29 stycznia 2020

Celebrujemy milion uśmiechów

Sięgam wstecz, do wspomnień.
Pierwszy post na blogu, tym najstarszym:


Opublikowane 25 października, 2006 przez jarzyny
Co by było, gdyby
…ślimaki miały pióra. Zapytał Średni.
Nie wiem. A gdyby miały pazury? A kto by im obcinał pazury, mamo? A co by było, gdyby miały zęby, mamo? Mamo, a co jedzą ślimaki? A czy ślimaki są gadożerne? Czy można hodować ślimaki?Mamo, no powiedz. Można? Można. Na mięso. A jakby były mięsożerne to co?A czy ślimaki atakują czy nie? Nie, ślimaki są nastawione pacyfistycznie. No chyba, że kapustę, owszem, kapustę atakują. Ale aksamitek nie. Aha. mamo…a co to znaczy pacyfistycznie? Pokojowo. Sa pokojowo nastawione. A jakby atakowały to co? No nic chyba. Tak myślę. A co ślimak mógłby zrobić dla człowieka??  Nic chyba. Może niestrawność, jakby go kto zjadł, kochanie. A ty mamo? Czy zjadłabyś ślimaka? Nie. Nie sądzę. Możemy skończyć o ślimakach? Zobacz jaki mostek, jaki strumyk śmieszny, brązowy…A gdyby ślimak miał skrzydła to co, mamo? Co by było jakby miał skrzydła? Latałby. Dość śmiesznie. No i chyba kapusta byłaby zagrożona bardziej…no wiesz…dolecieć szybciej, niż pełznąć. Ale to nierealne. Ślimaki nie mają skrzydeł. A gdyby miał cztery nogi to co???

…a szliśmy ze szkoły, ręka w rękę, moja dłoń w pulchnej łapce przedszkolaka. Średni kocha zwierzęta. Zatrzymaliśmy się przy strumyku i patrzyliśmy, czy wodnik wylezie. Nie wylazł. Nigdy nie wyłazi.

…ale jeszcze go złapiemy, co nie mamo? No pewnie, któregoś razu. Popatrz na liście. Ale ładne. Jutro kupisz mi na wycieczkę wszystko co chcę do jedzenia? A co chcesz? Pączka, bułeczkę, gumę, baton i picie niegazowane. Dobrze, kupię. Tylko nie jedz w teatrze. A gdzie mam jeść? No…w autobusie na przykład. Ale w teatrze nie, zdecydowanie nie. Dlaczego? Bo to nieładnie. Aktorzy grają, a ktoś szeleści papierkami. 
Pójdziemy na skróty, dobrze? Obok tego domku, gdzie rosną topole. A w domu napijemy sie herbaty. W Ładnej Filiżance, co nie, mamo? 
Ładna Filiżanka stoi na kredensiku, w odróznieniu od Kubków Pospolitych w szafce nad zlewem.
…No pewnie, że w Filiżance, mały.
Jestem Średni, powiedział Średni z urazą. Aha. Przepraszam. To daj łapkę. I poszliśmy dalej.


Pierwszy post na blogu, tym obecnym: 

23 stycznia 2011


Ponoć najdłuższa podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Nawet, gdy jest to kolejna podróż...
Właśnie pożegnałam się na rok z pracą. Postanowiłam wziąć roczny urlop i uporządkować zabiegane, zmęczone życie. Zająć się tym, czego pragnę..jak w wierszu Barańczaka, którego uwielbiam:

Jagnięco łagodne jagnię...
Wyjawię ci, czego pragnie
zmęczona dusza moja:
odrobinę spokoja.


To będzie rok z moim ogrodem, porzuconymi obrazami, rzeźbami, pisaniem, z domem, lasem i myślami, które pochowały się na razie po dziuplach zapomnienia. Sama nie wiem, dokąd mnie zaprowadzi ta nowa przygoda. Zamierzam zostać początkującą wegetarianką, zielarką, rzeźbić ptaszki z lipowego drewna, czytać dzieciakom bajki i z kotem na kolanach siedzieć na tarasie.Wymyślać opowieści. Pozwalać zuchwałym snom się spełniać. Jeść pastę z avocado, zamieszczać tu przepisy, anegdotki, facecje i śmiechy z kalinowego zakątka.Słuchać Nat King Cole'a i czytać "Błękitny Zamek". Szukać uśmiechniętego Boga. Być w ogrodzie.

*

I udało się, prawda? Dla was, milion mgnień z Kalinowa. Celebrujemy milion uśmiechów, wszystkie poranki świata,  róże, niebieskie lato, zieloną wiosnę, liście, śnieg, dom, szczęśćie i truskawkowy dżem!









 

 










I ta dam, w nowe, nadchodzące 48 lat i w nową wiosnę!

27 stycznia 2020

Rośnie nam szczypiorek, planowanie ogrodu część dalsza i szukam sadzeniaków. I trochę o żonie Williama Blake'a.



Tak wygląda szczypiorek, posadzony w torebkowych pakietach. Jajecznica pięknieje z zieleninką, tym bardziej, że rzodkiewka też listkuje, ścinam na kanapki codziennie.


