18 marca 2017

Poranek, żonkile, listeczki z księżyca. I trochę o jaszczurce i alpaku.



Dzisiaj rano czytałam Garcię Lorcę.
Zauroczyłam się przy listeczkach z księżyca i dwóch tłumaczeniach.
Jerzy Ficowski:

Jaką nowinę moje serce ponosi? Jeśli mgła się rozpłynie, jakie są jeszcze pasje przede mną?
Czy będą spokojne i czyste? Gdybyż moje palce mogły obedrzeć z księżyca liście!

Zofia Szleyen:

I czy winne jest czemuś moje serce? Jeśli mgła się rozchwieje, jaka namiętność mnie czeka? Czy będzie cicha i czysta? Gdybyż moje palce mogły strącać listeczki z księżyca!

Listeczki z księżyca napełniły mnie pogodą dzisiaj. Ale, hm. Strącać to co innego niż obedrzeć, a listeczki brzmią inaczej niż liście. W oryginale jest: 

¿Qué otra pasión me espera? 
¿Será tranquila y pura? 
¡¡Si mis dedos pudieran 
Deshojar a la luna!!

Nie znam hiszpańskiego, nie potrafię tego sama przetłumaczyć, wiem, że tłumaczenia są wierne lub piękne, ale jakoś listeczki brzmią mi ładniej.
Może dlatego, że za oknem szaro, chłodno, że złotość wiosny mam tylko w bukiecie żonkili na biurku i nieuchronnie szykuję się do pracy na czternastą.  Płatki żonkili są takie delikatne. Kojarzą mi się z zeszłoroczną podróżą do Szkocji i polanami dzikich żonkili tam, z wierszem Worswortha oczywiście. 
U nas wszystko dobrze, drepczemy powoli przedwiośniem, szarym, chłodnym, bez listków, tylko z cherlawymi kulkami bazi, małymi noskami tulipanów i przebiśniegami, nawet nie rozwiniętymi do końca. Szkoła swoje, dom swoje, pomidory wychodzą w doniczkach.
Nie mam jakoś energii, ale trudno, wyjdzie słońce, będzie lepiej. Na razie słoneczka żonkili są.
Mały z kolegami musieli na godzinie wychowawczej pisać, jakie zwierzątko jest do nich podobne, w sensie symboliki, mentalnej chyba, bo jak?
Mały oznajmił mi, że napisał, że do niego podobna jest jaszczurka, bo jest zwinna, mała i cicha. A Kacper, mamo, napisał, że do niego jest podobny alpak. Bo jest puszysty, słodki i miękki.
Ile człowiek się nauśmiecha dzięki dzieciom:)

14 marca 2017

O radzeniu sobie

Zawsze się bałam, czy sobie poradzę.
To była największa pochwała, usłyszeć od ważnej dla mnie osoby: radzisz sobie.  A nie było łatwo, bo moja zaradność życiowa była bliska tej, jaką teraz ma Duży, który sam się nie umówi do dentysty. Więcej mnie było na drzewach, niż w domu. Dziadziuś szedł po ogrodzie i rozglądał się po czubkach drzew, nawołując, nie po parterze. Mój nieżyjący już nauczyciel wspominał, jak wracając z pracy spotkał mnie, siedzącą na przystanku i czytającą książkę jakieś sto metrów od domu - wypożyczyłam z biblioteki i nie doszłam do celu, musiałam zacząć czytać wcześniej. I tak czytałam dobrą godzinę...
Rzucając piłeczką palantową na odległość trafiłam w nauczyciela.
W internacie z dziewczynami prasowałyśmy chleb żelazkiem na grzanki. Swoje pierwsze ciasto w życiu zakopałam ze wstydu. Naprawdę.
Potrafiłam sprzedać swoje obiady, żeby kupić kasetę Enyi i kupować od starej babci pod sklepem kwiaty, nie mając na bułki.
Kiedy wychodziłam za mąż, Miłemu prorokowano, że będzie jeść wiersze i popijać farbami. Patrzę teraz na sztalugę w kącie sypialni i się uśmiecham. Jakoś nie jesteśmy głodni, wbrew zmartwieniom Cioć.

