Białystok majn hejm"...

Moje miasteczko zaczyna już szykować się do świąt. W sklepach dziewczyny przybiły już girlandy, w stosach leżą świąteczne tanie czekolady, tanie bombki, brzoskwinie w słoikach napinają pucułowate policzki, ksiądz rozdawał dzieciakom w mojej klasie karteczki z kolejnością spowiedzi, a apteka brzęcząca dzwoneczkiem ma spory zapas doppel hertza w świątecznych pudełkach. W tym roku modne są głowy Mikołaja w chińskich aureolach rozpięte na gwieździe z plastiku, do powieszenia w oknie lub na drzwiach. Na cowtorkowym ryneczku kupiliśmy dziesięć główek kapusty dla królików i bardzo smaczne jabłka, odmiany nieznanej, ale sprzedająca pani miała zabawne mitenki, zatroskane zmarszczki i starą kurtkę. Przypomniało mi się, jak  mieszkałam w internacie przy Złotej w Białymstoku i co rano szłam do spożywczaka na Fabrycznej, po sąsiedzku. Stała przed drzwiami taka sama zatroskana, maleńka babcia - po prostu musiałam zawsze coś kupić, raz sprzedawała żonkile (sezon wiosenny), innym razem korniszony, czosnek, słoiczek dżemu, albo wełnianą chustkę... Na Bojarach kwitły bzy wiosną, a śnieg taplał się z żużlowym popiołem zimą. Białystok majn hejm.
A w Kalinowie pada, patrzę za okno - jak powoli, jak lekko, piórka aniołów, strzępy snów, oddechy zimy.  I na koniec przekornie, listopadowo - Ziemianin.


Mam dla ciebie
Czajnik
Do parzenia herbaty
Taki zwyczajny
Porcelanowy
W banalne wzory
Ty przecież
Tak lubisz
Jasne i dobre wiersze
Przepić łykiem
Ciemnej herbaty
Gdy przyjdą
Listopady
 
  Adam Ziemianin "Prezent na jesień"

12 grudnia 2013

Zapach śniegu i tęsknoty Filifionki

Śnieg ma swój własny zapach. Taki uroczysty, wilgotny, lekko żelazisty, mieszający się z wonią lasu, mchu, kory, jedlin, czarnej ziemi, wyglądającej spod pasów bieli, zupełnie jak na obrazach Leona Tarasewicza. Nie jestem do końca przekonana o współczesnego malarstwa, ale to tarasewiczowe broni się jakoś tymi płaszczyznami barw, do których mózg dopisuje własne opowieści: to Las. To Pole. To Łąka. Plamy słońca. Śnieg na oziminie. Pnie...


Zbierałam szyszki do dekoracji i ścinałam brzozowe gałązki na wianki, przy okazji wąchając i wąchając. Umysł dopowiadał: patrz, zima pachnie. Gdzieś pod tym mchem przyczaiły się i śpią malutkie stworzenia, czekając na wiosnę, w rozpadlinach kory, w dziuplach, między tymi uroczystymi jak gotyckie kolumny pniami. Zimowy las nie jest miejscem stworzonym dla człowieka, zdecydowanie; czujemy się jak intruz, cudzoziemiec w obcym świecie, pełnym czarnych, jak polakierowanych, zgniłych paproci, kontrastów z bielą, woni żelaza i lodu, oślizgłych gałęzi, porostów, bladawych, zimowych grzybów - niegrzybów. Tylko gałązki jedliny są swojskie, pachnące, kłują jak broda ukochanego, gdy wtulamy twarz w znajomą zieloność, bezpiecznie, domowo. Nic dziwnego, że to choinka staje się tym pomostem między świątecznym sacrum przyrody, świąt, zimy i naszej ludzkiej kruchości, naszych kolorowych, ciepłych domków. Kocham choinki, smak przygryzanych igiełek świerka, dotyk szyszek. Lubię iglaste gałęzie pod drzwiami na święta, wieńce na drzwiach, girlandy...mmm... bardzo lubię.

Od kasiorka dotarły szydełkowe śnieżynki i serduszka, już kuchnia błyska światełkami. Jeszcze tydzień i wolne. Czekam, czekam... marzę o tym, kiedy owinę się fartuchem i jak nawiedzona Filifionka będę dekorować, gotować, pakować, szur szur, w moim kuchennym królestwie, dumna i zadowolona!

"Filifionka wzdrygnęła się.
- Woda już się chyba zagrzała - rzekła. - Tu nie ma kota.
- Nietrudno go mieć - roześmiała się Mimbla. - Wystarczy go sobie wyobrazić - i jest kot!
Zdjęła garnek z ognia i otworzyła drzwi łokciem.
- Dobranoc - rzekła. - Nie zapomnij ułożyć włosów. Paszczak powiedział, że masz przyozdobić kuchnię, bo jesteś najbardziej artystyczna. - I Mim­bla poszła sobie, zgrabnie zamykając drzwi nogą.
Serce Filifionki gwałtownie zabiło. Była artys­tyczna, Paszczak powiedział, że była artystyczna! Co za cudowne słowo! Powtórzyła je sobie szeptem kilka razy.
W otaczającej ją nocnej ciszy wzięła lampę ku­chenną i poszła szukać ozdób na pawlaczu nad szafą Mamy Muminka. Pudło z lampionami i wstążkami stało tam, gdzie zawsze, na samej górze na prawo; były strasznie splątane i pokapane stearyną. Leżały tam także zużyte papiery do pakowania prezentów urodzinowych, we wzorek z róż, z zachowanymi jeszcze napisami: „Dla mojego kochanego Tatusia”, „Dużo szczęścia w dniu urodzin, drogi Paszczaku”, „Całusy, uściski przesyłamy Ci, bo naszą jesteś małą Mi”, „Z najlepszymi życzeniami dla Gapsy”. Gapsę mniej lubili niż tamtych.
Znalazła też papierowe girlandy. Zniosła to wszy­stko do kuchni i rozłożyła na szafce kolo zlewu. Zmoczyła włosy i zakręciła lokówki, cały czas cicho gwiżdżąc - całkiem czysto i znacznie lepiej, niżby się tego sama po sobie mogła spodziewać."


