26 czerwca 2018

Boże dary

Czego chcesz od nas Panie za Twe hojne dary.
Ciągle mi się śpiewa w głowie Mistrzem z Czarnolasu, a dzisiaj szczególnie - dzisiaj zbierałam pierwsze dary letnie z ogrodu. Porzeczki. Trzy kolory piękniejsze od filmów Kieślowskiego, naprawdę. Czereśnie.
Garneczek jeżyn, poziomki, truskawki, pierwsze DWA własne ogórki!
Zrobiłam placki z młodych ziemniaczków z młodziutką cukinią.
Potem pojechałam do mamy Wietnamem i oglądałam łąki, konie, dzwonki, a na koniec kociaki - ot, taki dobry, spokojny dzień.
Nie zrobiłam nic wielkiego, poza pozamiataniem chodnika od ulicy i pieleniem. I nie musiałam. 
Nie miałam większych planów, poza odpoczywaniem, plątaniem się po ogrodzie i wdychaniem lata.  I tak było pięknie i dobrze. 
Dobry dzień, pełen Bożych darów - jestem nasycona kolorami, zapachami i smakami.
Esencja lata.














I teraz cytat z Ronji, teraz pasuje absolutnie:

Ja wsysam w siebie lato tak jak dzika pszczoła wsysa miód(…). Zbieram wszystko w jedną dużą bryłę lata, żeby żyć nią, kiedy… kiedy nie będzie już lata(…). To jest taki wielki przekładaniec, są w nim wschody słońca i czarne jagody na gałązkach, i piegi na twoich ramionach, i blask księżyca nad rzeką wieczorami, i niebo pełne gwiazd, i las, i upał południa, kiedy słońce złoci sosny, i przelotne deszcze wieczorne, i wszystko inne, i wiewiórki, i lisy (…).



I powiedzcie mi teraz, że sanki latem niepotrzebne;)





24 czerwca 2018

Pierwszy dzień wakacji, rusałka, kot czereśniowy i ogrodowe migawki.

Pierwszy dzień wakacji przyniósł nam ochłodzenie. Zrobiło się rześko, wyciągnęło się z szafy bluzy i skarpetki, a ogród odetchnął. Od razu zieleń jakby zieleńsza. Czereśnie jędrne,  omyte deszczem, wydrapałam się na drabinę po te najciemniejsze, z samych wierzchołków.
Okazało się, że nasza kicia jest kotem drzewnym, bo zrobiła to samo - z gracją wlazła i zlazła po drabinie, wizytując chwiejne, czereśniowe gałęzie dobre parę metrów nad ziemią.
Ale co pięknie, to pięknie tam wysoko.





 Mały miał katastroficzny sen, w którym szkoła wybuchła, a on musiał przetrwać z tatą w dżungli. Pytał mnie rano z wyrzutem, czemu mnie nie było w tym śnie. Co ja poradzę, musiałam być w innym, chyba w tym swoim akurat, gdzie latały te duże ważki, jak z czasów dinozaurów.
A w ogrodzie dzisiaj znalazłam motyla. I dał się z wyrozumiałością podziwiać do woli, z bliska, fotografować i zachwycać! Vanessa atalanta! Rusałka admirał.



Jest urzekający.


Poziomki, nadal, żółte maliny, dopiero się zaczynają. Kosmosy czyli onętki - choć mężowa mama nazywa je karafiołkami. Ponoć tak się kiedyś na nie wołało. Szukałam o tym informacji i szukałam, a znalazłam mocno sprzeczne, bo karafiołkami nazywano też aksamitki, a do tego jeszcze turki i śmierdziuszki. Musze kiedyś zrobić leksykon nazw wiejskich:)



Pierwsze ogórki! I kolejne róże. W oczku zakwitły lilie, inwentaryzacja dokonana, wspólnie z żabami na liściach. Nieodwołalnie lato, czas owocowych tart, kwitnących tawuł i budlei, cynii i dalii. A jak będzie jutro pogoda, to wybieramy się z Małym na pierwszą wakacyjną wycieczkę! Niespodziewanka, gdzie;)








22 czerwca 2018

O rozpoczęciu wakacji, niefrasobliwości i nostalgii szczęśliwej

Rozpoczęły się, dzisiaj, oficjalnie ogłosił Pan Dyrektor, a dzieciarnia zakrzyknęła gromko i radośnie, jak tylko dwieście młodych piersi może taki okrzyk szczęścia wydać.
Od drugiej, nauczycielskiej strony też jest radość, nie wiem, czy nie równa tej pierwszej. Jeszcze do mnie nie dochodzi, jeszcze myślę, że  jakaś podstawa programowa mi do monitorowania została, jakieś arkusze ocen, jakieś inne papierologie...
Wczoraj było jeszcze przed burzą i ochłodzeniem piękne ognisko nad rzeką, gitara i śpiew, opiekanie pianek i machanie nogami na pomoście. Rzeka jest tak nieziemsko piękna, ważki nad nią szafirowe, trawy zielone, a myśl leci niefrasobliwie do czegoś, co jak dzisiaj przeczytałam, po walijsku nazywa się hiraeth, a jest nostalgią za czymś utraconym, co nigdy nie wróci. Na przykład domem, który tylko pamiętamy, albo dzieciństwem.
Siedziałam nad rzeką i tęskniłam, szukając w sobie małej Kaliny, która jechała na wakacje do Dziadziusiów. I okazało się, że można być szczęśliwym i smutnym równocześnie.
W ramach nieśmiałego próbowania wakacji  i pociechy  nazrywaliśmy więc czereśni i zrobiłam czereśniowe kompoty, a potem leniliśmy się, biorąc przykład z kota.















Wakacje uważam za rozpoczęte!

Kalina