23 września 2017

Pierwszy dzień jesieni



Bardzo lubimy "pierwsze dni".
Pierwszy dzień wiosny. Pierwszy dzień lata. Nawet zimy! Pierwszy dzień jesieni też jest bardzo przyjemny. Jak gdyby jesień własnie stanęła w progu, z walizką, jak ciocia z Ameryki i mówi: no to zobaczymy, co my tu mamy, kochani!
Mamy mgłę. Niebo jest szare, popielate, kontury łagodnieją, a zapachy sa mocniejsze. Ryneczek z parkiem i jesionowe wzgórze z kościołem bardzo ciche, mimo poranka.  Nikt się za bardzo nie śpieszy, jest sobota, na ulicach pustawo. Gorąca herbata na pewno teraz smakuje bardzo dobrze, przy sobotnim śniadaniu.



Sto lat temu też wokół kościoła bujały jesionowe korony. Kiedyś już to zdjęcie pokazywałam, ale nieodmiennie mnie zachwyca. Zdjęcie lotnicze, prawdopodobnie ze sterowca^^ Niektóre z domków na fotografii nadal w tym samym miejscu...


Pierwszego dnia jesieni czerwieni się już dzikie wino. Pan Konstanty pewnie uśmiecha się znad obłoku, widząc ten splendor na stareńkiej chatce. Królewskie złotogłowia...


I w ogródkach Kalinowa nadal bardzo trendy jest wiejski, kolorowy bałagan, astry, tulące się do dalii i dzwoneczki jesiennych lewkonii. I rudbekie. I tak, jeszcze więcej starych chatek.







U sąsiadów jesion dokonał pierwszego desantu liściowego. Psina Basi zdziwiona trochę.


Jeszcze trochę złota, ale nawłocie już szarzeją. A w lesie jest tak. I w sadzie tak.






Brzozy dopiero się stroją. Ach, jeszcz kilka dni i będzie złociściej, coraz bardziej. Zieleń staje się passe, miedziaki i złote cekiny pobrzękują juz na wietrze. I purpurą połyskuje, to tu, to tam. Czary w ogrodzie.



Melduję, że jabłuszka w syropie gotowe. I mam pierwszojesienny bukiet w salonie.




Kot też gotowy na pierwszy dzień jesieni.





Na stole czeka stosik zeszytów, aż ogarnę pieczenie chleba i zrywanie jabłek. A tam takie smakowitości.
Czekam na słońce, ma wyjść po południu. Może pojedziemy oglądać wrzosy. Dobrego, jesiennego dnia wszystkim:)

22 września 2017

Poranek i jakoś to będzie

O szóstej budzę chłopców. Średni dojeżdża 40 km, codziennie, do swego liceum, Mały razem ze mną, trochę bliżej - te 2,5 km rowerem. Jak jest pogoda i w miarę sucho, jedziemy Wietnamem, ale od paru dni pada niemal codziennie, więc Wietnam jest godzien swej nazwy i jedziemy Stodolną, Ogrodową i Gnilicą. A potem Mickiewicza, w ramiona szkoły.

Mały trochę nieprzytomnie ubiera się - potrafi nie trafić w kolor skarpetek lub zbagatelizować kwestię włożenia koszulki na lewą stronę, więc zawijając kanapki, kontroluję jednym okiem. Wpuszczam kota, który już kręci się po parapecie, wypuszczony przeze mnie w okolicach 3 rano. Kotu chciało się wyjść, a ja od trzeciej próbowałam zasnąć dwa razy i nie szło za bardzo.

- Mamo, kot głodny?
- Nie, tylko udaje. Już dostał.
- Ale on tak patrzy na lodówkę... zrobisz mi kakako?
- Dla mnie też - Średni bardziej przytomny, ale milczący, prośba o kakao to wszystko, co usłyszę, rozumiem go, bo też zbieram siły nad obłoczkiem z kawy zbożowej. Lubię wstać tę godzinę najmniej przed wyjściem, włączyć szemrzącą muzykę, naładować akumulatory. Średni ostatni dzień do szkoły - w niedzielę jedzie na tydzień na obóz informatyczny, Podlaska Dolina Krzemowa. Mały, w dopiero co uprasowanym ubraniu włazi jeszcze do wygrzanego łóżka, nie mam sumienia go wygonić, tylko trochę, mamusiu, zimno. Widzisz, jaka mgła? W tej mgle może być wszystko. Tu jest ciepło, to się tu schowałem.
Kot dołącza do Małego. Mruczą razem. 
Muzyczka mruczy. Kubek grzeje dłonie.