08 grudnia 2013

Buka u drzwi. Dom zimowy, dom letni.

Wiało. Ale wichur, mamo - z podziwem otwierał oczy Mały, wsłuchany w wyjącą za ścianami ciemność. To chyba Buka przyszła, prawda? Zasypało nas zupełnie, ale nie sam śnieg, ale właśnie wiatr, szarpiący sukienki Buki, lodowate zawodzenie w kominach, to budziło atawistyczne lęki. I nigdy tak bezpiecznym i dobrym miejscem nie wydawało się otulone pierzynami łóżko, któremu lampka dodawała odwagi, a ciepłe kaloryfery mruczały: grzejemy, nie damy się, tu nie dotrze Buka, tu jesteście bezpieczni...
Tak jakoś ostatnio Olgę Tokarczuk zimowo czytam, tym razem o domach. Na początku cytat z Gibrana:

"Twój dom jest twoim większym ciałem.
Rośnie w słońcu; śpi w ciszy nocy. Miewa sny.
Czyż twój dom nie śpi, a więc nie opuszcza miasta,
by znaleźć się w gaju lub na szczycie wzgórza?"

A potem o domach. Najbardziej urzekło mnie porównanie domów: tych rozłożystych, osiadłych, poziomych, zatrzymujących przy sobie swoich domowników, rozbudowujących się wokoło  w jakiejś własnej rzeczywistości, zapuszczających korzenie. I tych wertykalnych, pionowych, ulatujących w górę, jak rakiety do startu w bezkres, skąd ludzie odchodzą szybko, nie moszcząc miejsc, nie grzejąc gniazd. Jesli o to chodzi, Kalinowo rozsiada się w swoim ogrodzie, przy lesie, umościło się wygodnie i  mijające lata tylko pogrubiają pnie naszych drzew, dodają patyny ogrodzeniu, płowieją deski na tarasie. Mijają pory roku.


 Dom wiosenny nawiedzają szpaki, bzy zaglądają w okno sypialni, zieleni się trawa, pachnie błoto z oczka, żaby mkną w podskokach na rozlewisko za lasem.

 Potem dom letni dostaje wianki z jaśminów, otwarte okna i drzwi wpuszczają czerwcową noc i komary, lampioniki kuszą bursztynem, jest noc świętojańska, a potem pora ognisk i bajek.

Dom jesienny ubiera się w płaszcz z dębowych liści, w szal z wiatru i mgieł, płonie ogień na kominku, pachną jabłka, gromadzimy zapasy, drewno, wieszam grube zasłony.

A teraz jest pora domu zimowego, otulonego w pierzyny, huczącego wiatrem, pełnego gorących herbat, rozmów, wieczorów, muzyki, książek, dzwoneczków, piernika...
Zdecydowanie jestem istotą domowo - ogrodową. I wierzę w domowiki, polewiki i skrzaty. :)





05 grudnia 2013

Ulep sobie śmieci! Czyli dziwne zabawki.

Sezon na prezenty, sezon na prezenty... Jak co roku, mam uciechę z tego, co proponują producenci. A że nie skąpię nikomu uśmiechu, zatem proszę, oto moja lista z kawałkami reklam wytwórców:

- śmieciarka z zestawem do  domowej produkcji śmieci.
Ulep butelki i puszki, a następnie pozwól by Rowdy przerobił je na zabawne śmieci!


- ŚMIECIAKI - ponad 100 miniaturowych elastycznych stworków, do zabawy, grania, kolekcjonowania i wymiany!

Potworki zamieszkują własne kosze - niektóre z nich świecą w ciemności, kosze są różnej wielkości.Załaduj UFT Śmieciaka na nakrętkę UFT spinnera, zakręć aż słyszysz charakterystyczny "klik" i walcz! Stań do walki,wygrywaj i zbierz wszystkie Śmieciaki!!! -Mastergracze
-Zwierzobojówki
-Armioagresorzy
-Orientwojownicy
-Jedzenionapastnicy



- lalka z rurą
 - syreni ogonek



 - świecący palec E.T.

- Łowca duchów i producent duchów w jednym

Łowca porusza głową w wielu kierunkach wyświetlając duchy na ścianach i suficie.

Uczestnik zabawy łapie duchy za pomocą specjalnego pistoletu laserowego. Celem zabawy jest ustrzelenie jak największej ilości duchów w czasie 90 sekund.
Zabawka wydaje niesamowite efekty dźwiękowe.
Wymagane użycie baterii
do czaszki ducha 4x 1,5 V

- wesołe jajeczka

Wspaniała zabawa dla twojego maluszka.
W opakowaniu znajduje się sześć jajeczek ze śmiesznymi buźkami.A w środku kolorowe pisklaczki, które po naciśnięciu radośnie ćwierkają.

- Upiorna Kawiarnia Trumnobar

Trumnobar - to tu odpoczywają Upiorni Studenci po dniu pełnym nauki ; spotykają znajomych,
nawiązują przyjaźnie a czasem rozwiązują swoje spory
Kawiarnia wyposażoan w fotel , kanapę , stolik w kształcie trumienki ,
barek wraz z ekspresem do kawy oraz inne akcesoria

- KLOCKI RMS TITANIC

- EPEE Deadstone Valley Mroczna dolina NIEBOSZCZYK


 12 figurek nieboszczyków w trumnach! Każdy nieboszczyk posiada swój unikalny kod dostępu na stronę internetową, na której można tworzyć swoich wirtualnych nieboszczyków, pochować ich na cmentarzu, jak również głosować na najlepszego nieboszczyka.



Dziwny jest ten świat, prawda?Chociaż nie wiem, może mnie tylko zdumiewa zabawa Titanikiem, nieboszczykami z plastiku, odciętym palcem kosmicznego stworka czy lalką, tańczącą na rurze?



