19 listopada 2012

Zwyczajnie

Kupowałam Dużemu książki do angielskiego, w tym szczytnym celu wybrałam się do miasta. Autobusem, zwyczajnie. Dawno nie jeździłam autobusem, bo jako burżujka rozbijam się naszym starym samochodem. Ale dzisiaj autobusem.
Przystanek. Wszyscy zjednoczeni wspólną niedolą oczekiwania na Voyagera, stoimy. Mam już w torbie kupione książki, wracam do domu. Obok warzywniak. Pan w waciaku i czapce z napisem EBAY zamiasta ulice, pokrywając chodnik szelestem. Gołębie umykają mu spod miotły z urażonym gruchaniem.
Lubię gołębie. Lubię żeliwne latarnie, ludzi na przystanku. Dwie krępe dziewczyny, obie ubrane w kozaki muszkieterów, rozmawiają obok.
- Och... hardrock. Uwielbiam tę muzykę-  mówi jedna. Ma wyskubane brwi i puchową kurtkę a la ludzik Michelina. Lubię ją. Dwie panie z tyłu, które siądą za mną w autobusie, całą drogę będą rozmawiać o pani Lusi z banku i jej kuzynce. Niesamowita telenowela, słucham, z zamkniętymi oczyma, z Pratchettem na kolanach. Lubię je. Lubię turkot kół autobusu, wąsatego dziadka z antykwariatu, który stał za mną w kolejce i kupił biografię Orzeszkowej. Chudego chłopaka o twarzy jak Nobby Nobs. Dziewczynę, która rozmawiała w autobusie przez komórkę i wszyscy poznaliśmy zawiłości zdawania kolokwiów na pedagogice.
Zwyczajność jest czasem taka piękna. Z torbą zakupów (Co kupiłaś, mamo? Co kupiłaś?) wracam do domu, mijam wierzby koło kościoła i mówię dzień dobry pani z apteki. Zimno w nos, ale w domu będzie gorąca herbata.
Kupiłam Dużemu książki.
I wracam do domu.

2 komentarze:

  1. Och, jak dobrze znam te specyficzne klimaciki. Prowincjonalność w pigułce, ot co.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że zostawisz ślad :)