Poza tym, męczy mnie poczucie, że nigdy w życiu nie spełnię wizji o schludnym domeczku w bielach i różach. Nie, bo nie. Tinia pokazała na swoim blogu taki domek. Zobaczyłam i umarłam. To jest takie pięęękne.... ale tam się nie da żyć. Moi chłopcy pobrudziliby biały obrus a kot (gdybym go akurat miała) zaplątałby się w zasłony. Książki z półek trzeba chyba bosakami strażackimi zdejmować. Po którejś wizycie sąsiadów dostałabym puszkę farby z litości, by pomalować artystycznie odrapane drzwi. O kryształowy żyrandol Miły trzepnałby się głową. Gumowce tak czyste, by chodzić po białej podłodze są podejrzanie nierealne. I tak na kolejnych blogach... w kolejnych gazetach. Nie dam rady. Mój praktycyzm woła o ratunek. Tak się nie da! A mój brak perfekcjonizmu mi dogaduje: musiałabys zmywać i szorować, zamiatać i wyganiać ludzi i zwierzaki, poprawiac fałdy, dekorować, zdmuchiwac pyłek, umrzeć z głodu, bo tam się nie da jeść, gotować, żyć...
Patrzę teraz na sezonowe gazety i blogi o dekoracji domu na święta. Jasne, chcę udekorować nasz kalinowy domek. Szukam inspiracji. I umieram. Nie da się! Te najładniejsze rzeczy kosztują tyle, co tygodniowe wyżywienie rodzinki. Filiżanki z wonderhome - bombki po kilkadziesiąt złotych za sztukę, cudowne, piękne, ale za dużo, za dużo... nie da się. Poza tym, chłopcy są zdania, że dekoracje są albo do zjedzenia, albo do zabawy. Nie mogę drżeć ze strachu, że ktoś mi zbije bombkę kupioną za ciężką krwawicę. Nonsens... Więc oglądam i cierpię. Nie wiem, dla kogo są te propozycje dekoracji, naprawdę. Po raz kolejny wracam do punktu wyjścia: najlepsze są te niedrogie, w miarę ładne, albo ręcznie robione, jakies cynamonki, ciastka, pierniczki, suszone plasterki pomarańczek, filc, o takie. I niedużo. Tyle, by nie zwariować w tym ozdabianiu, przeroście formy nad treścią. Gałązki zielone. Światełka. Villeroya i Boscha mam tylko na obrazkach. W zeszłym roku Mały zażądał uwieszenia rysowanych na papierze z drukarki "bombków", handmade by Mały. Uwiesiliśmy. Honorowo, na przedzie.
W tym roku planujemy święta z rodzinką. Dziki najazd sióstr, szwagrów, siostrzeńców/siostrzenic, harce, śpiewy, swawole, wzruszenia, pierniki, żywe drzewko, rozmaite bombkowe starocie i kilka nowych, duzy stół, światełka na tarasie i radość. Wszystkie blogi i gazety inspirująco- dekoracyjno- świateczne już obejrzane, ale skończylo się na jednym: a niech to, znowu zrobię po swojemu. :D