Poranna mruczanka




Oj, dobrze się wylegiwać rankiem. Za oknem szarobłękitnie, drużyna wróbli urzęduje w karmniku, odganiana przez zuchwałe sikory i waleczne sójki, a w sypialence ciepło, złoto i miło. Celebruję przeziębienie, czytam Barbarę Johnson:

Właśnie dzisiaj jest to jutro
o które martwiliście się wczoraj
i wszystko jest w porządku!

Z radia mruczy Bill Crosby, Winter wonderland.

Wianek przerobiłam z letniego na zimowy za pomocą kukardki i szydełkowych bombek tudzież starego naszyjnika z perełek.



 Doniczki na parapecie są od Agatki, ale je przemalowałam na szaro w śnieżynki i upakowałam w nie cyprysiki. Mech z własnego ogródka zakrywa ziemię w doniczkach. Bałwanki parapetowe od dzieciaków z klasy. Światełka zeszłoroczne, bardzo miło. W takiej scenerii smakuje kakao i czytanie dobrych rad Barbary. Wszystkiego najlepsiejszego wszystkim Basiom!
 

Jeśli na czymś spałeś - zaściel to ponownie.
Jeśli coś nosiłeś - odwieś to na wieszak.
Jeśli z czegoś jadłeś - włóż to do zlewu.
Jeśli na coś nadepniesz - wytrzyj to.
Jeśli coś otworzysz - nie zapomnij zamknąć.
Jeśli coś opróżnisz - znów to napełnij.
Jeśli coś dzwoni - zainteresuj się tym
Jeśli coś skowyczy - nakarm to.
Jeśli ktoś jest smutny - kochaj go.

Punkt przedostatni: z królikami to nie do końca, tylko fukają, więc go modyfikuję: jeśli coś fuka w klatce, nakarm to!
Miły dorzucił własną Dobrą Radę: jeśli widzisz koc, otul się nim i jeśli ktoś się wyleguje, dołącz do niego!

Pozdrawiam mruczankowo.


04 grudnia 2013

Domek z piernika gotowy! Dzyń, dzyń.

Grudzień, dzyń dzyń. Ma się wrażenie, że w chmurach siadł sobie jakiś zimowy skrzat i potrząsa dzwoneczkami, a wtedy pada śnieg, a choinkom śnią się światełka i girlandy. Mróz nas dopadł w końcu, mały ale wyrazisty, a dni owinęły się w kożuch śniegu i szalik z szarego nieba.
Zaczynam przymierzać się do dekorowania domku; jutro robię wieńce z modrzewiowych szyszeczek, do tego będą serduszka od kasiorka, szydełkowe śnieżynki i szary len. Reszta to twórczość dzieciaków, a raczej Małego; dwa starsze osobniki współpracować nie chcą. Dekoracyjnie, bo kulinarnie jak najbardziej; z entuzjazmem przyjmują moje plany makowcowo - sernikowe i wigilijne. Zjedzą wszystko i ogólnie poza tym chcą mieć święty spokój.

Interludium poranne:

Mały rano na moje popędzanie z wyrzutem:
- Ty naprawdę myślisz, mamo, że ja mogę być szybki rano?

Z racji chorowania na gardło mam trochę więcej czasu i oglądam inspirujące obrazki domowo - dekoracyjne. Podobają mi się te skromne, bez ostentacji. Gałązki, len, włóczka, rękodzieło. Szkoda, że mam lewe ręce; nie umiem szydełkować ani szyć. Więc tylko podziwiam. Blogi, blogowe dzielne artystki. Cudności.
A nasz domek z piernika wreszcie gotowy, ozdobiony i cieszy oczy. Wspólna familijna praca, połaczenie talentów zdobniczych Małego, konstrukcyjnych Tatusia i organizacyjnych mamusi Kaliny (roztapiałam lukier i podawałam słodkości, zanim zastygł) - wszystko zaowocowało TYM.







Może po ciemku zrobię ładniejsze zdjęcia ze Świecami i Nastrojem, no i z kontrastem, póki co, dumna jestem z pierwszego w życiu babojagowego domku!


01 grudnia 2013

Stodoła z piernika i zagadki Małego

Postanowiliśmy z Małym zrobić domek z piernika. Wiecie, taki wypasiony, luksusowy domek dla Baby Jagi z ambicjami Paris Hilton. Ma być dużo lukru, ozdóbek, dużo wszystkiego, komin, płotek, styl cygańsko- bawarski i oszołomienie oglądających podziwiaczy.
Zabraliśmy się do pieczenia według przepisu starych górali na piernikowe chałupy.

Składniki na piernik:
-600g mąki pszennej
-250g masła
-200g cukru
-7 łyżek miodu / ja daję więcej miodu a mniej cukru albo w ogóle bez cukru
-2 łyżeczki sody oczyszczonej
-5 łyżeczek przyprawy do piernika
-2 łyżeczki kakao

To NIE jest proste! Bo owszem, owszem, ciasto zrobiliśmy, części wykroiliśmy radośnie i na oko, po czym upieczone - nie pasowały, tu się rozrosło, tu wybrzuszyło lekko, potem sklejanie... Oboje byliśmy w lukrze, bo zanim jedna ściana się skleiła, to dach sie obrywał. Lukier nie w ząb nie chciał sklejać się szybko. Po ukończeniu sklejania popatrzyliśmy z Małym na swoje dzieło, a potem na siebie.
- Wiesz, mamusiu - powiedział Mały ostrożnie - Wyszła nam bardzo ładna... stodoła z piernika.

Jak ozdobimy, załączę zdjęcie i sami zobaczycie. Ale stodoła, czy nie, mamy płotek! Komin próbował zjeść nam Miły, bo w ramach użycia resztek upiekliśmy pierniczki a komin był między pierniczkami. Więc jest bez komina póki co, ale dolepimy. Potem było dużo mycia.

- Jest taka zagadka, mamusiu - oznajmił mi Mały - Której nikt jeszcze nie rozwiązał.
- Jaka? - zapytałam, szorując mu jasną czuprynkę w ramach wieczornych ablucji.
- Co to takiego: świat...