Rośnie w plastikowym pojemniczku, takim w jakie pakuje się ciastka w cukierni;) Pierwiosnki na stole też świecą jak małe słoneczka i mówię wam, nawet ciemnawy poranek nie taki straszny, gdy zamruczy kot, zaszumi czajnik na herbatę, a swoje, wyhodowane roślinki podzielą się dobrym nastrojem. Kot jakiś taki refleksyjny. Ze spokojem czeka na wiosnę, a my już kończymy przycinanie jabłonek i grusz, gałązki pozrębkują się na ściółkę i nic się nie zmarnuje.


Dalej planuje swoje nowe ogrody i zagony, dumam nad czasem, kiedy co wysiewać, robię notatki i szukam sadzeniaków do kupienia - marzy mi się małe ziemniaczkowe pole, także z fioletowymi i różowymi kartofelkami. Znalazłam dwa miejsca, gdzie moge kupić, ale czy ktoś może mi polecić jakąś odmianę, którą warto kupić? Wypróbowane, smaczne, pasujące do naszego kresowego klimatu?
Wczoraj słuchałam podcastu pani Katarzyny o ogrodach w styczniu, a dzisiaj, kiedy sobie pracowałam, ścinając suche pędy już wyjedzonych przez sikorki słoneczników, myślało mi sie o żonie pana Blake'a. Gdzieś w necie natknęłam się na artykuł o niej - też Katarzynie - córce ogrodnika. A Blake'a bardzo lubię, zwłaszcza za Księgę Thel i ten kawałek o konwalii:

Ja jestem bardzo mała, lubię mieszkać w niskich dolinach,
Tak wiotka, że motyl złocisty ledwie zdoła
przysiąść na mej głowie.
Jednak mam odwiedziny niebiańskie —
Ten, co wszystko wita swym uśmiechem,
Zstępuje w dolinę — co ranka pochyla dłoń nade mną.
Mówi: raduj się, trawo niska, kwiecie konwalii nowo
narodzony,
Łagodna mieszkanko milczących bezdroży, najcichszych
strumieni,
Ty będziesz w światło odziana, karmiona manną świtu,
Aż letni żar roztopi cię pośród strumieni i źródeł,
byś rozkwitła w dolinach wieczystych.


Więc dlaczego przypomina mi się pani Katarzyna Blake, córka ogrodnika, żyjąca tak skromnie, że w dniu śmierci męża musiała pożyczyć pięć funtów od patrona swego małżonka, sir Linnela.  Może dlatego, że też była ważna. Tez rysowała, nawet tygrysa Blake'a. Miała swój ulubiony kolor - "biel pani Blake". Mówiła do męża per pan. Może wszystkie żony wtedy tak mówiły? "Panie Blake, pieniądze się skończyły" - to parę lat chyba przed tą śmiercią. A on do niej, taki niepraktyczny, poeta, wirtuoz, geniusz - "a dajże mi spokój z tymi pieniędzmi!".
Może dlatego myśle o pani Blake. Musiała coś włożyć do garnka swego poety. Musiała kupić sztokfisza i zapłacić rachunki. Lubiła róże? Może zbierała konwalie w przydomowym ogrodzie, między zdziczałymi narcyzami?
Blake narysowal jej portret w chustce na głowie.
Umiała obsługiwać prasę do walcowania - drukowała miedzioryty męża. 
A Seymour Kirkup, znajomy antykwariusz i malarz, zaglądający do domku Blake'ów,  opisał Catherine jako „tak dobrą jak służąca”
Jakoś... lubię Catherine. I uśmiecham się do tego zdania "panie Blake... pieniądze..."
I do tej zwrotki wiersza Blake'a:


Nie próbuj mówić o miłości,
Bo ona w słowach się nie mieści.
Jest jak wiatr: cichy, niewidzialny,
Co tylko czasem zaszeleści.

Pozdrawiam was wszystkich - niedługo będziemy świętować milion odwiedzin na blogu. Dziękuję!!


23 stycznia 2020

Chce mi się zielonego. I piekę focaccię.

Bardzo szaro przez ostatnich kilka dni. Deszczowo, wiatrem wieje, słońce błyśnie tylko na parę chwil i znowu siwe brzuchy chmur. Dzisiaj pierwszy dzień cały bez deszczu, z 4 stopniami na plusie - dwie godziny wałęsałam się po ogrodzie, musiałam wykopać i zadołować czarne porzeczki rosnące dotąd przy szklarni, bo będziemy ją powiększać. Przy okazji obejrzałam, jak wychodzą wiosenne szafirki, tulipany, narcyzy i krokusy. Niektóre na kilka centymetrów już nad ziemią.
Chce mi się zielonego jak nie wiem, na szczęście już jest szczypior, upiekłam focaccię - taki włoski chlebek z rozmarynem, do tego pasta jajeczna ze szczypiorkiem. Jutro narwe kurdybanka.