Co prawda moje koleżanki z klasy noszą garsonki, są poważne i jak mnie widzą z koszykiem zielska  na rowerze, to mówią, że poznają z daleka, bo nikt nie taszczy do domu gałęzi poza mną. Ja taszczę.
Zbieram dzikie jabłka, potrafię robić zdjęcia mleczom przy drodze i usiąść przy płocie, wracając z pracy, by zapisać jakieś myśli, co mi własnie przyszły do głowy. W szkole chodzę w dżinsach i rysuję z dziećmi na podłodze. Zbieram filiżanki i jestem niepoprawna, jeśli chodzi o kupno ładnej rzeczy do domu, książki czy zielonego w doniczce. Nadal czytam Muminki i Tajemniczy  ogród, piekę chleb, robię dżemy z żywopłotu i  gram z synami w planszówki. Dostałam już pierwszą jubileuszówkę w pracy. Ale zdradzę wam, że nadal gubię sekatory w ogrodzie. Wzruszam się nad zdjęciami i filmami, czasem długo stoję u okna. Czasami ciężko mi wstać rano. Ogólnie - tak, radzę sobie. Jesteś ze mnie gdzieś tam dumna, Babciu?

Boję się tylko nieczułości. Że kiedyś nie zwrócę uwagi na zaryczanego malca w kącie, że będę zbyt zmęczona rachunkami, ciemnością, światem lub zbyt dorosła, by nie wysłuchać rozmowy o ślimaku. Czasem dorosłość boli jak za ciasne buty. Znamy to wszyscy :)
Próbuję. Radzić sobie.  Dzikie ałyczki radzą sobie na polu, a ja nie mogę? Babcia przywiozła trzy zamrażarki pociągiem z Czechosłowacji, a ja nie dam rady? A dzisiaj do tego od rana mam ze sobą Lucy Montgomery, kolor żonkili na stole i myśl, że niedługo będą urodziny Dużego. Kiedyś na pewno umówi się do dentysty, jestem spokojna. A jak nie - popatrzcie, jak cudowne robi zdjęcia. Co tam wszyscy dentyści świata, gdy nadchodzi wiosna.





Chcę, żebyś była dzielna. 
Nie wolno ci się niczego bać (...) 
Świat pełen jest miłości, a wiosna dociera wszędzie
L. M. Montgomery



10 marca 2017

Sceny wesołe

Piątek. Gdyby ktoś tęsknił za uśmiechem, to polecam lekturę recenzji "Tajemniczego ogrodu". Może niewprawnych, ale szczerych, bo dzieciaki miały napisać to, co naprawdę czuły i co im się spodobało, bądź nie. Więc?

"W książce podobała mi się scena, gdy Mary znalazła klucz i otworzyła ogród, ponieważ wtedy zapomniała o tym że jest niemiła i skurczona."
"Podobał mi się tajemniczy ogród i mary"
"Najbardziej podobała mi się Mary bo miała charakter zły a jednak się zmieniła"
'Podobało mi się jak się przezywali na Mary"
"Podobały mi się zwierzęta Dicka"
"Mi się podobało jak Colin wstał"
"Najbardziej podobał mi się Dick bo kochał zwierzęta i znał się na kwiatach"
"W książce podobało mi się, że było dużo ludzi i scen wesołych"
'Podobała mi się historia o Colinie. Czekałem ciągle aż Colin wyzdrowieje"
"Podobał mi się lis Dicka. Lubię Mary"
"W książce podobał mi się ogród. Chciałabym mieć taki ogród. Podobał mi się, bo był bardzo tajemniczy oraz piękny"
"W książce podobała mi się Mary która była kapryśnicą. Podobała mi się, bo była najpierw kapryśnicą, a gdy odkryła tajemniczy ogród stała się bardzo miła jak pracowała tam. "