Aż się potem uśmiechnęłam, patrząc w nocne niebo i pierwszy padający śnieg, gdy poszli spać. Pachniało zimą, nocą i daleką przestrzenią; za domem mamy las, a dalej już pola, mokradła i puszczę po horyzont. Wiatr leciał stamtąd, dziki, nieoswojony, zbójecki. W domu pachniało, świeciły się lampki w pokojach dzieci.
- Co to takiego: świat... - mruknęłam do siebie.

Wiecie co, czymkolwiek jest, kocham go.



 Niżej zdjęcia INSPIRUJĄCE dużo lepszych domków od naszego, podziwiać i robić!



Coś dla ekstremalnych szaleńców: miasto z piernika


A co, machnijmy sobie opactwo w ruinie!

Kościółek?


Strona dla piernikofanów






29 listopada 2013

Słabe strony faunów, irracjonalizm i tęsknota za śniegiem.


"Ta postać nie jest warta naśladowania z tego względu, że ma ogon, rogi i kopyta."

Tak zakończyła swój opis  fauna Tumnusa sympatyczna dwunastolatka, wpisując się tym samym w nieco humorystyczny, przedświąteczny irracjonalizm, który mnie ostatnio gnębi. Biedny faunie Tumnusie! Coś z rogami, ogonem i kopytami w naszym kraju raczej nie kojarzy się z dionizyjskimi tonami fletni pod drzewem sykomory. Nie jesteś warty naśladowania, bo się źle kojarzysz. Takie skrzydła to było coś i biała szata... ale kopyta? I jeszcze ten szalik czerwony. Brrr. I tak miał Tumnus szczęście, że nie tęczowym szalikiem ozdobił go pan C.S. Lewis. Wtedy byłoby przechlapane.
Tak, czytamy "Narnię". A ja ze skażeniem heurystycznym czytam też Lewisowe biografie i ciekawostki. Lubił pub " Eagle and child". Mało kto wie, że napisał też "Problem cierpienia". Czytał Chestertona. Tak, tego od cytatu: Baśnie są bardziej niż prawdziwe, nie dlatego iż mówią nam, że istnieją smoki, ale że uświadamiają, iż smoki można pokonać. Podobno postać tolkienowskiego Drzewca była inspirowana sposobem mówienia i zachowania się Lewisa. I jeszcze dużo, dużo. Dziwnie mi się czyta  "Narnię" z dzieciakami w szkole. I dziwnie ogląda.  Czy to dlatego, że dzieci są inne? Czy ja jestem inna?  Nie wzrusza ich śmierć Aslana, wymieniają lakoniczne uwagi na temat zasięgu rażenia broni w scenach walk,  magiczna latarnia ich nie fascynuje, dom Bobrów nie budzi serdeczności, a biedny faun... cóż, jak wyżej. Nie jest wart naśladowania... Ale próbuję. Rysujemy mapy, latarnie, zamki,  śnieżną krainę, rozmawiamy o magicznych miejscach i słuchamy fletów.
A ja myślę o świętach, nadchodzących w grudniowych szeptach, bo to już grudzień wkrótce! Czytam "Wiedźmikołaja" jako odskocznię dla  Lewisa, śmieję się nad filozofem Didactylosem : Rzeczy po prostu się zdarzają. A co tam... 

Przedświąteczny irracjonalizm. W sklepach już udekorowane. Bolą mnie łyse, sztuczne choinki, z daleka krzyczące; jestem plastikiem! Zestawy bombek w jednym kolorze. Te stosy indygo/różu/złota/srebra z bielą na półkach, wieńce ze sztucznego bluszczu i sztucznych szyszek, stosy prezentów dla dzieci rodem z koszmarów - lalki zombie, cuda niewidki... W tle leci jingle bell albo  I dreaming about white christmas... Uciekam. uciekam do swojej kalinowej Narni, do prawdziwych bluszczów, gałązek brzózek, chleba na zakwasie z jagódkami goji, do powolnego przechodzenia listopada w grudzień, szarości w pobielaną szronem, chrzęszczącą krainę.
I czekam na śnieg - wbrew obiegowej opinii na moim zimniastym krańcu Polski ani płatek jeszcze nie spadł! Niesprawiedliwość, dziewczyny, ot, co!

Dla czekających na zimę:


25 listopada 2013

Nowy sezon w ptasiej stołówce i optymizm Małego.

Uruchomiliśmy karmniki, nie było rady. Znajome stadko sikorek tak natarczywie patrolowało okolicę, że kamienne serce by zmiękło. Miły kupił mieszankę ziarenek na giełdzie, ful wypas, jak by młodzież szkolna rzekła. Słonecznik łuskany i nie, siemię, ziarna, dynia, smakołyki. Jak zamarznie ziemia, spadnie śnieg, to jeszcze pojawi się słoninka i smalec w kulkach z ziarnem. Przypominam, że lokal mamy  czterogwiazdkowy, powiem nieskromnie, klientów mnóstwo, doliczyliśmy się raz dwudziestu czterech sikorek i wróbli naraz, w tym bogatki i modraszki. Zdjęcie z zeszłego roku na dowód, z tego jeszcze nie mam, ale zrobimy. Lokal w Kalinowie otwarty!


A w ogóle, dzisiaj wychodzimy do szkoły, w lodowatym wichrze, Mały skulony nieco, z czapką na oczach, taszczy plecak w porannym zaspaniu. Mam wrażenie, że powinnam go pocieszyć, choć przede mną też dzisiaj dziesięc godzin w pracy. Klepię go go pleckach.
- Damy radę, co Mały? - mówię.
- Za Narnię i za Aslana! - odpowiada mi dzielnie.


Serce mi z dumy urosło...