Pierwsze szkolne autobusy już jadą przez wioski i wioseczki. O szóstej trzydzieści zaczyna się zerowa świetlica dla najwcześniejszych małych wędrowców, których rodzice zaczynają pracę o siódmej, lub którzy przyjadą pierwszym kursem. Dzieci są dowożone z 46 wiosek. Do jednej szkoły... jedynej w wiejskiej gminie. A i tak jest ich razem z resztkami gimnazjum nieco tylko ponad dwieście. Na pięciotysięczną gimnę. Czasem w wiosce jest jedno dziecko, czasem dwoje. Kolejna wioska 5 km dalej. Dzieci czekają pod parasolkami z babcią czy dziadkiem, na zakręcie, przy wiacie przystankowej. Kiedy przyjdzie zima, będa czekać o tej ciemnej szóstej trzydzieści, jak mała Łucja przy latarni narnijskiej na fauna. Kiedy zacznę lekcje o ósmej, połowa będzie przysypiać.
Rozumiem, nie mówię głośno, pytam o sny, wyciągamy zaspane zeszyty, sprawdzamy zeszyty. Za okienkami sali lekcyjnej mgła i szepczący, wrześniowy ranek. Sala jest obok szatni, w piwnicy, dostosowana, ma ławki, krzesła, ale okienka piwniczne i jest ciemnawo. Podłogi nowe, z wakacyjnego remontu. W wazonie glinianym wstawiłam sztuczne, wesołe słoneczniki, żeby jasniej było. Zrobiłam gazetki. 
Fantastyka i realizm w "Balladynie".
Nikt z klasy Balladyny nie przeczytał, opowiadam, jak bajkę. Słuchają. Piegowaty Kacper podnosi rękę z prośbą w oczach:
- Mogę zjeść kanapkę, proszę pani? Będę cicho jadł, jestem taki głodny...
Pozwalam. Nie jadł śniadania, nie zdążył. Balladynie to nie przeszkadza.
Wczoraj była bójka, starszych z gimnazjum, o elektronicznego papierosa. Jednemu małemu zginął podręcznik, ktoś wziął, a on był dotacyjny, mama mnie zabije, nie podpisany był, trzeba będzie zapłacić...
Zostawiłeś w domu, zobaczysz, sprawdzisz jak wrócisz, na pewno się znajdzie.
Kogoś wypchnęli z kolejki ze sklepiku. Ktoś uciekł, bo była kartkówka. Dwa telefony do babci, opiekującej się drugorocznym Kubą, bo sąd przyznał jej prawa. Adam nie zmienił butów. Proszę pani, schowali mi worek. Dyżur w szatni. Dzisiaj siedem lekcji i ósme koło muzyczne, kseruję teksty piosenek. W tym roku na bogato, dostaliśmy po ryzie papieru xero na głowę, rok temu kupowaliśmy swój. Dzisiaj wybory do samorządu. Za trzy dni wywiadówka i wybory trójki klasowej. Jak w tym kabarecie? Co tak cicho, jak na wyborach trójki klasowej?
Dyżur w szatni, powiem ze dwieście razy dzień dobry wchodzącym. Pogadam z woźną. Powspominamy, jak dojeżdżałam rowerem siedem kilometrów do starej szkoły kiedyś, w sąsiedniej wiosce. Teraz 2,5 km to drobiazg. Spodnie trochę przemokły, wyschną do ósmej...

Za oknem mgła, jest poranek, a ja się zamyśliłam, wędrując myślami do szkoły. To mój 22 rok pracy. Nie ma już mojej starej szkoły pod dębami i jesionami, gdzie nauczyciele sami palili w piecach kaflowych w klasach a na dożywianie był kubek kawy z wiadra i bułka.
Ale dzieci te same. I ranki te same. Jesienna wilgoć pachnie lasem, w sklepach zapalają się światła. Szkolny autobus jedzie przez wioski i zbiera maluchy i starszych - dojazd do szkoły trwa godzinę. Ostatni wchodzą z dzwonkiem, w mokrych kurtkach, plecaki owinięte reklamówkami, żeby nie przemokły.

