28 stycznia 2011

Mytopea, pałac Karskich, baśnie






Lwy są kamienne, stoją sobie po obu stronach bramy wjazdowej do zrujnowanego pałacu, omszałe pyski rozdzielają wieczorny mrok na dwa powolne prądy. Musicie sobie wyobrazić małą Kalinę, jak wdrapuje się na grzbiet kamiennego posągu, nadaje lwom imiona - Kastor i Polluks...Kastor patrzy na XVI-wieczny lamus o czterech wieżyczkach, Polluks na skraj starego parku i żwirową aleję, prowadzącą do pałacu. Potem Kalina  penetruje z zachwytem zachwaszczone ruiny starej kaplicy zrujnowanej sali balowej, gdzie już żadna dłoń nie poda wiotkim duchom karnetu, by wpisać doń ostatniego walca - a potem pędzi na poobijanych, bosych nogach do domu Dziadków, cudownego, kochanego domu, o którym jest ta  opowieść.

Ale domu już nie ma, rozpada się, gdy ona biegnie, na asynchroniczne połowy, upadają w ciemność: spiżarnia, kołysząca na cynamonowych falach zapachy szarlotki i pastowanych oficerek Dziadziusia; salon z wazonem z majoliki, z kaflowym piecem, ze stolikiem do gry w szachy, z portretem Heleny Modrzejewskiej - wszystko zapada się w nicość...




Dziadziuś - nigdy nie nazywaliśmy go inaczej - należał do tych silnych charakterów, które odciskają swoje piętno na rzeczywistości, tak jak  miecz, rzucony w śnieg, odcisnąłby na nim swe wąskie, zimne ciało. Być może dlatego, że jego ojciec, a mój pradziadek był kowalem - fach wymagający nie tylko ciężkiej ręki, ale i cierpliwego obcowania z Absolutem? 
Walczył w partyzantce, a kiedy wojna się skończyła, wrócił do młodej żony, zasadził wielki, dwuhektarowy sad i zajął się ogrodnictwem. Zawsze w wypastowanych butach, schludny, siwowłosy, z oczyma jak szare kamyki, które do mnie uśmiechały się tak tkliwie. Uwielbiał fakt, że pisałam wiersze, jedyna spośród moich 3 sióstr, a jego wnuczek, przechowywał wszystkie moje dziecinne bazgrołki, nawet te najzabawniejsze z rodzaju „ Król Jagiełło bieży na czele swych rycerzy”, albo „ Góry Świętokrzyskie są właściwie niskie”. Z okazji wydania pierwszego tomiku urządził wielkie przyjęcie, z winem domowej roboty, toastami za „ moją Konopnicką” i z odczytywaniem kulących się na białych stroniczkach utworów.

Nauczył mnie dwóch rzeczy - pastować buty PO przyjściu z podwórka, nie PRZED wyjściem - i kochać kwiaty. Szeregi lilii, jak białe, wonne wojsko, stojące w dostojnych, archanielskich szeregach, lilie stu odmian, których już nie pamiętam, lilie św. Józefa, lilie cesarskie, lilie , zwane Koroną Matki Bożej, lilie azjatyckie, lilie tygrysie....





Kiedy płonął pałac Karskich w 1944 roku i ludność szabrowała co się dało, bo hrabia uciekł, Rosjanie wchodzili, dziadziuś uratował - bardziej wdzięczna nazwa na szabrowanie - książki. Wyniósł ile dał rady, płonącego Mickiewicza ,  „Na naszych dworach” Wincentego Hrabiego Łosia - ten ostatni trafił do mnie, mam go na półce, z opalonymi brzegami... Także stolik do gry w szachy, na wdzięcznie wygiętych, mahoniowych nóżkach, stoi do dzisiaj w salonie, choć dziadziusiów już nie ma, sadzą lilie w innych rejonach , tam, gdzie Tata mój łapie swoje ryby w niebiańskim przeręblu.




Pałac Karskich...moje mytopea. Moja Arkadia. Znałam każdą zrujnowaną komnatę, każdy obtłuczony stiuk, każdy chwast w salonie z gwiazdami zamiast sufitu....Może byłabym kimś innym, gdybym nie spędziła mojego dzieciństwa - TAM, w zachwaszczonym ogrodzie mojej własnej baśni?

Zdjęcia między innymi stąd.
 http://fotofranciso.blogspot.com/p/wostow-ruiny-paacu-karskich-w-wostowie.html

4 komentarze:

  1. Ja spędzałem dzieciństwo na przyzakładowych ogródkach działkowych, ale też było bardzo fajnie. Niestety nie miałem nikogo kto, by mnie nauczył pastować buty :(
    Wszystko było takie byle jakie. Człowiek miał być grzeczny i to wystarczało. Szkoda.
    Cieszę się, że choć Tobie się udało.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja chyba byłam niegrzeczna, z tego co pamiętam..ale to było takie Pippilangstrumowe niegrzeczeństwo, łażenie po drzewach, spóźnianie się do domu..jakaś jedna wielka ucieczka..robienie po swojemu i tak dalej. Pewnie ty tak samo:)
    Chyba ważniejsze jest, czego my uczymy, niż czego nas uczą...Np uczysz kogoś słuchać pięknej muzyki...czytać Kawafisa i lubic słoneczniki! Pozdrawiam cieplutko

    OdpowiedzUsuń
  3. Pokochałam Twojego dziadziusia. Ja swoich nie znałam . Ojciec taty zmarł mając 33 lata a mamy 52. Dziadziuś mówiłam mężowi siostry mojej babci. Zawsze był stary , mało mówił (jego żona za to mówiła za dwoje) i nie pamiętam aby coś robił. Taki dziadziuś dla ozdoby w sumie ale oficery faktycznie zawsze błyszczały.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja go ogromnie kocham:) Uśmiecha się do mnie ze wspomnień. Dziadziuś dla ozdoby brzmi przezabawnie, a oficery - ach, kto je dzisiaj pamięta, niewielu...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że zostawisz ślad :)