24 listopada 2013

Ku zimie





W ciepłym blasku lampy cztery głowy pochylone nad stołem. Chłopcy i Miły grają w Osadników, podjadając cynamonowe bułeczki, krąg światła jest jak łagodna, opiekuńcza dłoń nad zwichrzonymi, kochanymi głowami. Ogień w kominku błyska wesoło, pachnie świerkowe drewno, a ja uśmiecham się, przekładając w kuchni naleśniki serem. Do twarożku dałam dobrej, wiejskiej śmietanki – kiedy unoszę głowę, za oknem widzę jesienną noc, wszystkie gwiazdy otuliły się w wełnisty koc chmur. Ale w domu jest spokojnie i jasno. Na stole " Prowadź swój pług..." Olgi Tokarczuk, zaglądam co jakiś czas, czekając, aż skończy szumieć zmywarka.


                  "Najlepiej rozmawia się samemu ze sobą. Przynajmniej nie dochodzi do nieporozumień."
                                                                                                                              O. Tokarczuk

 Lubię, gdy pomrukuje do mnie zmywarka; moich trzech budrysów potrafi zgromadzić tyle kubków i talerzy, że to mruczenie staje się codzienną piosenką. Zmywarka mruczy, szumi jak zaklęte za malowaną obudową źródełko, ja ustawiam filiżanki w rzeźbionym kredensie. Najbardziej kocham te w róże, o delikatnych uszkach.
- Mamo, napijemy się herbaty z ładnej filiżanki? - Mały pakuje mi się na kolana, wycieram umorusaną buzię. Pachnie cynamonem, kleją mu się łapki, ale buzia śmieje się od ucha do ucha. Myjemy te cynamonowe niesforności i idziemy robić herbatę. Niech noc za oknem chodzi niespokojnie wokół domu, targa brzozy za uszy, szeleści w ogrodzie deszczem. Z tego deszczu zrobi się jutro mgła, a może i szadź, zimnieje, z nieba biegnie mróz. Ale my mamy herbatę, Miły dokłada do kominka, a cynamonowym okrętom zapachów wydyma żagle malinowy wiatr z błękitnych filiżanek.

Trzeba siąść z chłopakami, odrobić lekcje, poczytać bajki, potem otulanie kołdrami,  cisza. Cisza śpiącego domu, w którym oddechy dzieci unoszą się ku baśniowym snom, a my z Miłym zasiadamy w fotelu, patrząc w ogień i opowiadając sobie nasze własne historie. Marzenia, opowieści. W piwnicy króliki chrupią marchewki, księżyc wysuwa rudy, jesienny nos zza puchatej chmury, zaglądając w nasze okna, za aksamitne zasłony. Powoli noc staje się głębsza, jak barwy na obrazach Rembrandta, zegar waha się między było- jest- było- jest, grzbiety książek są w ciemności szczytami tajemniczych gór. Też kiedyś byłam małą dziewczynką, która na kasztanowym koniku pędziła w dal. A teraz czas stał się wąską ścieżką w dół, po której idę ku nadchodzącej cicho, w listopadowej mgle, zimie.





17 listopada 2013

Za dużo, za pięknie, czyli męki nieperfekcjonistki

Dzisiaj będzie felietonowo. Ostatnio bardzo cierpię. Powodem cierpienia jest nadmiar pięknych rzeczy wokoło. Na przykład takie blogi. Namnożyło się miejsc, gdzie można zobaczyć przepieknie odnowione meble, ręcznej roboty wspaniałości, hafty, decou, wełniane cuda handmade, ozdoby, poduszki, pościel, żakardy, garnuszki, filiżanki, meble... Nie, nie cierpię mąk zazdrośnika. Podziwiam, też bym chciała, ale zwyczajnie nie mogę mieć wszystkiego. Nie mogę mieć równocześnie kuchni prowansalskiej, shabby schick, country z bolesławcem i krateczką, rustykalnej, francuskiej, toskańskiej czy jeszcze jakiejś... No staram się zmieniać sezonowo, ale nie wymienię połowy zastawy tylko dlatego, że spodobała mi się inna. Co zrobić z tamtą? W moim kredensiku są trzy półki. Ile upcham tam filiżanek? Kiedyś nie było takiego wyboru. Ostatnia moja wizyta w sklepie Almi Decor była traumą. Chciałam połowę sklepu. Stać mnie było na jedną rzecz. Postukałam się w głowę i wytłumaczyłam sobą, że dom nie sklep, nie mogę mieć tam wystawy tysiąc i jedna filiżanka.

Poza tym, męczy mnie poczucie, że nigdy w życiu nie spełnię wizji o schludnym domeczku w bielach i różach. Nie, bo nie. Tinia pokazała na swoim blogu taki domek. Zobaczyłam i umarłam. To jest takie pięęękne.... ale tam się nie da żyć. Moi chłopcy pobrudziliby biały obrus a kot (gdybym go akurat miała) zaplątałby się w zasłony. Książki z półek trzeba chyba bosakami strażackimi zdejmować. Po którejś wizycie sąsiadów dostałabym puszkę farby z litości, by pomalować artystycznie odrapane drzwi. O kryształowy żyrandol Miły trzepnałby się głową. Gumowce tak czyste, by chodzić po białej podłodze są podejrzanie nierealne. I tak na kolejnych blogach... w kolejnych gazetach. Nie dam rady. Mój praktycyzm woła o ratunek. Tak się nie da! A mój brak perfekcjonizmu mi dogaduje: musiałabys zmywać i szorować, zamiatać i wyganiać ludzi i zwierzaki, poprawiac fałdy, dekorować, zdmuchiwac pyłek, umrzeć z głodu, bo tam się nie da jeść, gotować, żyć...

Patrzę teraz na sezonowe gazety i blogi o dekoracji domu na święta. Jasne, chcę udekorować nasz kalinowy domek. Szukam inspiracji. I umieram. Nie da się! Te najładniejsze rzeczy kosztują tyle, co tygodniowe wyżywienie rodzinki. Filiżanki z wonderhome - bombki  po kilkadziesiąt złotych za sztukę, cudowne, piękne, ale za dużo, za dużo... nie da się. Poza tym, chłopcy są zdania, że dekoracje są albo do zjedzenia, albo do zabawy. Nie mogę drżeć ze strachu, że ktoś mi zbije bombkę kupioną za ciężką krwawicę. Nonsens... Więc oglądam i cierpię. Nie wiem, dla kogo są te propozycje dekoracji, naprawdę. Po raz kolejny wracam do punktu wyjścia: najlepsze są te  niedrogie, w miarę ładne, albo ręcznie robione, jakies cynamonki, ciastka, pierniczki, suszone plasterki pomarańczek, filc, o takie. I niedużo. Tyle, by nie zwariować w tym ozdabianiu, przeroście formy nad treścią. Gałązki zielone. Światełka. Villeroya i Boscha mam tylko na obrazkach. W zeszłym roku Mały zażądał uwieszenia rysowanych na papierze z drukarki "bombków", handmade by Mały. Uwiesiliśmy. Honorowo, na przedzie.

