23 lipca 2014

Dom Edwarda, pan Musztarda i Oda do słowika.


Zdjęcie stąd

Kto nie czytał z drżeniem serca, jak Joanna ze  łzami w oczach patrzyła na wyłaniającą się z mgły wysepkę, gdy miała ją ujrzeć po raz pierwszy? I z wypiekami na policzkach przewracało się kartkę, by wyśledzić słowo po słowie - jak, jak wyglądał dom Edwarda, jak wyglądał wyśniony Joannowy Błękitny Zamek? Dla tych, co czytali i kochają i dla tych, co nie czytali, będzie teraz wycieczka do domu Edwarda. Póki co, wirtualna, bo na Muskoka dopiero się wybiorę za jakiś czas, a i wtedy zobaczymy tylko brzeg, sosny, wodę i ciche przystanie. Ale dzisiaj jest cichy, łagodny wieczór, dopiero co chodziliśmy oglądać szopy czyli rakuny nad strumyk, a teraz mam chwilę dla siebie, by zanurzyć się w ulubioną powieść. A zatem; Błękitny Zamek.

- Gdzie on mieszka? - zapytała Joanna.
- Tego nie wie nikt(...)


"- Opowiedz mi o swojej wyspie.
- To najpiękniejsze miejsce na świecie. (...) Dawniej wysepka należała do starego Toma McMurraya. Zbudował chatę i mieszkał w niej zimą, a latem wynajmował przyjezdnym w Toronto. (...) Jak tam cudownie! Lasy wprawdzie należą do rządu, lecz nie płaci się podatków za oglądanie krajobrazów, a księżyc jest własnością wszystkich(...) Nie ma tego dużo; jedna obszerna bawialnia i mała sypialnia, ale porządnie zbudowane. Belki sufitowe są cedrowe, a krokwie sosnowe. Okna bawialni wychodzą na wschód i zachód. Nie masz pojęcia, jak wspaniałą sprawą jest mieć pokój, w którym można oglądać wschód i zachód słońca. Mam też dwa koty - Banjo i Szczęściarza."

Oglądając archiwalne fotografie znalazłam zdjęcie Lucy, stojącej z ukochanym kotem. Wiecie jak się nazywał? Good Luck:)


Tak lubiła koty, ze obrazek kota pojawia się nawet w jej podpisie:)





Pisałam też już o tym, że według autorów TEJ strony wysepka Edwarda inspirowana była autentycznym mieszkaniem Johna Mustarda z Muskoka, gdzie Lucy z rodziną spędzała wakacje w Bala. Kim był John? Musiałam to sprawdzić. Co znalazłam? No cóż...  Dawniej był jej nauczycielem... i admiratorem. Inteligentny, suchy i surowy. Lucy zwyczajnie dała mu kosza... Po latach wspomina:


Pan Musztarda

“I never could understand why John Mustard endured it.  I was a pretty girl, but I was never such a distracting beauty that a man would be involved in such an infatuation because of my face; and in no other way did I try to attract him.  Yet he kept up the crazy pursuit until he had to be flatly refused.  There have never been any pleasant memories in connection with this one of my lovers.  I have always felt queerly ashamed of the whole incident…”

Matka Lucy wcześnie zmarła, ojciec ożenił się powtórnie  w kwietniu 1887 roku z Mary Ann McRae. Postać macochy przewija się w pamiętnikach pisarki w niezbyt korzystnym świetle. Tu znalazłam fragment, w którym - ta dam! - odnajduje się i pan Musztarda:) Cytuję za cudowną stroną.

Poniedziałek, 27 kwietnia 1891 roku

Zaprosiłam Laurę, ponieważ spodziewałam się wizyty pana Musztardy. Niewątpliwie dostał za swoje. Ojca i pani M. nie było w domu, więc mogłyśmy dokuczać mu do woli. Ponadto udało mi się przestawić zegar o pół godziny naprzód, więc gdy pan M. wyszedł, była dopiero 10.00, a nie  jak mu się wydawało  10.30.
Latem mam zamiar wrócić do domu. Przez pewien czas uważałam tę sprawę za beznadziejną, lecz teraz to już postanowione. Przykro mi będzie opuścić ojca, Laurę, Willa i paru innych przyjaciół, ale tylko ich żałuję. Cudownie będzie wyrwać się z tej atmosfery podejrzliwości, drobnych złośliwostek i szykan, jaką stwarza pani Montgomery. Po prostu czuję, że się duszę. Urabiam sobie ręce do łokci dla niej i jej dzieci, ona nie sili się nawet na uprzejmość wobec mnie. Robię w tym domu wszystko, z wyjątkiem prania, do którego ona zgodziła pewną Indiankę. Jest zadowolona jedynie wówczas, gdy może wyrwać się z domu. To ostatnie wcale mnie nie zasmuca, ponieważ żyję w tym domu tylko wtedy, kiedy jej nie ma. Bardzo lubię wspólne posiłki sam na sam z ojcem. Możemy cieszyć się naszym koleżeństwem i nikt nie zerka na nas ponuro ani nas nie wyszydza.
O zachodzie słońca przyszli państwo McTaggart i zabrali Katie i mnie na przejażdżkę faetonem. Było cudownie. Gdy jechaliśmy do Goschen, zapadał miękki, wonny zmierzch, a na zachodzie widać było jeszcze blade smugi, odbijające się w szerokiej rzece.
Lucy Maud Montgomery, Krajobraz dzieciństwa. Pamiętniki 1889–1897, tłum. Ewa Horodyska, Nasza Księgarnia 1998, s. 7172.

