26 września 2018

Owocobranie

Zimno przyszło nagle.
Dzisiaj pierwsze zero na termometrze, pierwszy szron na trawie, pierwsze skrobanie szyby w samochodzie. Niebo niesamowicie czyste, wygwieżdzone w nocy, wielka, wrześniowa pełnia żniwiarzy. Wczoraj rodzinnie zrywaliśmy wszystkie jabłka, gruszki i pigwy, żeby ratować przed przymrozkami - w zeszłym roku spóźniłam się i strasznie mi było żal jabłek. Jabłonki mamy na skraju ogrodu, za lasem, otwarte na ugory i zimny wiatr. Teraz dziewięć koszy pachnie w piwnicy, będzie pigwa do herbaty i szarlotka w sobotę. Dynie też już bezpieczne w ciepłym ganku. 
Liści złotych coraz więcej,  można wystawić twarz do chłodnego wiatru, owinąć się chustą, wciągnąć grube swetry. To taka dziwna pora. Trochę utraty - bo jest szkoda lata i letnich złotych wspomnień.
Ale bez jesieni nie przyjdzie zima, a potem wiosna. Wszystko ma swój czas, a trzaskający ogień i koce też smakują dopiero, gdy za oknem ołowiane chmury i wiatr jak jesienny, pasterski pies.
Jabłka były takie zimne, gdy rwaliśmy je przed zachodem, po pracy i szkole, kryjąc w dłoniach gładką skórkę i malinowy rumieniec owoców. Chłodziłam nimi policzki.
Nie wiem, czy pomidory jeszcze dojrzeją - trochę zielonych zostało na krzakach w szklarni. W piwnicy brzuszki słoików pełne są konfitur i wszelkiego dobra. Czuję się jak zapaśny, zadowolony Muminek.







Mam już swoją jesień.


22 września 2018

O deszczu, jesieni, szkole, puchatych ostach i różnicach między Anią z Avonlea a Kaliną z planami dydaktycznymi.





Obudził mnie padający deszcz. Jakie piękne, łagodne uczucie, leżeć i słuchać deszczu bez pośpiechu, wyobrażając sobie, jak spada z igły sosnowej na igłę, z żółknącego liścia jaśminu na liść. Jak małe wróble i leśne gołębie tulą się do pnia starego świerku za oknem sypialni, tez patrząc paciorkowymi ślepkami na te upragnione krople.



Bardzo czekałam na deszcz. Stęskniłam się za jesienią, po tym długim, półrocznym lecie, złocie, kurzu, zieleni, splendorze i zmęczeniu. To dziwne, ale zaczęłam tęsknić za swetrem. Termometr ciągle powyżej trzydziestu, ziemia na ogrodzie tak sucha, że podlewanie staje się zabawą w toczące się po suchej warstwie kulki wody - podlewałam na raty, dopiero jak wsiąkła pierwsza warstwa, byłam w stanie podlać drugą.






Dlatego wstałam, popatrzeć na deszcz, nosem w szybę, oddychając miarowo, popatrując z uśmiechem kogoś, kto dostał własnie ptasie mleczko o smaku masła orzechowego. Pada. Jesień. Mały przywędrował na bosych nóżkach z podobnie rozanieloną buzią.
- Ale fajna pogoda mamo!

Napisałam plany wynikowe, w niedzielę skończę plan pracy zespołu wychowawców i plan pracy wychowawcy klasowego zintegrowany ze szkolnym planem profilaktyczno - wychowawczym. I jeszcze plan zespołu dydatktyczno - wyrównującego i plan zajęć artystycznych i będę mogła zacząć normalnie uczyć. Czasem sobie myślę, że Ania Shirley, wracając ze szkoły z Avonlea na szczęście nie musiała pisać żadnych planów przy kuchennym stole z Marylą. I dlatego miała więcej czasu dla Tadzia i wplatała sobie białe astry w rude warkocze. Ale potem pocieszam się, że i tak mogę zrywać astry! I suszyć zioła, i pójść na ugorek za domem i patrzeć na puchate osty A każdy ma w pracy swoje Westerplatte, moim jest biurokracja - uwielbiam uczyć, nie uwielbiam dokumentacji.
Upiekę dzisiaj ciasto z gruszkami i pigwą, a wczoraj była zupa gruszkowo - dyniowa. Rozkwitła mi drugi raz jabłonka i mam surrealistyczne drzewko owocowo - kwiatowe.