W tym roku planujemy święta z rodzinką. Dziki najazd sióstr, szwagrów, siostrzeńców/siostrzenic, harce, śpiewy, swawole, wzruszenia, pierniki, żywe drzewko, rozmaite bombkowe starocie i kilka nowych, duzy stół, światełka na tarasie i radość. Wszystkie blogi i  gazety inspirująco- dekoracyjno- świateczne już obejrzane, ale skończylo się na jednym: a niech to, znowu zrobię po swojemu. :D



14 listopada 2013

Człowiek tylko leżałby i spał

Tak, Gałczyński to przewidział, pisząc pięknie: Oto widzisz, znowu idzie jesień, człowiek tylko leżałby i spał...
Mamy problemy z porannym wstawaniem, to już nie ta pora, gdy razem z rozświergotanymi wróblami radośnie witało się piątą rano. To znaczy, zależy, kto witał. Osobiście lubię wstawać ze słoneczkiem, jestem typem skowronka, ale reszta rodziny przypomina obecnie te sowy z obrazka:



Mamo, zrób kakao! Średni, obudź Małego! Kakao stygnie. Duży już śpi w samochodzie, dojeżdża 40 km do szkoły codziennie. Ja próbuję jednocześnie uchronić śniadanie przed wystygnięciem, zmusić dwa zaspańce do ubrania, Miły odpala samochód, na trawie rosa albo szron, ktoś nakarmił króliki? Ludzie, nakarmcie jeszcze króliki... założyłeś czapkę? A z gałązek brzozy kapie lodowatymi kropelkami, wiatr wciska się pod kurtkę, a łóżko kusi, a do pracy daleko, a tu znowu szkoła...

Człowiek stanowczo nie powinien wstawać rano. Bo potem ma taki wyraz twarzy, jak Andrzej Poniedzielski :D


Nawet z moim porannym pollyannizmem mam przejściowe problemy z aklimatyzacją porannego, zimnego wstawania. Ech. Człowiek powinien zjadać niespiesznie śniadanko, najlepiej gorące bułeczki z czekoladą, kawę parującą posiorbać, powłóczyć się po domu w piżamce albo innym  luźnym odzieniu, poczytać poranne gazety, opowiedzieć sobie, co się komu śniło... jak w Muminkach, o. Zagrzebać się z nosem w najładniejszej poduszce i podjadać cynamonowe sucharki...


Wuj Truj leżał na kanapie w salonie, z nosem zagrzebanym w najładniejszej aksamitnej poduszce. Wtem usłyszał, że ktoś skrada się do kuchni. Zadzwoniło delikatnie szkło. Usiadł w ciemności i nastawił uszu. "Urządzają przyjęcie" - pomyślał. I znów zapanowała całkowita cisza. Wuj Truj wstał i przeszedł po zimnej podłodze aż do drzwi prowadzących do kuchni. W kuchni też było ciemno, ale pod drzwiami do spiżarni świeciła smuga światła. "Aha - pomyślał. Schowali się w spiżarni". Otworzył gwałtownie drzwi - a w spiżarni siedziała Mimbla i jadła kiszone ogórki. Koło niej stały na półce dwie zapalone świece. - Ach, więc i ty wpadłeś na ten sam pomysł - powiedziała. - Tu masz ogórki, a tu sucharki cynamonowe. Tamto to są korniszony, lepiej ich nie jedz, za ostre dla ciebie. Wuj Truj natychmiast wziął słoik z korniszonami i zaczął jeść. 

A tak w ogóle marudzę, bo mam spiętrzenie obowiązków, pracy, konkursów, klasówek i papierów, nie wspominając o praniu do prasowania. A tu zapowiadają śnieg i przymrozki! Nic z tego, nie dam się. Noszę kolorowe ubrania, jem smacznie, piję kakao, oglądam dzisiaj z klasą Narnię i zamierzam wbrew listopadowym szarościom złapać energię. Czekam na swój zakwas, na farby , a wieczorem rozpalamy w kominku.  A teraz idę po kawę w ładnej filiżance.

09 listopada 2013

Obowiązek

"Zamień egoizm w broń. Niech wszystko będzie twoje. Niech inne żywoty, nadzieje i marzenia będą twoje. Chroń je, ratuj, zaprowadź do owczarni! Przejdź z nimi przez wichurę, nie dopuszczaj wilków! Moja ziemia, mój świat. Mam obowiązki!"

"Jesteśmy jak bogowie dla zwierząt tych pól i łąk. My wskazujemy czas narodzin i śmierci. Pomiędzy nimi mamy obowiązek."