Dzisiaj zakładam zielony wisiorek, ze szmaragdowym okiem. Jak w wierszu Gałczyńskiego:

Oto widzisz, znowu idzie jesień
człowiek tylko leżałby i spał
załóżże swoj szmaragdowy pierścień
blask zielony będzie miło grał


Opowiem im o tym wierszu i pokażę wisiorek.
I będziemy pisać wypracowanie o tym, co lubimy robić jesienią. I o zbrodniczej Balladynie. Drugoroczny Kuba odczyta rolę księcia Kirkora. Balladyną będzie Ewa, a Aliną Natalka. Linijka będzie nożem. Ach, ile malin... a jakie czerwone...

Jakoś to będzie:)




17 września 2017

Wrześniowa cisza i rajskie jabłuszka.

Ciszy jesiennej dorównuje tylko cisza zimowa, gdy wejdzie się w uroczysty, milczący las.
Cisza jesienna jest na swój sposób pełna dźwięków - jeszcze ptaki słychać, szeleszczą spadające licie, wiatr przegania obłoki i łaskocze trawy po rudziejących uszach.
Traktor gdzieś zapyrkocze. Piłują drzewo.
Ale jest cicho - jakby ktoś przykręcił dźwięk, jakby orkiestra przyrody zaczęła grać piano, na sygnał batutomistrza.
Mniej mam czasu na spacery, bo plany, tematy, zeszyty, ćwiczenia, ale nie mogę się oprzeć - ostatnio wyszłam, żeby sfotografować te domki.


Za tydzień, dwa, klony zaczną czerwienieć i złocić się. Chmielowe szyszki przyschną na płocie, odsłoni się biedniutka nagość dziurawego dachu. Ale teraz, jeszcze ukryty w zieleni, czeka.



Tu też nikt nie mieszka. Mech na dachówkach szepcze swoje historie o opuszczeniu. Jeszcze ktoś trochę ratuje, odmaluje, naprawi, wstawi dachówkę bez kompletu. Nie wiem, jak długo jeszcze.



Winogrona już dojrzałe.


Buraczki jeszcze trochę, trzymają się, nabierają korzenia.


Słonecznik chowa się przed huncwotami wróblami. A na dole, patrzcie - mam prawdziwy czarci krąg na trawniku! 


W ramach terapii, żeby trochę oderwać mysli od pracy, zajęłam się robieniem kandyzowanych jabłuszek rajskich. Oczywiście, chociaż pilnowałam, zeby pyrkotały powolutku i ponakłuwałam je dokładnie, popękały mi łobuzy. No to będą kandyzowane, popękane jabłuszka. Ponieważ gotuje się ze trzy dni, to zdam relację z zakończenia procesu następnym razem. Na razie ten cudowny kolor sprawia, że uśmiecham się na sam widok.





Tutaj obgotowane i popękane:


A tutaj zostawione na noc w syropie. Jutro ciąg dalszy.



Urodziny Średniego, czas cudów i o byciu razem.