W kuchni podpędzony hiacynt już cieszy oko, a dzisiaj do wesołej kompanii dołączyły dwa pierwiosnki w kolorze kurczaka i różowe tulipany. Może mniej szaro będzie o świcie.

 

Żeby na naszych kresach zimy nie było, to dziwne, Nawet na "kreszczeńskije mrozy" nie było mrozu. A za tydzień już Franciszka - a na świętego Franciszka przylatuje pliszka.
A przepis na foccacię znalazłam tu. Tylko bez kurek zrobiłam:)
A poranki mamy jeszcze takie.

18 stycznia 2020

Ku nowemu

Dzisiaj rozebrałam choinkę. Ubierać jest komu, a rozbierać, to tylko ja i kot. To znaczy, kot oferuje duchowe wsparcie w pozach "namaluj mnie jak te francuskie dziewczyny", a ja całą resztę.



Ale wiecie co - gdy już było po wszystkim i odkurzacz pochłonął ostatnie zielone igiełki, poczułam, że ten rok minął. Dopiero teraz. Jakby zamknęły się cicho drzwi, a ja stoję sobie na progu za zimą, za smugami cieni, za ciemnymi rankami, za dzwoneczkami świąt - a przede mną gdzieś tam, za zakrętem, jeszcze niewidoczna, ale jest - wiosna. Koniec roku jest strasznie stary. Jakby te wszystkie sekundy i minuty każdego z 365 dni siedziały nam na karku, jak ołowiane. Nienapisane książki. Niewysłane listy. Niezrealizowane zeszłoroczne postanowienia, choćby typu: prowadzić regularnie planer.
Udało mi sie przez miesiąc;) Potem zapominałam, gdzie leży, tyle się działo.






Oceny wystawione, rady zaliczone, na feriach będzie aktywna szkoła, i zajęcia, i szkolenia, na barbarzyńską 8,30 - ale dzisiaj rozkwitł hiacynt, barszcz ukraiński taki gorący i smaczny, ciasto z wiśniami jeszcze ciepłe do herbaty,  a nasiona wyjmowałam już z pudełka kilkadziesiąt razy, rozkładając przed sobą jak najpiękniejszy wachlarz.
Szczypior puszcza zielone wąsy, a dzień jest dłuższy o 37 minut.

Przez trzydzieści siedem minut to mi się chleb nawet upiecze!
Za oknem nawołują się gołębie leśne. Chyba nie znają przysłów na styczeń, że gdy ptaki w styczniu śpiewają, to im w maju dzioby zamarzają.
No ale co zrobić, kiedy dzień jaśniejszy i radość?


11 stycznia 2020

Nowy kompostownik, pierwsze pączki, cebulowe pakiety na szczypior i zapach chleba.

Ten tydzień upłynął nam na robieniu nowego kompostownika - projekt Miłego, siła robocza wspólna, my z Małym malowalismy drewnochronem. Od podstaw złożony został w warsztacie, a potem przejechał do naszego lasu i stoi teraz dumnie, błyskając mokrym drewnem.




Deski wewnętrzne z odzysku, daszek po to, by deszcz nie rozmywał nam pryzmy. Jest całkiem spory, choć na zdjęciach wydaje sie mniejszy niż w rzeczywistości. Będzie piękny kompost na jesień, teren wokół sobie uprzatnę i posieję nastrurcje:)Przyjechały już wielodoniczki do siewu, prawie wszystkie nasiona i czekam tylko na wermikulit. Póki, co, posadziłam w trocinach cebulkę na szczypior. Zobaczyłam ten pomysł na rosyjskim internecie - filmik o szczypiorowych "pakietach" podbił moje serce! Lubimy szczypior a ten ze sklepu nie jest jadalny, naprawdę. Szybko robi się wiotki, zdechły i nie ma sprężystej tkanki. Zobaczę, jak będzie rosło - jestem pełna nadziei, bo groszek i minilistki sałaty już wzeszły.



Śnieg się stopił. Pełnia wilczego księżyca zabrała nam zimę - jest sześć na plusie, mży, krokusy dalej wytrwale wyłażą, choć im tłumaczę, że styczeń. Gałązki ałyczy wsadzone 1 stycznia do wody już mają pączki. Mam dziwne, przyjemne uczucie, że oglądam dobrze znany, ulubiony film. Te same pączki świeciły bielą rok temu na ugorku, na przestrzał owiane błękitem i wiatrem. Tyle, że w kwietniu:)



Oglądam dalej gazety, planuję i przeglądam nasiona. Przeważnie w zainteresowanym towarzystwie. Przestań czytać, pogłaszcz  kotka!


 Z rzeczy pachnących to dzisiaj upiekłam chlebek z ziarenkami. Pachnie jak chlebowe niebo.


I tak witamy drugi tydzień stycznia, bez postanowień noworocznych dalej, za to z marzeniami i ochotą na ich realizowanie;) Wszystko zaczyna sie od myśli, a Babcia powiadała "haj kameni lieżat".
Czyli - niech kamienie sobie leżą.
W sumie, i koty. Też mogą leżeć. leżący kot jest kwintesencją kota;)