Te fragmenty wyżej to Terry Pratchett. Historia Babci Obolałej i Tiffany, jej wnuczki. Lubię ją czytać. I lubię słowo "obowiązek". Trochę staroświeckie, trochę zapomniane, prawda? Wszyscy mamy jakieś obowiązki. Ale patrząc po dzieciach w szkole widzę, że one mają coraz mniej, a rodzice, chcąc im ulżyć, robią im krzywdę. Choćby taki widok: babcie i mamy zabierają dzieciaki ze szkoły po lekcjach, przodem idzie podskakując ukochany wnuczek/synek czasem rumiany jak wypasione jabłuszko, w ładnych butkach i kurteczce, a za nim wlecze jego plecak babcia/mama. Zastanawiałam się, dlaczego. Pewnie, aby lżej było maluchowi. Ale widok jest dziwny; a maluch przyzwyczaja się, że babcia taszczy cieżar jego plecaka, jego problemów, jego obowiązków.
- Nie chcę mi się - odpowiedzial mi szóstoklasista na pytanie, dlaczego nie pisze tematu z tablicy i notatki.
- Ale to twój obowiązek - tłumaczę mu - Jesteś w szkole, by się uczyć, nikt za ciebie tego nie zrobi.
Nie pisał. Nawet postawiony przed wizją oceny niedostatecznej za pracę na lekcji.
- A stawia pani - ziewnął.
Słowo "obowiązek" było dla niego puste. Jego "nie chce mi się" było królem jego życia. Nie chce mi się uczyć, nosić swoich ciężarów, ktoś zrobi to za mnie...
Kiedyś pójdzie do pracy. Pewnie będzie zdziwiony, że ktoś wymaga od niego terminowości, rozliczania z zobowiązań, zakresu pracy, poświęconego czasu. pewnie będzie winił za swoje niepowodzenia wstrętny rząd/rodzinę/okoliczności/świat.
A przecież obowiązki są jednocześnie naszym darem dla innych. Chłopaki uczą się, że muszą nakarmić króliki, sprzątnąć, ułożyć drewno, odrobić lekcje, odkurzyć. Myślałam o funkcjonowaniu świata. Nie będzie świeżych bułeczek, jeśli piekarz zapomni o obowiązku wstania rano, upieczenia pachnących bagietek. Ktos inny rozłoży stragan z warzywami, ktoś zamiecie ulicę, ktoś rozwiezie gazety napali w piecu, by w szkole było ciepło. Jest taki hamulec bezpieczeństwa w głowie, gdy nasze "nie chce mi się" próbuje pokazać rogi jak przysłowiowy ślimak. Nazywa się to empatia. Czemu mam wrażenie, że połowie dzieciaków jakoś tego brak? I nie tylko dzieciaków.
Nowy przystanek na osiedlu, już z rozbitą szybą, wymalowany sprayem. Niedotrzymane obietnice polityków.  Zignorowania, wymówki, obojętność. Nie chce mi się.
A przecież mamy obowiązek.
My, mamy domowe, szykujące czyste ubranie, obiad, wkładające kwiaty do bukietu. Żeby było piękniej, cieplej, serdeczniej... Chronimy. Ratujemy od wichury, od wilków. Dom, bliskich... swoje marzenia, nadzieje.
Mamy obowiązki :)


07 listopada 2013

Ulica Igiełek z Modrzewia

Wracamy z Małym ze szkoły, niebo pochmurne, jak szary aksamit, ani szeptu wiatru, ciężka, wilgotna cisza listopada. Zatrzymujemy się obok wodnikowego mostku, patrzymy w brązową wodę. Bełkotliwa, jesienna piosenka strumienia, niosącego liście, patyczki, strzępy letniego splendoru.
- Właściwie dlaczego jest tyle ulic Mickiewicza, mamusiu? - Mały zerka na tabliczkę na sąsiednim domu. - U nas jest ulica Mickiewicza, w Białymstoku jest ulica Mickiewicza...
- Bo to był sławny poeta, już nie żyje - wyjaśniam - I nazywają ulice na jego cześć.
Mały myśli chwilę.
- Ale po co nazywać ulice na cześć kogoś, kto jest nieżywy?
Przyznaję, stropił mnie.
- A ty byś jak nazwał ulice? - pytam, by wybrnąć z kłopotu.
Mały pokazuje mi liście klonu, już zbrązowiałe nieco, ale nadal grające barwami jak cygański szal.
- Ulica Kolorowych Liści. Albo Ulica Igiełek Z Modrzewia.
Idziemy właśnie chodnikiem, zasypanym złotym puchem opadłych, modrzewiowych szpileczek.
Bardzo mi się te propozycje Małego podobają, dołączam więc własne.
- Ulica Motyli. Ulica Srebrnej Mgiełki. Ulica Tulipanów...
- Ulica Tulipanów mogłaby byc na Wielkanoc - zastanawia się Mały, dźwigając swoje wielkie plecaczysko - A potem latem zmieniałaby się na Ulicę Wakacji. A zimą na Ulicę Śniegową albo Bałwankową...

Nie mówię mu o biurokracji, zmianach dowodów osobistych, zameldowania i kłopotach listonoszy. Niech wymyśla, niech marzy.... i marzy tak całą drogę, aż dochodząc do domu i skręcając w naszą piaszczystą żwirówkę zauważamy, że napaskudził na niej jakiś koń, a koła samochodów roztrajdały nieciekawą breję.
- Ulica Końskich Kupek...- zauważa filozoficznie Mały - Nie chcielibyśmy mieszkać przy takiej, ale niestety mieszkamy...


05 listopada 2013

Andrzej Poniedzielski u fryzjera i trochę o kaflowych piecach i kobiecych tęsknotach. I strona zakwasowa.

Zawsze wiedziałam, że wizyty u fryzjera kształcą. Nie tylko dlatego, że z telewizorka z reklamami kręcącymi się w kółko jak buddyjski młynek modlitewny można się dowiedzieć, że kobieta np. średnio 3 miesiące w życiu spędza na szukaniu czegoś w torebce. Mały, czekający na mnie na kanapie tez się czegoś dowiedział:
- Mamo, a wiesz, że ryby kaszlą?
Średni się dowiedział, że ileś tam procent światowej populacji herbaty pochodzi z Kenii. Wszyscy jestesmy teraz mądrzejsi, ale ja dodatkowo odkryłam w "Claudii" wywiad Idy Dawidowicz z Andrzejem Poniedzielskim. I uśmiech nie schodzi mi z twarzy od paru godzin.
No bo jak się nie uśmiechać, skoro mój Ulubiony Poetośpiewak stwierdził:

- Człowiek, podobnie jak woda ma trzy stany skupienia: smutek, radość i stan równowagi chwiejnej
- Są dowody medyczne, że śmiech jest zdrowy. Zgadzam się z tym, każda gimnastyka klatki piersiowej jest zdrowa, ale ja bym smutku nie wykluczał
- Ta epoka jest szybka, mocna i ludzie czasem się zastanawiają: dobrze, popłaczę, ale czy będe mieć czas by otrzeć łzy?
- Ile trzeba sił, by nie biec, nie gonić?
- Nie ma co obrażać się na deszcz, trzeba po prostu mieć parasol
- Słowianin nie musi mieć za czym tęsknić, aby tęsknić!
- Jestem poetą użytkowym. To jak pies myśliwski niepraktykujący
- Dość twardo stoję na ziemi, choć czasem potrafię się unieść. Bezpieczną wysokością wydaje mi się 1,50. Bo i widać troszkę więcej, a i rodzina patrząc na to myśli: wróci, wróci...