Na następną lekcję zaniosę nasiona i będziemy je oglądać, posiejemy też w doniczkę i zobaczymy, co nam wyrośnie. Zawsze omawiam "Tajemniczy ogród" wiosną. To idealny czas, by zobaczyć, jak małe kiełki wychodzą nad ziemię. I nie tylko Mary przestaje być kapryśnicą. Sama czuję, jak zmieniam się po zimie, jak rośnie mi serce na widok niezmienności trwania. Cokolwiek się wydarzy, będą lecieć gęsi, wyjrzą  wróżkowe przebiśniegi, zatańczy wiatr w kwitnącej leszczynie. Nogi same rwą się do tańca, wyciągam rower, łapię smugi słońca. Dzisiaj wróciłam po dłuższym zwolnieniu do pracy, witały mnie okrzyki dzieciaków spod klasy:
- No w końcu pani wróciła! Bo my mamy dość tych zastępstw!
Na fali tego optymizmu zrobiłam im trudną, zaległą lekcję o pisowni "nie" z czym popadnie, a Michaś oznajmił mi poważnym tonem, że on nie rozumie, po co ktoś wymyślił te zasady pisowni, bo nie można było umówić się, że wszystko piszemy razem proszę pani i z głowy? Po co są wyjątki?
Resztę lekcji rozmawialiśmy o wyjątkach. Że ludzie też są wyjątkowi i chcą być wyjątkowi. I co by było, gdyby wszyscy ubierali się i zachowywali tak samo. Wyjątkowe wyrazy są przecież piękne. Takie "coś niecoś" - urokliwe! Albo "nieswój". Powiedziałam im o pięknym wyrazie "owędy", który też chciałby być używany, a także o omacku i znienacku.
Zgodziliśmy się, że zaimki potraktujemy wyjątkowo i że zapamiętają te wyjątki. Zobaczymy, co z tego będzie. Na razie mam dobry humor, widziałam kwitnące ciemierniki, a z okazji piątku słucham sobie tego. Jak będzie ciepło, jutro pograbię w ogrodzie. Czego i wam życzę:)


07 marca 2017

Kobietki

Niedawno była u nas  pani Mania. Pani Mania przyjeżdża  rowerem,  robiąc około dwunastu kilometrów w obie strony. Ma koło osiemdziesięciu lat, o tej porze roku nie bardzo jest co sprzedać z lasu, więc sprzedaje bagno - ciemnozielone, podbarwione brązem gałązki o trochę opadających listkach - igiełkach. Bagno pachnie ostro, podobno wykurza mole. Latem pani Mania sprzedaje jagody, a jesienią grzyby.

Na przeciw nas mieszkają dwie inne kobietki. Synowa i teściowa. Skoro tylko pozielenieje,  ścinają w worki ziele na skup - taki worek dobrze wiezie się na ramie starego roweru.
Nasza ulica to kilka domów wdów. Nie ma już miłego staruszka z drugiej strony chodnika, który przycinał żywopłot.  Dom obok to dom mojej dawnej nauczycielki. Mąż i syn nie  żyje, schludne ścieżki w ogródki zagrabuje sama. Syn dużo pił, z tego umarł. Mąż inaczej, przyszedł rak i zabrał.  I w jeszcze jednym domu też, tam, gdzie tak wiele kwiatów co lato. Pani Jadzia pieli, pochylona z trudem, ma najpiękniejsze piwonie na ulicy. Wiosną najpierw czerwone tulipany, potem żółte. Potem piwonie, smolinosy. W końcu róże.

Kiedy idę do sklepu z płócienną torbą albo koszykiem, mijam te wszystkie ogródki. Oczy się śmieją, bo skrzętne, zwyczajne, dobre życie ma się tu całkiem nieźle. Po zimie już kobietki grabią, już w sklepie ogólnoprzemysłowym  wystawiono nasiona, włókninę i doniczki. Też dzisiaj z mężową mamą przygotowałyśmy ziemię pod zasiew pomidorków.

Zachodzę do apteki, prowadzonej przez panią Tamarkę. Nie byle jaka apteka, połowa to zioła, ojca Gabriela i inne, stare wagi, stare szafki, apteka przedwojenna, w czasie wojny był tu posterunek niemieckiej żandarmerii.
Wszędzie są. Kobietki. W banku, w każdym sklepie, w ogródkach, na wtorkowym ryneczku, na rogach.
Niosą torby z chlebem, mleko i rolki papieru. Pod pachą jakąś doniczkę. Chyba pierwiosnki.  Wzrusza mnie to, jak próbują się ozdobić, po swojemu, te wszystkie babcie o koczkach spiętych szpilkami, te dziewczyny w tanich dżinsach, kupujące w pobliskim sklepie perfumy po dziewięć złotych. Dźwigają świat, dźwigając te doniczki i torby, upinając w oknach od ulicy firanki i wędrując, wędrując, wydeptując te pracowite ścieżki.
Babcie, ciocie, mamy, córki, siostry:) My.