I pada deszcz. I będzie pierwszy dzień jesieni. I jest pięknie. A mama pucułowatej dziewczynki na tej wywiadówce, co ją miałam w czwartek i nie wybraliśmy trójki klasowej, bo przyszło tylko kilkoro rodziców i żaden nie chciał być w trojce - no więc mama powiedziała, że"to dzięki pani moje dzieci uwielbiają ten przedmiot."
To prawie jak dostać białe astry we włosy i całe pudełko ptasiego mleczka o smaku masła orzechowego. To, co wklejam niżej, sfotografowałam z podziwem u koleżanki w klasie. Ja nie umiem tak ładnie pisać - mój charakter pisma ma na fejsbuku innych charakterów pisma status "to skomplikowane". Dlatego ode mnie macie zachód słońca i uśmiech Kaliny.



Pozdrawiam wszystkich jesiennie z Kalinowa!









15 września 2018

Urodziny Średniego

Mój drugi syn jest już od dzisiaj dorosły.
Nasz Średni.



Średniaczku - wszyscy jesteśmy lepsi dzięki Tobie dzisiaj. Nie wiem, czy Ty wiesz...
Twoja wrażliwość przemienia serca. Nigdy nie zapomnę chwili, gdy w galerii handlowej, zmęczona, nie chciałam wziąć którejś z rzędu  ulotki od jakiejś anonimowej, nagabującej nas kobiety. Ty brałeś uprzejmie ulotki od wszystkich - te o gabinetach masażu i te o studiach zaocznych, i te o wyprzedaży butów...
- Dlaczego to robisz? - zapytałam, zmęczona gwarem i nadmiarem bodźców.
- Bo oni nie pójdą do domu, dopóki nie rozdadzą wszystkich, mamo.

Od tej pory zawsze biorę wszystkie ulotki, Średniaczku.
Zawsze.
Dzięki Tobie.
I Twojemu: "Bo oni nie pójdą do domu".

Kochamy Cię tak mocno.  Mama i Tata.



13 września 2018

Sytość

Czemu tak jest, że sytość rodzi melancholię, poczucie jakiegoś końca, a brak - przynajmniej u mnie - chęć dopełnienia, aktywność, tęsknotę za tworzeniem, głód budzącego się życia? Czemu tak inną ma się energię na wiosnę, gdy wydaje się, każda cebulka wibruje, każdy pęd tylko drży?
W przeczuciu jesieni jest jakiś smutek.
Dopełniają się spichrze, komory, tyle jest pysznych barw, tak bogate gobeliny złota i czerwieni, tak syto, tak pełno, tak bezpiecznie. I patrzę na ten splendor na polach, w ogrodach, w warzywniku, na tę bogatą siostrę ubogiej, nieśmiałej wiosny, gdzie cieszył jeden przebiśnieg, jeden listek tulipana w świeżej ziemi!











I myślę, że nie tylko ja tak mam. Dzisiaj przeczytałam na Uniesieniach cytat z Tove Jansson, piszącej do Evy Konikoff:

"(...) to jeden z ostatnich, wadliwie pięknych dni, które lato ofiaruje nam w ostatniej chwili - ale nie czuję nic poza niezmierzoną melancholią".

Do Evy Tove pisywała ponad dwadzieścia lat. Na przykład tak pięknie pisała:

Twoje listy dostałam na Wyspach Alandzkich, ale żeby móc je przeczytać w spokoju, pojechałam rowerem daleko, na wzgórze porośnięte brzozami, pełne zawilców i cichych owieczek. W swoim atelier znajduję Cię wszędzie, w rzeczach, które mi zostawiłaś, w tak wielu miejscach w mieście wciąż chodzisz obok mnie (...). 
I tak znalazłam się na Wyspach Alandzkich, jest spokojnie, mogę zrzucić z siebie cały pośpiech Helsinek.
Marzłam w pustym domku marynarza, a syreny przeciwmgielne wyły w całym porcie. Nazajutrz pojechałam w odległą część wyspy, gdzie całymi dniami włóczyłam się po brzozowych zagajnikach i wzdłuż plaży. Nagle zrobiło się gorąco. Pożyczyłam mały ponton, który należy opróżniać co dwudzieste uderzenie wiosłem, pływałam sobie w nim przy brzegu, całkiem goła, rozpalałam ogniska, gotowałam jedzenie, malowałam, kąpałam się (było naprawdę zimno, kawałki kry nadpływały z morza!), czytałam legendy Paula i w ogóle wiodłam rajski żywot".



A u nas coraz bardziej jesiennie, coraz syciej, coraz pełniej - a ja po słowiańsku tęsknię, bo według Marii Janion Słowianin nie musi mieć za czym tęsknić, żeby tęsknić:)