Fotografia Jacek Poremba

Przy okazji studiowania stosów gazet i między stronami o zaletach tarki do pięt, garnkach, poradach pani domu, przepisach na żeberka ( skręt duszy wegetarianina) tak mi Pan Andrzej zaświecił jako ta Złota Jabłoń, o której kiedys pisał:

Odnajdźmy Złotą Jabłoń
Niech przed głupotą nagłą
Ta jabłoń chroni, studzi
Rozgrzane skronie ludzi.

A przy tejże samej okazji odkryłam gdzies tam fotografie kaflowych pieców. I serce mi roztajało dokumentnie ze szczęścia, albowiem piece kaflowe to moje dzieciństwo, radośc, szczęście absolutne. U dziadziusiów były cudne piece, z kolorowych kafli, cytrynowych w saloniku, brązowych w zielonym pokoju, zielonkawych w sypialni, z dekoracyjnymi gzymsami, dostojne, pałacowe. Na moim Podlasiu oprócz pieców "musowo" były leżanki, cudowny wynalazek, gdzie można było: suszyć grzyby, owoce, jabłka, żurawiny, wylegiwać się samemu, albo z kotem, grzać nogi, ręce, cokolwiek; ciasto jak tam rosło drożdżowe, albo na chleb!
Kocham kaflowe piece, choć sama nie mam takowego w domu, ale mam za to kominek, tyz piknie, jak powiedziałby Pyzdra do Kwiczoła. Co ci powiem, to ci powiem, ale ci powiem - ciepło!
W listopadzie ogieniek jest nie do pogardzenia! 
Tęskni mi się za piecami, leżankami, światem dziadków. Za jasnością absolutną. Brakiem poczucia czasu.  Brakiem goryczy i smuteczków czasem. Naturalnością dziecięcego szczęścia...
A przy KOLEJNEJ okazji odkryłam stronę zakwasową, tak! Kobiety wymieniają się zakwasem na chleb i to przez internet :)


Już napisałam w tej sprawie, mam blisko koleżankę z zakwasem żytnim.
A na cieplejsze myśli kilka cudnych pieców kaflowych.


Piecuś ze strony Joanny i Wojtka http://jwfoto.blogspot.com/


Piec ze strony www.archimania.pl

Piec z Majątku Howieny http://www.majatek-howieny.pl/





02 listopada 2013

Pasztet z selera z rozmarynem i pietruszką i trochę rozważań o okruszkach na stole


Pasztecisko piecze się tak.

Jeden duży seler, kilka marchewek, dużą cebulę plus ewentualnie panią Pietruszkę, jak ktoś lubi - gotujemy z kostką bulionu warzywnego. Seler wczesniej obrany i pokrojony oczywiście, jako i reszta. Gotujemy do miękkości, tak ze 30 minut góra, potem przepuszczamy przez maszynkę i mielimy. Dodajemy dwie namoczone w wodzie bułki, łyżkę czubatą mąki, przyprawy do smaku; polecam więcej pieprzu, by nie bylo mdłe. Jak farsz za luźny, podsypujemy bułka tartą, wbijamy jajko i posiekany, świezy rozmaryn, ewentualnie suszony. I panią Pietruszkę, jak ktoś lubi. Pieczemy w blaszce, na pergaminie wysmarowanym masełkiem, dekorujemy wedle własnej woli.

My używamy na kanapki, ewentualnie krojony w plastry i obsmażany w jajku i bułce na gorąco i rumiano. Jest pyszny!

Co do okruszków, to przyszły mi one na myśl przy przeglądaniu czasopism wnętrzarskich, gdzie z mieszaniną podziwu i zgrozy przypatrywałam się kuchniom na wysoki połysk, o białych blatach, nowoczesnym dizajnie, szkle zamiast kafelków i stołu. Przecież tam się nie da jeść, a jak już się spróbuje, to będzie widać każdy okruszek. Gdybym wpuściła tam swoich trzech chłopaków, projektanci uciekali by rozpaczliwie na Marsa, by nie widzieć tej profanacji. Już widzę kakao na białym blacie i okruszkowe pola na szklanym stole. Piękne, ale niemożliwe do użytkowania, chyba, że ktoś jest masochistą- perfekcjonista i będzie latał za każdym gościem i domownikiem ze ścierką lub odkurzaczykiem stołowym, by ten owe okruszki zasysał. Jestem mamą od 18 lat i wiem na pewno, że:
- Co ma się rozlać to się rozleje, a sztuka otwierania kuchennych drzwiczek nogą, bo ma się ręce w jajku i bułce jest absolutnie konieczna do opanowania
- Nie ma frajdy z pieczenia ciasteczek z dzieciakami, jak owe dzieciaki i pół kuchni nie jest umączone i szczęśliwe
- Okruszki "musowo" musza być, zwłaszcza jak się kroi świeża drożdżówkę, kruchą szarlotkę czy bagietki. Litości dla okruszków, dajcie im pożyć, nie straszcie ich niklem i szkłem. Niech wesoło mrugnie kolorowym okiem swojska cerata, drewniany stół, czajnik zaświszcze, puszczając parę po drzwiczkach. Nic nie poradzę, lubię takie kuchnie "do życia", o czym informuję was listopadowo, niuchając zapach pasztetu z piekarnika.