04 marca 2017

Słychać stąpanie. Pożegnanie topoli



Po zimie moja tęsknota za zielenią jest bolesna. Stawałoby się na kolana, żeby zobaczyć każdy nowy listek i rzeczywiście się staje - pochyla nosem w nos, do każdej zielonej drobiny.
Przebiśniegi wychodzą, pierwsze. Bazie na iwie. Jeszcze to nie kroki, to dopiero stąpanie, ale już jest. Przyszła wiosna, wiosenka. Pora na "Tajemniczy ogród".


- Wiosna się zbliża - rzekł. - Czuje panienka?
Mary wciągnęła powietrze i zdawało jej się, że poczuła wiosnę.
- Czuję coś miłego, świeżego i wilgotnego - odparła.
- To ta wspaniała, bogata ziemia - oświadczył ogrodnik nie przestając kopać. - Cieszy się, że
jest znów gotowa do przyjęcia ziarna. Weseli się, gdy nadchodzi czas siewu. Nudno jej zimą, jak nie
ma nic do roboty. W ogrodach kwiatowych zaczną kiełkować rośliny. Słonko je ogrzewa. Zobaczy
panienka już niedługo, jak z czarnej ziemi wychodzą małe zielone kiełki...


Śniegu już nie ma. Niestety, nie ma już wielkich topoli przy drodze też. Zostały wycięte, moje szumiące przyjaciółki. Nie chcę fotografować pustki po nich, boli. Królewskie, pod niebo, obejmowane ramionami. Chyba z jedna została jeszcze na końcu, nie mam siły iść i oglądać na razie. Rozumiem, że właściciel miał prawo, a teraz łatwiej, bo zgody nie trzeba. Więc poszły. Biedne ciało natury, powiedział dzisiaj mały siostrzeniec Krzyś, raptem drugoklasista.
Nie ma już tego szumu.
 Tak wyglądały. Wpisane w mój krajobraz z okna, w moje wieczory i świty, wiosny i jesienie.







Światła i słońca więcej. Kocisko wygrzewa się, łapiąc plamy ciepła na kanapie, na dywanie, na parapecie. Teraz wiersz ten, coroczny, pasuje idealnie. Powiedzmy to razem, szeptem:

Ptak gwiżdże wśród janowca i jego gwizd brzmi jak pocałunek. 

Wiosna się zbliża, serce moje.

 A.Soffici





28 lutego 2017

O bliskości i oddaleniu.


Za oknem na trawniku jeszcze szron, po nocnym przymrozku. Ale wczoraj w dzień było jedenaście stopni i widzieliśmy lecące gęsi. Dwie, ale...
Jakoś weselej sercu.
Na śniadanie creme brulee i grzanki.
Rozmowy przy stole, przyjemne, planowanie ogrodu.  tym roku warzywniak zmieni miejsce, koktajlowe może na tarasie, a w szklarni pomidory tylko. Huśtawkę rozbierzemy... sałata tam. Rzodkiewka tam. 
Cudowna jest ta powtarzalność, ten wspaniały zegar natury, którego wskazówki dochodza już powoli do zielonej godziny. W przyszłym tygodniu siejemy rozsadę. Nie mogę się nacieszyć nasionami,czytam, przekładam paczuszki, wyobrażam sobie jak urosną... i uściskuję Was na odległość, za ręce, które mi to zapakowały i za dobre słowa i myśli. Dziękuję :*


Tak co roku w ogrodzie coś się zmienia. Eksperymenty udają się lub nie. Miejsce pod borówki się nie sprawdziło i pod piwonie też. Jedne i drugie będę przesadzać. Brzozy urosły i zacieniły starą szklarnię, teraz tam tylko dzika łąka będzie. Jak wszystkim ogrodowym maniakom, już mi ręce się palą do wiosennych porządków. W tym roku znowu chcę wyhodować datury. Marzy mi się jednoroczny busz kwiatowy i maszkowe maki.  I już wiem, gdzie będą:)
Czytam blog Kasi Bellingham i obmyślam sposoby na posadzenie pomidorów w szklarni. W zeszłym roku wysokie koktajlowe wyrosły tak, że zwisały od sufitu jak liany, muszę zrobić wyższe sznurki. Ciągle mam tulipany na biurku, z tęsknoty za zielonym.