Średni skończył siedemnaście lat.
Jak to.
Patrzę na ekran, pisząc to i oczy mi się szklą. Już? Jak to... mały Średniaczek, którego ciepłe łapki opiekowały się każdym bezdomnym ślimakiem. Mały Średniaczek, piszący powieść o Homiku w kosmsie. Mój przyjaciel od powrotów ze szkoły, od robienia zupy z piasku, zbierania w lesie szczawiu, od sera własnej pracy.
Jaki to czas cudów, to życie! Jak to się dzieje?
Nie wiem, co ci życzyć, kochany, z pewnością tego, żebyś się nie zmieniał, bo byłeś małym, cudownym człowiekiem, a teraz jesteś dużym, jeszcze cudowniejszym. Kochamy twoją wrażliwość na świat i ludzi, twoje czułe serce, twoje ciche robienie tego, co do ciebie należy, bez narzekania, wyrzekania, ze zrozumieniem i miłością. Popychasz świat i ratujesz go, każdym swoim uśmiechem, każdą skręconą w pracowni Taty szufladą, każdą piątką z matematyki (mamo, matematyka to taka piękna nauka! Taka piękna!).
Nauczyłeś nas i ciągle uczysz bycia razem. Tego, na czym polega bycie razem, tak naprawdę. Na tworzeniu dla kogoś przestrzeni miłości, miejsca na oddech, na rozwój, na schodzeniu ze swojej drogi czasem, by pójść z kimś, poznać go i nauczyć się widzieć świat jego oczyma. Na współ - czuciu. Współ - odczuwaniu. Dawaniu swego czasu, całego siebie. 
Nigdy nie lubiłeś żółtego i pomarańczowego koloru. Chciałeś mieć swój kubek i pić zieloną herbatę. Mieć ciszę w pokoju, muzykę i poukładane po swojemu. Trzeba się było tego nauczyć, żeby okazywać ci miłość tak, jak tego potrzebowałeś. Bo jak się kocha, to się w to wchodzi bez taryfy ulgowej, z otwartymi oczyma i po uszy, prawda?
Wtedy się wie, na jakiej poduszce ktoś ukochany lubi spać, nad jakim memem się uśmiechnie, co by chciał na urodziny. I to się robi.
Mam was trzech i musiałam się nauczyć was kochać tak, jak tego pragnęliście, abyście rośli zdrowo, dojrzewali bez skrzywień, młode, piękne roślinki pod Bożym, czułym okiem. Nie było w tym żadnego narzekania, a to poświęcenie to najcudowniejsza część bycia mamą. Wiem, że nie lubisz któtkich rękawów w rozpinanych koszulach i że słuchasz Shawna Jamesa. Mamy za sobą  wiele jesieni, zbierania liści, spacerów z niemowlakiem i dwoma wrzeszczącymi chłopcami, wspólnego chorowania, rysowania ludzików, ratowania kotów,  naprawiania łańcucha w rowerze. Z drugiej strony był i jest Tata, dający zdrową dozę świata facetów - dzięki niemu Duży spał z wiertarką pod poduszką, obaj umiecie już robić meble, wrzucać drzewo do piwnicy i być odpowiedzialnymi za swoje życie, swoje wybory i swoje błędy.
'Pójdę robić z toba zdjęcia zachodu słońca, bo nie chcę, żeby ci było smutno".
Przytulasz mnie do policzka, kiedyś na palcach, teraz schylając głowę.
Jestem szczęśliwa, że mogę być z wami, nie oddałabym żadnego dnia i żadnego uśmiechu. To mój skarb, największy, jaki mam. Moja pani profesor, gdy nie udało mi się skończyć doktoratu i przerwałam go na trzecim roku, uściskała mnie, mówiąc: 

- Przecież ty już masz trzy doktoraty, Kalinko.

Wychowanie dzieci to czas cudów, i wiem doskonale, że też razem z całą tą częścią, gdy opadają ręce, nie ma się sił i patrzy się na pobojowisko w domu lub pocięte firanki (na płaszcz druida, mamo!) 
Ale największym cudem jest patrzenie na dorosłego człowieka, który wyrósł z tej malutkiej roślinki i teraz idzie w świat, niosąc czujące, jasne, dobre serce.
Uściski, Średniaczku. I wiele miłości.


Mama


Autorem ilustracji jest Średni.



Cała gromadka dzieci. Kocham to zdjęcie.

13 września 2017

Panie, już czas

Panie: już czas. Tak długo lato trwało





Rzuć na zegary słoneczne twój cień
i rozpuść wiatry na niwę dojrzałą







Każ się napełnić ostatnim owocom;
niech je dwa jeszcze ciepłe dni opłyną







znaglaj je do spełnienia i wpędź z mocą
ostatnią słodycz w ciężkie wino.






Kto teraz nie ma domu, nigdy mieć nie będzie.
Kto teraz sam jest, długo pozostanie sam






i będzie czuwał, czytał, długie listy będzie
pisał i niespokojnie tu i tam
błądził w alejach, gdy wiatr liście pędzi.






Wiersz - Rainer Maria Rilke, Panie już czas
Zdjęcia wrześniowe - z urodzin Mamy i naszego podwórka i ogrodu. Grzyby też zbierane na podwórku.
Kot, jak widać, jesienny