Ale nudzisz się, czytelniku, moimi dygresjami... wracajmy na wyspę Edwarda! Czy to ten John, czy nie John miał domek na wysepce w Muskoka, ważne, że wyspa powstała w powieści razem z drewnianym, cedrowo - sosnowym domem. Potrzebujemy opisów... oto one!

"Nad wysepką unosiła się delikatna, różowoliliowa mgiełka, z której, niczym wieże, wynurzały się pnie dwóch starych sosen. Ich wierzchołki stykały się akurat nad domem Edwarda. Za tym wszystkim było niebo, jeszcze różowe od poświaty zachodu i jasny, młody księżyc"

"Obszerna bawialnia miała trzy okna z widokiem na jezioro. Okno wykuszowe z witrażem, który Tom McMurray przywiózł ze zrujnowanego kościółka, wychodziło na zachód. Na przeciw okien znajdował się prawdziwy kominek na drwa, nieskażony gazowym płomieniem. Przed kominkiem leżała skóra szarego niedźwiedzia. Okropną czerwoną kanapę okrywały srebrzyste, wilcze futra i poduszki, wykonane przez Joannę. W rogu pokoju leniwie tykał stojący zegar, jeden z tych, które się nie śpieszą, miarowo odmierzając godziny. Był niesłychanie zabawny, przysadzisty, z wymalowaną na cyferblacie męską twarzą."



"Na ścianach wisiały jelenie poroża, stare, wygodne fotele zachęcały do odpoczynku. Małe krzesełko z poduszką należało do Banjo. (...) Przy jednej ze ścian stały proste półki sosnowe zapełnione ksiażkami. Między oknami wisiało lustro w poczerniałej, złoconej ramie. (...) Koty z niewinnymi i poważnymi minami siadywały na werandzie. (...) Maleńki wodospad, szemrzący obok na wysokim brzegu wyglądał jak kobieca postać."

Szukam zdjęć z epoki - cottage Edwarda nie może być kobiecy, jest męski, surowy, złamany tylko romantyzmem Joanny - stawiała róże na stole, kładła poduszki na kanapy... Dom koniecznie z bali. Cienie rogów jelenich... ogien w kominku. Joanna czyta, wyciągnięta na skórach wilczych... Tak łatwo to zobaczyć pod powiekami.

Archiwalne zdjęcia i późniejsze inspiracje:
(swoją drogą jest przypuszczenie, że swoje imię Joanna - Walencja zawdzięcza Isabelli Valancy Crawford, kanadyjskiej poetce, dobrze znanej Lucy Montgomery)




"Joanna czytała lub marzyła, leżąc na wilczej skórze ze Szczęściarzem przy boku. "
"Gdy nocny wiatr przybierał na sile, Edward zamykał drzwi i zapalał lampę."



Każdy ma swój Błękitny Zamek - zdjęcia znalazłam w sieci, sporo TU, ale to tylko malutkie inspiracje. W końcu cała przyjemność z fikcji, to przenoszenie jej w prawdziwe życie i odwrotnie, więc wyobrażajmy sobie, ile się da:)



"Talerz pełen jabłek, ogień na kominku i dobra ksiażka - to całkiem niezła namiastka raju - zauważył Edward"

A na deser metafizycznie Odę do słowika recytuje Benedict Cumberbatch. Dla Miki i nie tylko!


2 komentarze:

  1. Dzięki Kalino, dzięki! Cumberbatcha uwielbiam, zwłaszcza jako współczesny Sherlock Holmes mi się podobał, ale świetny też był w serialu z epoki "Po defiladzie".
    Widzę, że wyjścia nie mam, tylko muszę jutro wygrzebać "Błękitny zamek" z półki:)) Nic nie pamiętam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo pasuje do letnich lektur, choć ja go lubię też jesienią:) Opis jesieni nad Mistawis chwyta za serce.

      Usuń

Dziękuję, że zostawisz ślad :)