 

Wczoraj zaczęłam czytać felietony Umberto Eco, Jak podróżować z łososiem. I znalazłam genialne zdanie, o ludziach pośpiesznych:

"Nie są w stanie opanować dążenia do kontaktu z innymi, cieszyć się chwilami samotności, interesować się tym, co w danej chwili robią, rozkoszować się oddaleniem po delektowaniu się bliskością(...)"

Pomyślałam sobie, że zima jest własnie tym okresem oddalenia, którym możemy się rozkoszować. Odpoczynku po intensywnej bliskości przyrody, ogrodu. A potem nadejdzie delektowanie się bliskością, zanurzenie rąk w ziemię, wdychanie zapachu skoszonej trawy, leżenie pod lipą, z brzęczeniem pszczół nad głową.
Ogród uczy nie być "człowiekiem pospiesznym", ogród uczy dobrej samotności, rośliny są uzdrawiające w kontakcie, nienatrętnym, nienachalnym, czułym, jasnym.
Czuję się bardzo zachęcona tymi felietonami, choć pewnie rozumiem je po swojemu.
W każdym razie każdy z nas potrzebuje i bliskości, i oddalenia, w każdej dziedzinie.

27 lutego 2017

Wieża Ostankino, Muzeum Kosmosu, GUM i pożegnanie. Za mało.

Na wieżę wchodzić lubimy bardzo, w Toronto też siedzieliśmy na szczycie wieży, w podobnej ruchomej restauracji, jak tu. W szybkobieżnej windzie, zasuwającej siedem metrów na sekundę, pogodny Moskwiczanin rzucił nam z machnięciem ręki:
- Wsie baszni taki samy!




 

Wieża Ostankino to najwyższa wybudowana wolno stojąca wieża w Europie. Całe 540 metrów, przy czym budowę rozpoczęto w 1963 i budowano 4 lata. Czwarta najwyższa budowla na świecie. Obeszliśmy ją z trudem, dostanie się na szczyt wymaga dwukrotnego przechodzenia przez bramki, kosztuje dość drogo, ale widok jest wolandowy. Cała panorama Moskwy, rotacyjnie, przy kawie, kiedy zmęczone nogi odpoczywają, a oczy błądzą po tych wszystkich znanych z powieści miejscach. Worobiowe Góry, Patriarsze Prudy do których niestety nie dotarliśmy - następnym razem. Za krótko, za mało czasu. I na wyjazd za Moskwę, na podmoskiewskie wieczory, na krajobrazy i rzekę. Ale poszliśmy do muzeum kosmosu. Z sentymentu - i było na przeciw hotelu.

 

Mnóstwo rodzin z dziećmi, całe wycieczki maluchów i starszych. Znane z historii nazwy, znane nazwiska. Dużo teraz się już wie o tym, jak to było lub nie było, ale ja w tym wszystkim widziałam po prostu ludzi, którzy byli wtedy i którzy są teraz. Zawsze wzruszają mnie w muzeach te biograficzne, nieciekawe rzeczy, czyjś płaszcz, stary notes, zeszyt, maszyna do pisania, rękawiczki. O wiele bardziej, niż monumentalne rzeźby czy cuda techniki na tamte czasy, zapewne wielkie. Dzisiaj technika jest jeszcze bardziej niesamowita, a ludzie w sumie się nie zmienili. Pamiętacie ten fragment z Mistrza?

– No cóż – odparł w zadumie tamten. – Ludzie są tylko ludźmi... Prawda, są lekkomyślni... No, cóż... I miłosierdzie zapuka niekiedy do ich serc... Ludzie jak ludzie...  Tylko problemy mieszkaniowe mają na nich zgubny wpływ... – I rozkazał dobitnie: – Włóżcie głowę. 










Za krótko, za mało. Po pierożkach, po czaju, po Czerwonym Placu chowamy się w oświetlonym rzęsiście GUMie, wielkiej galerii handlowej, takiej z górnej półki, sądząc po nazwach sklepów. Przebiegamy szybko, pasażami, patrząc na oświetlone miasto, śpiesząc już do metra, żeby złapać nasz aeroexpres na lotnisko. Oglądamy potem zdjęcia, a ja trafiam w internecie na przepiękny znak - następnym razem przyjedziemy latem i go znajdę, tam, na Patriarszych Prudach, nad stawem.

 





Do następnego razu, Moskwo.